Grzegorz Turnau między muzyką a winem, Krakowem a Szczecinem

Maria Mazurek 22 maja 2015, aktualizowano: 22-05-2015 09:46

- O mnie można by powiedzieć: Zaczynał w piwnicy, a kończy w winnicy - śmieje się Grzegorz Turnau, kompozytor, wokalista, poeta i pianista, którego ostatnią miłością jest wino. Jego własne.

Grzegorz Turnau założył wraz z kuzynem winnicę w Baniewicach koło Szczecina. Uwielbia jeździć traktorem!

Fot.: Andrzej Szkocki


Pięknie tu u Pana. Ale żeby jeden z najbardziej krakowskich krakowian mieszkał na wsi?
Nie dramatyzujmy. To 20 km od krakowskiego Rynku. Za to jest ogród, cisza, własna sałata. A wie pani: priorytety się zmieniają. Gdy ma się 20 lat, chce się bawić do rana w barach i piwnicach. Potem szuka się odosobnienia. A czasem na starość wraca się do baru. O mnie można by powiedzieć: Zaczynał w piwnicy, kończy w winnicy. Tyle że w innym województwie. Poza tym to nie my wybraliśmy ten dom, ale on nas. Mam wrażenie, że to ten dom jest kierownikiem naszego życia.

Jak to?
Uprzedzam z góry: mam skłonność do popadania w mistykę. Może dlatego moim wydawcą od 6 lat jest „Mystic”... Moi przodkowie, ziemiańska rodzina, pochodzili z niedalekich Dobczyc. Tam ufundowali kościół, tam są pochowani. I kto wie: może to ich duchy wezwały nas tutaj? Jak zobaczyliśmy z żoną ten dom, zupełnie przez przypadek, wiedzieliśmy od razu: chcemy tu zamieszkać. I tak się stało - reperujemy go od blisko 20 lat.

Może po prostu zmęczył Pana Kraków? Wieczne prośby o autograf, zdjęcia, to całe „bycie Turnauem”?
Przeciwnie. To miłe, gdy ktoś podejdzie, przywita się, uśmiechnie. Komponowanie i śpiewanie nie jest dla mnie tylko sposobem zarabiania na chleb. Naprawdę lubię to zajęcie i wszystko, co się z nim wiąże. Od ponad 30 lat jestem na estradzie i - jak mówią poważni ludzie - stałem się „elementem krakowskiego krajobrazu”. Przy czym słowo „element” ma różne konotacje.

Zgadza się. Poza tym mam wrażenie, że kiedy byłam małym dzieckiem, był Pan w tym samym wieku, co teraz. Cały czas wygląda Pan tak samo.
Pani jest z pokolenia mojej córki. To coś pani teraz pokażę... [Turnau szuka zdjęcia sprzed dwudziestu paru lat, z małą Antosią]. Widzi pani, to niegłupie: zestarzeć się młodo, a potem wyglądać tak samo przez całe życie.

Przez te wszystkie lata nie pamiętam też, żeby był Pan bohaterem jakiegoś skandalu, żeby wzbudzał Pan jakieś kontrowersje. Nie prowadził Pan hulaszczego trybu życia?
Ależ prowadziłem! W czasach „Piwnicy pod Baranami” byłem bardzo imprezowy. Były przecież liczne bale, zagraniczne wyjazdy, trasy. Tyle że ja nie mam w sobie genu potrzeby utraty świadomości. Jeśli baluję, to tak, żeby moje doczesne szczątki odnalazły swój punkt docelowy.

Czyli do końca imprezowy to Pan jednak nie był.
No, rock&rollowcem nie byłem. Choć miałem przygody - choćby z „gigantami gitary”. Tak jak z artystami wykonującymi muzykę klasyczną czy jazz. Wchodziłem z różnymi muzykami w ciekawe projekty, czerpałem inspiracje, zakochiwałem się w różnych gatunkach. Zawsze byłem gdzieś pomiędzy: nie dość poważny na muzyka poważnego i nazbyt poważny na popularnego. Choć moja ostatnia płyta, „7 widoków w drodze do Krakowa”, była nominowana do Fryderyka właśnie w kategorii „pop”.

Myślę, że taka klasyfikacja w Pana przypadku nigdy nie miała sensu, bo Pan stworzył swój własny styl. To był zamierzony efekt kreacji, czy tak po prostu wyszło?
Ja swojego życia nie potrafię kreować, tworzyć strategii, za bardzo analizować, stawać się zakładnikiem rozumu. Było tak: w liceum mój szkolny przyjaciel Stanisław Mancewicz przyniósł mi tom „Muzyka kameralna”. Młodzieńcze wiersze Jamesa Joyce’a, tłumaczone przez Macieja Słomczyńskiego. Powiedział: Słuchaj, może byś coś z tego zrobił? Z kilkunastu wierszy przygotowałem w teatrze szkolnym recital. Niemal od ręki. I wtedy zrodziła się we mnie dziwna pewność, że chcę się zająć poezją śpiewaną. Od połowy lat 80. występowałem na estradzie, ale jednocześnie uczyłem angielskiego, pracowałem jako asystent fotografików. Różnie mogło się to potoczyć. Nie wiedziałem wtedy, czy uda mi się utrzymać z muzyki, ale miałem już w sobie spokój, że będę to robił bez względu na wszystko. Idąc bardziej za głosem serca niż rozumu.

Rzeczywiście ma Pan skłonność do popadania w mistykę.
Okropną skłonność. Zastanawianie się nad ego i szansą jego połączenia z absolutem jest nieprzyjemną manią. Domownicy mają już dość, więc staram się powstrzymywać. Ale dzisiaj mi ciężko. Taki dzień.

