+ 51°C - wyzwanie dla Europejczyka

Krzysztof Błażejewski 29 maja 2015

Najbardziej ekskluzywną wycieczkę na Saharę organizuje biuro „Sahara Adventures” z marokańskiej Zagory. Przejazd karawaną na wielbłądzie do Timbuktu na terenie Mali trwa... 52 dni. Znacznie prościej jest wynająć dżipa z kierowcą za 200 euro.

Kolejna karawana złożona z turystów podąża znad brzegu okresowego jeziora w głąb saharyjskiego ergu Chebbi.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Sahara to najbardziej znana pustynia świata. Kojarzy się z karawanami zdążającymi przez bezkresne morza pias-

ku.


Polacy z jej obrazem zapoznają się zwykle w dzieciństwie, podczas lektury przygód Stasia i Nel.

W rzeczywistości większość terenów objętych nazwą Sahary to twarde, gliniaste i górzyste podłoże, usiane kamieniami, bez śladów życia roślinnego czy zwierzęcego. Tak miłe oku piaszczyste wydmy stanowią ułamek całej powierzchni pustyni.

Choć teren Sahary jest dziś podzielony pomiędzy 11 państw, dotrzeć do pustyni nie jest łatwo. Większość krajów saharyjskich to państwa muzułmańskie, które żadnych obcych przybyszów, a już szczególnie turystów, widzieć u siebie nie chcą.

Jest tam też niebezpiecznie. W Egipcie i Algierii można wybrać się na pustynię jedynie z wojskowym konwojem. Przez Tunezję dotarcie do Sahary też jest utrudnione po niedawnym zamachu na Muzeum Bardo w Tunisie. Pozostaje Maroko...

Marokańską bramą do Sahary jest Ourzazate, duże, barwne miasto, wzniesione z czerwonawej gliny, z wielkim placem wokół głównego meczetu, na którym handel trwa od rana do późnych godzin nocnych. Stąd niedawno zbudowane szosy prowadzą do dwóch ośrodków saharyjskiej turystyki: Zagory i Erfoud.

Cywilizacja woreczków


Droga początkowo biegnie pomiędzy starymi górami o niezwykłych kształtach, pełnymi mezozoicznych skamieniałości - wszak kiedyś Sahara stanowiła dno morskie. Później krajobraz robi się płaski i żółknie. Ubarwiają go tylko nieliczne zielone oazy. Szosy są praktycznie puste. Benzyna tu kosztuje tyle co w Europie, a zresztą kto miałby podróżować? Nomadzi? Ich siedliska można wypatrzyć na horyzoncie dzięki wypasanym kozom i owcom. Znakiem cywilizacji są... zaczepione na kępkach trawy setki kolorowych woreczków foliowych.

- Tuareg zawsze wyrzucał wszystko za próg - powie potem kierowca saharyjskiego dżipa, Hassan. - Przyroda to przetwarzała. Ale z plastykiem sobie nie radzi...

W Zagorze od wieków zaczynał się szlak karawan, prowadzący na południe do osławionego Timbuktu, które w czasach średniowiecza stanowiło coś w rodzaju arabskiego Rzymu - centrum świata. Dziś działa tu biuro „Sahara Adventures” i przyjmuje zapisy chętnych na wyprawę.

Kierunek Timbuktu


- Za tydzień rusza karawana, która transportować będzie sól - mówi właściciel biura.

- Stamtąd można dojechać do Bamako i wrócić tu samolotem. Podróż trwać będzie 52 dni z noclegami w oazach. Za ile? To zależy od liczby chętnych...

W pobliskim Erfoud jest za to pełno ogłoszeń o wycieczkach na Saharę jedno- i dwudniowych, a nawet na kilka godzin. To dlatego, że w pobliżu znajduje się słynny erg Chebbi, przepiękna piaszczysta pustynia, której wiecznie wędrujące wydmy osiągają nawet 150 metrów wysokości. Ze względu na niezwykłe krajobrazy, kilka razy w roku przyjeżdżają tu ekipy filmowców. Wówczas miejscowi przewoźnicy mają złote żniwa.

