Desperat w twierdzy

Piotr Schutta 28 maja 2015, aktualizowano: 28-05-2015 10:56

To nie była typowa akcja z odbijaniem zakładnika. Roman J. ani przez chwilę nie groził 2-letniemu synowi, z którym zamknął się w mieszkaniu. Nie miał żądań. Na dobrą sprawę negocjatorzy nie dowiedzieli się, o co mu chodziło.

Około północy Roman J. stanął w oknie na drugim piętrze z pętlą na szyi. To był najbardziej dramatyczny moment podczas całego 18-godzinnego oblężenia mieszkania przy Stromej. Dziś mężczyzna przebywa na obserwacji psychiatrycznej.

Fot.: Dariusz Bloch

Okazuje się, że 34-letni Roman J., który w minioną niedzielę zamknął się w twierdzy - tak antyterroryści nazywają zabarykadowane posesje - na Stromej, tak naprawdę niczego nie chciał. Nie miał żadnych żądań, nikomu nie groził, nic nie planował. Po prostu, nie wpuścił do mieszkania 23-letniej konkubiny, którą prawdopodobnie podejrzewał o zdradę i od tego się zaczęło. Kiedy później na wezwanie konkubiny przyjechał patrol policji, mężczyzna odmówił wpuszczenia mundurowych i zabarykadował się na dobre, razem z dwuletnim synkiem. Wtedy wszystko wymknęło się spod kontroli.

Komiczny dramat


Ulicę Stromą na bydgoskim Szwederowie przegrodzono policyjną taśmą, ściągnięto funkcjonariuszy kryminalnych, strażaków, negocjatorów (pojawili się po godzinie) i rozpoczęło się „przedstawienie”, trwające aż 18 godzin.


Nie brakowało akcentów komicznych. Strażacy dysponowali na początku tylko dwoma materacami ochronnymi, a okna były trzy. Tak więc, gdy J. pojawiał się w oknie, pod którym nie było skokochronu, mężczyźni w czerwonych hełmach błyskawicznie przenosili materac w to miejsce. W końcu po wielu godzinach wyposażyli się w trzeci materac i mieli mniej pracy. Zabawnie było też w chwilach, kiedy obnażony od pasa w górę mężczyzna wychylał się z okna i ryczał na całe gardło, śląc więzienne bluzgi jakiemuś Mariuszowi. Albo gdy otwierał okno, by zlustrować surowym spojrzeniem gapiów.

- Liczy nas. Chyba ma za małą widownię - śmiali się ludzie. Podenerwowany w końcu tłum miejscowych obywateli, którym Roman J. skutecznie utrudnił życie na blisko dobę (musieli biegać okrężną drogą do swoich domów, autobus miejski też miał objazd) w pewnym momencie zaczął kipieć złością. - No skacz w końcu, ty ch... - krzyczano.

- Zwykły desperat sparaliżował na wiele godzin przestrzeń publiczną, narażając skarb państwa na olbrzymie straty. Zablokowano drogę, ściągnięto siły policyjne i środki, które mogły być potrzebne w tym czasie gdzie indziej - mówi Dariusz Loranty, były policyjny negocjator Komendy Stołecznej w Warszawie, zwolennik radykalnych rozwiązań - jak sam o sobie mówi. Ma na koncie ok. 80 poważnych akcji. - Zabrakło tu decyzji o szybszym rozwiązaniu kryzysowej sytuacji. Ale z drugiej strony, trudno się dziwić, skoro mamy w kraju nagonkę na policję. Poza tym w bydgoskim zdarzeniu sprawę skomplikował fakt, że nie było gróźb pod adresem dziecka. W przeciwnym razie łatwiej byłoby podjąć decyzję o szturmie - dodaje Loranty.

W pierwszych doniesieniach medialnych pojawiły się informacje o tym, że J. groził wyrzuceniem dziecka przez okno. Okazało się, że był to wymysł tłumu - mężczyzna pokazywał jedynie przez okno syna na polecenie negocjatorów.

Dziecko było bezpieczne


- Absolutnie w żadnym momencie w ciągu tych wszystkich godzin nie odczuliśmy, że dziecku dzieje się krzywda i że jego los jest zagrożony. Sprawca ani razu nie zasugerował, że chce coś zrobić dziecku. Zresztą cały czas sprawdzaliśmy, w jakim stanie jest mały Olek. W nocy mężczyzna dwa razy pokazywał nam chłopca w oknie - mówi koordynatorka wojewódzka policyjnych negocjatorów, obecna podczas akcji na Stromej (zastrzega, by nie podawać jej personaliów). Przyznaje, że w 6-letniej karierze negocjatora ta sytuacja była dla niej najtrudniejsza. - Ze względu na dziecko - wyjaśnia.

