Żyje na odległość z mężem, ale z córką przy boku

Paweł Gzyl 24 maja 2015

Przełamuje wszelkie schematy obyczajowe. Choć wielu widzi kobiety przed sześćdziesiątką już tylko w domowych pieleszach, ona pokazuje, że wcale tak być nie musi.

Fot.: Polska press

Zbiera za to pochwały, ale także i cięgi. Tak jak za niedawny występ w „Tańcu z gwiazdami”. Choć miała już wcześniej takie propozycje, zdecydowała się dopiero teraz. I potraktowała swój występ niemal jak misję.


- Choć czasem coś boli, nie poddaję się. Treningi są mordercze, po pięć godzin dziennie. Biorę mnóstwo preparatów - witaminy, minerały, kolagen, a nawet środek dla konia (śmiech). To czysty kwas hialuronowy, który podają tym zwierzętom na ścięgna przed wyścigiem. Staram się wesprzeć organizm. Żeby potem nie powiedzieli: „Stara baba pchała się, a tu, proszę, odpadła w pierwszym odcinku” - opowiadała w „Twoim Stylu”.
Oczywiście, znaleźli się krytycy aktorki. Żartowano, że kobiecie w jej wieku nie wypada tak szaleć na scenie. A ona nic sobie z tego nie robiąc, dotarła prawie do finału.

Do czterech razy sztuka


Kiedy była małą dziewczynką, wróżka powiedziała jej mamie, że jak podrośnie, to nie będzie mogła usiedzieć w miejscu. Mama niespecjalnie się tym przejęła, bo jako dziecko Ewa raczej nie wykazywała chęci do podboju świata. Była nieśmiała, ponieważ wcześniej niż koleżanki nabrała kobiecych kształtów. Garbiła się, aby ukryć przed ciekawskimi duży biust. Nic więc dziwnego, że mama myślała, iż córka na zawsze zostanie w rodzinnym Stargardzie Szczecińskim.

- Mama chciała mieć mnie przy sobie, a ja rwałam się w świat. Tata był bardziej przychylny moim wyborom. Sam był niespokojnym duchem. Zawsze mi powtarzał: „Nie bądź przeciętna, miej pasję życia, bo bez tego człowiek gnuśnieje”. Staram się o tym pamiętać - wspomina w Onecie.
Kiedy Ewa zafascynowała się kinem, wszystko się zmieniło. Mama oczywiście nie chciała, aby zdawała do szkoły teatralnej. Tata stanął jednak po jej stronie. Podobnie jak babcia, która widziała we wnuczce przyszłą aktorkę. No i w końcu Ewa zdecydowała się pojechać na egzaminy. Niestety - nie udało się jej ich zdać.

- Na egzaminie speszyłam się, widząc znane mi z telewizji twarze - Andrzeja Łapickiego, Wojciecha Siemiona. Trema mnie zjadła. Byłam onieśmieloną, prowincjonalną panienką w sukience w groszki z białym kołnierzykiem, przygotowaną przez babcię na egzamin. Czym miałam ich zainteresować? - zastanawia się w Onecie.
Zamiast do szkoły aktorskiej, dostała się na studia pedagogiczne. Co roku jednak po raz kolejny podchodziła do egzaminów. No i w końcu za czwartym razem dostała się do Krakowa.

Rurą w głowę


Kiedy pierwszy raz zobaczyła się na ekranie, uciekła przerażona do toalety. Wydawało jej się, że jest za gruba, ma dziwny głos i robi sztuczne miny. W krakowskiej szkole nie pracowali z kamerą, więc filmowe doświadczenie było dla niej szokiem. Miała jednak szczęście, że trafiła na wyrozumiałą reżyserkę. Barbara Sass postanowiła bowiem młodej dziewczynie pomóc odnaleźć się na filmowym planie.

- Żeby zaprzyjaźnić się z kamerą, dostałam zadanie domowe od operatora Wiesia Zdorta, prywatnie męża reżyserki. Prosił, żebym sobie postawiła w domu jakiś przedmiot, który będzie kamerą i oswajała się z myślą, że ktoś na mnie patrzy. „Trzecim okiem” w moim przypadku był… kij od szczotki - śmieje się w Onecie.

I szybko przyzwyczaiła się do kamery - grając w kolejnych filmach Barbary Sass, a potem w komediach Romana Załuskiego. Nie brakowało w jej życiu przygód na planie. Kiedy zdobyła status gwiazdy, zaczęła się stawiać reżyserom. Jeśli coś jej się nie podobało, odmawiała grania, lubiła improwizować, odrzucała role, które jej się nie podobały.
Nic więc dziwnego, że jeden z reżyserów omal jej nie zabił na planie. Kiedy doprowadziła go do furii swoimi fochami - rzucił w nią stalową rurą, która akurat leżała w pobliżu. Całe szczęście uchyliła się, bo gdyby nie to, kto wie, czy nie skończyłoby się to wizytą w szpitalu.
W teatrze miała problem z czytaniem tekstu. Zawsze gnała na łeb na szyję, bo obawiała się, że mówiąc powoli... zanudzi widzów. Dopiero rada od samego Gustawa Holoubka sprawiła, że nabrała odpowiedniego tempa. - Daj wybrzmieć słowu - powiedział jej słynny aktor. I poskutkowało.
Dzisiaj nie ma agentki, bo pani próbująca to robić wytrzymała z nią tylko dwa miesiące. Powiedziała, że nie ogarnia wszystkiego i zwolniła się. Dlatego aktorka sama musi dbać o swoją karierę. Nic dziwnego, że ma czasem problemy.