Wynajęcie dżipa na przejazd tam i z powrotem z noclegiem w szałasie na ergu Chebbi kosztuje 200 euro. Do środka wchodzi, poza kierowcą, pięć - sześć osób. To tanio. Nic dziwnego, że auta niemal jedno za drugim pędzą przez kamienistą pustynię w stronę wydm. Drogę wyznaczają obłoki kurzu i białe kamienie ułożone wzdłuż szlaku. Przy wydmach parking sąsiaduje z wielkim hotelem usytuowanym na brzegu... jeziora.

- Wysycha - wyjaśnia Hassan. - Zawsze kiedy tu napada w kwietniu, robi się jezioro, ale w czerwcu już znika.
Woda paruje wyjątkowo szybko. Jest dokładnie 51 stopni C. Takich upałów na Saharze w maju nie pamiętali najstarsi Tuaregowie...
Hotel na samym skraju piaszczystych wydm wygląda nienaturalnie, wręcz groteskowo. Jednak mimo cen niczym w Sheratonie w Paryżu, niemal zawsze jest wypełniony...

Jeśli spotkasz Berbera...


Za chwilę siedzę już na wielbłądzie. „Okręt pustyni”, stękając pod moim ciężarem, majestatycznie podąża przez piaszczyste wydmy. Widoki rozpościerające się wokół w pełni rekompensują niewygody takiej podróży.

Mój przewodnik i właściciel wielbłąda na imię ma Youssef. Niemal wzdryga się, kiedy pytam go, czy jest Berberem czy też Arabem.
- Berberem - prostuje się dumnie z wyrazem twarzy pasującym do berberyjskiego powiedzenia: „Jeśli spotkasz na Saharze Araba i skorpiona, zabij najpierw Araba”...

- Tam, za tymi wydmami, jest Algieria - pokazuje Youssef, kiedy zatrzymujemy się na popas na szczycie wydmy. - Trzydzieści kilometrów.

Tej granicy, choć jest tak blisko, przekroczyć jednak na Saharze nie wolno. Ani w żadnym innym miejscu na ziemi. Król Maroka zamknął całkowicie lądową granicę z Algierią w obawie przed ekspansją muzułmańskiego fanatyzmu.

Youssef wykazuje doskonałą orientację w tym jednakowym, piaszczystym terenie. - Tam jest Mali - pokazuje na południe - to tam wędrują karawany do Timbuktu. Niger jest tam, a za tą wydmą znajduje się szlak do Mauretanii.

Po fascynującym zachodzie słońca Berberowie i Tuaregowie zapraszają do szałasu, zlokalizowanego na skraju ergu Chebbi. Jest tu ich ulubiona przesłodzona miętowa herbata, kuskus z warzywami na kolację, a potem koncert na własnoręcznie wykonanych bębenkach. Kiedy robi się ciemno, nad pustynią zapada głęboka cisza.

Twenty euro, please...


Na Saharze nocą można przeżyć jeszcze coś niezwykłego. Widok nieba. Kiedy na zupełnie czarnym nieboskłonie sypią się tysiącami błyszczące punkty, wrażenie jest niesamowite.

Po wschodzie słońca i śniadaniu zastanawiam się, jak rozegrać sprawę ewentualnego napiwku dla gospodarzy, w tym kraju równie powszechnego jak piasek. Nieoczekiwanie Youssef woła mnie na stronę, otwiera plecak. - Z pracy przewodnika mam niewiele - mówi nieśmiało - a muszę utrzymać żonę i pięcioro dzieci. Może kupisz coś na pamiątkę?

W plecaku Berber ma rozmaite skamieniałości. - Twenty euro - mówi bez wahania, kiedy pokazuję najokazalszą z nich.

Kupuję bez targowania się, patrząc Youssefowi w oczy. To było rzeczywiście najlepsze wyjście. Ja nie muszę już miotać się z myślami, a Berber zachował swoją dumę. To musiało być dla niego bardzo ważne.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.