Z Romanem J. rozmawiano przez zamknięte drzwi. Słychać było, jak karmi dziecko, jak je uspokaja. Dobiegał też głos dwulatka. Negocjatorzy na wszelki wypadek mieli na sobie kamizelki kuloodporne.

- Chłopiec rozmawiał po swojemu, śmiał się, poruszał się po mieszkaniu. Mieliśmy wrażenie, że czuje się dobrze w obecności ojca - mówi policjantka.

Negocjatorom towarzyszyła od początku konkubina Romana J. Na jego prośbę od czasu do czasu wołano ją pod drzwi, by potwierdziła swoją obecność. Uzyskane od niej informacje pozwoliły na nakreślenie portretu psychologicznego zabarykadowanego mężczyzny.

Żadnych informacji dowodzący akcją nie chcieli natomiast od właściciela mieszkania, który, zawiadomiony przez sąsiadów, przyszedł na miejsce już na samym początku oblężenia. Roman J. lokal przy Stromej wynajmował.

- Nie tylko policja nie powiadomiła mnie o zdarzeniu, a to przecież działo się w moim mieszkaniu, ale nikt też niczego ode mnie nie chciał, a mógłbym pomóc. Tak mi się przynajmniej wydaje - mówił mężczyzna naszemu reporterowi, pokazując klucze do mieszkania.Klucze w końcu od niego przejęto - na jego wyraźną prośbę. Ale to wszystko. Dowodzący akcją nie potrzebowali jego informacji.

- Nie wierzę - mówi Dariusz Loranty. - Jeśli tak naprawdę było, świadczy to o braku profesjonalizmu człowieka dowodzącego akcją. Właściciel mieszkania, który w dodatku ma klucze, jest bardzo ważną postacią. Opisuje lokal, rozstawienie mebli, układ pomieszczeń. Mówi o szczegółach, które zna tylko on.

Ten cholerny służbista


Warszawski negocjator dziwi się też, że nie podjęto decyzji o odsunięciu na dalszą odległość tłumu gapiów.

- Desperaci często chcą mieć kontakt ze światem zewnętrznym, bo zależy im na tym, żeby innym coś udowodnić, żeby się przed nimi popisywać. Ten kontakt trzeba kontrolować. Tutaj rolę widowni ewidentnie odgrywali gapie na ulicy. Dlatego trzeba było ich odsunąć dalej - dodaje Loranty.

Podstawą udanych negocjacji jest znalezienie wspólnego języka z desperatem. Żeby znaleźć wspólny język, trzeba mieć wspólnego wroga - jak mówią negocjatorzy. Tym wrogiem często staje się... policja.

- Wiem, że człowiek chce mówić, chce coś przekazać innym. Wtedy muszę się wpasować w jego oczekiwania i najlepiej, jeśli stanę się dla niego osobą działającą w jego imieniu. Niczego nie obiecuję i nie załatwiam, ale przekażę innym wszystko, co będzie chciał - mówi Loranty.

Roman J. ze Stromej nie zamierzał niczego przekazywać. Chciał tylko papierosy, które wciągnął sobie na sznurku w szesnastej godzinie akcji. Niewykluczone, że był pod wpływem środków odurzających lub alkoholu.

- Wtedy nie należy za szybko dążyć do rozmów. Jest na to prosty trik. Mówię mu, że muszę się skontaktować z tym „idiotą”, który dowodzi akcją, bo to jest cholerny służbista. Proszę o 15 minut, a potem o kolejne 30. Wszystko zwalam na przełożonych.

- To nie była typowa akcja zakładnicza. Ten człowiek znalazł się po prostu w sytuacji konfliktowej - mówi negocjatorka z Bydgoszczy.

Co go ostatecznie przekonało do wyjścia?

- Przypominaliśmy mu, że najważniejsze jest dobro dziecka. Nie obiecywaliśmy żadnego złagodzenia wyroku w sprawach karnych, jak podawano w mediach. To bzdura. Widocznie uznał po tylu godzinach, że dalsze ciągnięcie tego nie ma sensu.

Teczka osobowa


Dariusz Loranty

Dyrektor Akademickiego Studium Bezpieczeństwa Federacji Uczelni Podwarszawskich. Były szef grupy negocjatorów w wydziale do walki z terrorem kryminalnym w Komendzie Stołecznej. Od 4 lat na policyjnej emeryturze. Autor powieści „7 dni z życia psa”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.