- Po spektaklu podchodzi do mnie fan i mówi że „Kogel-mogel” zna na pamięć, jest oczarowany moją grą. Ochy i achy! Ja w swojej naiwności i ufności przechodzę z nim na „ty”. On co chwilę mówi do mnie „Ewka”. Im więcej ludzi go słyszy, tym głośniej do mnie mówi. Mało tego, proponuje mi zagranie w jego miejscowości. Zgadzam się. Okazuje się, że on zwołuje władze miasta, jem z nimi obiad. Na koniec informuje mnie, że skoro załatwił mi możliwość grania, jestem mu winna kilka tysięcy złotych (śmiech). Nagle stał się moim agentem i odlicza mi swoją gażę. Dałam mu te pieniądze, ale zerwałam z nim kontakt. Trzeba ludzi uczyć - opowiada w Imperium Kobiet.

Związek na odległość


Męża poznała w Gdańsku, gdzie pojechała do pracy w teatrze Wybrzeże. On był od niej starszy - poważny inżynier okrętowy, z żoną i dzieckiem.
Ewa zakochała się jednak w nim na zabój. I nie przeszkadzało jej ani osiemnaście lat różnicy, ani jego status cywilny. Dlatego wzięli ślub mimo dzielących ich różnic. Owocem ich związku szybko stała się córka - Gosia.

Kiedy Kasprzyk zaczęła odnosić coraz większe sukcesy, mąż kupił jej mieszkanie w Warszawie. Od tego czasu zamieszkali osobno.
Popularność sprawiła, że aktorka nie miała zbyt wiele czasu dla córki. Dziewczyna czuła się źle po przeprowadzce do stolicy. W Gdańsku mieszkała z rodzicami w pięknym domu z ogrodem, a w Warszawie - w bloku. Nic więc dziwnego, że z czasem popadła w depresję.

- Przyczyną naszych nieporozumień było to, że kiedyś mało z sobą rozmawiałyśmy. Nie ukrywajmy, praca aktora polega na częstych wyjazdach, nieobecności. Mieszkałam w Warszawie z mamą, ale niemal przez cały czas, kiedy chodziłam do liceum, byłam sama. Z jednej strony cieszyłam się, że mam luz, ale może podświadomie mogło to mieć wpływ na nasz konflikt. Ja też nie byłam grzeczną uczennicą, więc mogła mieć do mnie pretensje - opowiada Gosia w Onecie.

Kiedy córka zaczęła popadać w coraz gorszy nastrój, mama w końcu musiała jej pomóc. Jeden telefon - i dziewczyna już siedziała na kozetce u znanego psychoterapeuty. Najbardziej jednak pomogła jej poprawa relacji z mamą. Dzisiaj spędzają więcej czasu razem - choćby podróżując do Tajlandii, gdzie ćwiczą... tajski boks, który podobno świetnie robi ludziom chorym na depresję. Albo wyjeżdżają wspólnie z koleżanką córki. - Wołam je, żebyśmy poszły na plażę dla nudystów: „Będziemy się opalać nago”. I co? Pod koniec wyjazdu z trudem je przekonałam, żeby pozdejmowały staniki. „Mamo, ty chyba jesteś ekshibicjonistką!” - mówi moja córka. Tu się nie odsłoń, tu załóż dłuższą sukienkę. Ja z moją przyjaciółką Małgosią umiałyśmy się bawić, wygłupiać bez zahamowań. A one? Smutasy! - śmieje się aktorka w „Gali”.

Na męża mogę liczyć


Wszystkich najbardziej ciekawi małżeństwo gwiazdy. Czy można tak żyć na odległość? - zastanawiają się jej wielbiciele. Okazuje się, że można - i wcale nie trzeba się tego wstydzić.
- Często się widujemy. Mąż jest pierwszą osobą, do której dzwonię z kłopotem. Zawsze mogę na niego liczyć. Kiedy zerwałam ścięgno Achillesa, natychmiast przyjechał, by się mną zająć. Wciąż jesteśmy sobie bliscy. Za długo się znamy, zbyt wiele mamy wspaniałych przeżyć, żeby teraz to zostawić - deklaruje w „Twoim Stylu”.

Bujna uroda i gorący temperament aktorki sprawiają, że w mediach raz za razem pojawiają się plotki o jej romansach - i to z młodszymi mężczyznami. Ile w tych doniesieniach prawdy - nie wiadomo. Gwiazda im zaprzecza, choć z drugiej strony przyznaje otwarcie, że uwielbia seks. - Nie wierzę w tzw. związki monogamiczne, nie jesteśmy do nich stworzeni. Jestem przekonana, że mąż miał przez te trzydzieści wspólnych lat mnóstwo fascynacji. Podobnie jak ja. Dajemy sobie dużo wolności - wyjaśnia aktorka w „Twoim Stylu”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-06-2015 07:28

    Brak ocen 0 0

    - Wes: Nie doczytałem do końca. Czytałem, czytałem i zastanawiałem się o jakiej piosenkarce autor pisze. Wreszcie jest. EWA!!! Ale nazwisko/ Dalej nie wiedziałem. I przestałem czxytać. Nie dowiedzuałem się jak piosenkarka się nazywa. Wspaniały artykuł.

    Odpowiedz