Albo prowadzenie własnej winiarni tak na Pana wpływa.
Wino ma w sobie sporo mistycyzmu - próba połączenia z absolutem jest tu nieco inna niż w przypadku mocnego trunku o tej nazwie. To nie jest tylko alkohol - choć ten delikatny szum w głowie jest oczywiście bardzo przyjemny i od niego nie stronię. Jednak traktuję wino przede wszystkim jako list, który zostawiamy w butelce. Wino nie ma przynieść zapomnienia, a wręcz przeciwnie - zostawić ślad swojego czasu. Naprawdę miałem takie wrażenie, jak kilka tygodni temu butelkowaliśmy pierwsze zbiory.

Winiarnię założył Pan jednak w Baniewicach pod Szczecinem, a nie w Małopolsce. I znów zdrada wobec Krakowa?
Mózgiem całej inwestycji jest mój kuzyn Zbigniew Turnau. I on właśnie mieszka w Baniewicach. Nasza rodzina, choć galicyjska, po wojnie straciła ziemski majątek i rozjechała się po całej, nowo narysowanej na mapie Polsce. Do Jeleniej Góry, Wrocławia, Warszawy, Szczecina, Krakowa. A że jest liczna, nie pamiętałem nawet o istnieniu Zbyszka. 20 lat temu zagrałem w Szczecinie koncert, a on podszedł do mnie i powiedział: Cześć, jesteśmy kuzynami. Nasi dziadkowie byli braćmi. Poza pokrewieństwem odnalazłem też przyjaźń. Podobne zainteresowania, a przede wszystkim - podobne poczucie humoru. Zbyszek jest utalentowanym, odnoszącym sukcesy prezesem spółki rolniczej. Ten talent ma pewnie po naszym wspólnym pradziadku. Jerzy Turnau był ziemianinem, twórcą kursów rolniczych we Lwowie, ale też malarzem i autorem powieści ziemiańskich. [Turnau znów szuka czegoś między półkami i wyciąga powieść pradziadka „Łodzie bez steru”]. Kiedy 5 lat temu Zbyszek pokazał mi pola, dosłownie in the middle of nowhere, i zapytał, czy nie stworzymy tu winnicy, obudził się we mnie jakiś ziemiański gen. Poczułem międzypokoleniową więź. Bardzo przepraszam za patos, ale tak już dziś będzie.

Bardzo dużo mówi Pan o rodzinie, przodkach, więzach krwi.
Nie mam obsesji, ale ilekroć się zastanawiam nad sensem swojego działania, zawsze myślę o ludziach, którzy byli przede mną. I odnajduję ich w sobie. Dogadaliśmy się więc ze Zbyszkiem i enologiem Tomaszem Kasickim, że wspólnie chcemy zrobić coś szalonego.

Szalonego?
Zakładanie winnicy jest szaleństwem, choćby finansowym. Wszystkie oszczędności w to wpakowaliśmy. - Zbyszek miał większy kapitał, ja mniejszy. Udało nam się pozyskać - w drodze konkursu - środki z funduszy europejskich, ze względu na innowacyjność naszej przetwórni. Miną lata, zanim winnica zacznie przynosić zyski. Na razie jesteśmy spłukani. I szczęśliwi. Przyjeżdżam tam raz na jakiś czas i jeżdżę sobie kombajnem albo traktorem. Właściwie to był mój jedyny warunek, żeby wejść w ten biznes. Powiedziałem: Zbyszek, okej, ale jak pozwolisz mi czasem wsiąść na traktor. Bo wie pani, ja kocham różne maszyny. Pewnie gdybym miał więcej pieniędzy, przed moim domem stałaby kolekcja zabytkowych traktorów.

Polska to w ogóle dobre miejsce na zakładanie winnicy?
Powoli staje się dobrym miejscem, bo zmienia się klimat. Wchodzimy w okres ocieplenia - takiego, jakie miało miejsce kilka wieków temu, gdy zakonnicy robili wino w Tyńcu czy na Bielanach. Początkowo baliśmy się, że wino będzie miało za dużą kwasowaść, ale okazało się, że mamy wręcz odwrotny problem - jest w nim sporo cukru resztkowego. Tak naprawdę, teraz to winnice na południu Europy - w Hiszpanii, Portugalii - będą miały jeszcze większy problem, by utrzymać cukier w ryzach.

Będziemy produkowali lepsze wino od nich?
Myślę, że takie, które za jakiś czas będzie w stanie z nimi konkurować. Wino to nie tylko trunek - to miejsce, w którym powstaje, kuchnia, muzyka. Jakość wina nie jest tylko kwestią klimatu, ale i gleby - tego, co wcześniej rodziła, głębokości ukorzenienia, momentu zbioru jagód, całej „alchemii” podczas fermentacji, robienia kupaży, mieszania składników. Niektórymi szczepami się dosładza, innymi - dodaje kwasowości. To poważna wiedza. Ja się dopiero uczę.

Brzmi jak dość trudne zajęcie.
Powoli, na starość, nadrabiam zaległości z chemii, z biologii - bo w czasach szkolnych, zamiast się uczyć, śpiewałem koleżankom. Teraz chyba miałem potrzebę dywersyfikacji i w końcu odnalazłem rzecz, która jest dla mnie dobra. Łączy potrzebę tej dywersyfikacji z rodzinnymi korzeniami. Poza tym tworzymy - mam nadzieję - coś, co zostanie. Jakiś ślad. Nie tylko traktory.

Zostawia już Pan ten ślad swoimi piosenkami.
Ale winnica może się jednak okazać trwalsza.

Trwalsza niż Pana piosenki?
Być może. Oprócz winnicy i winiarni stworzyliśmy też w Baniewicach salę koncertową, taki nasz „dom kultury”. Chcemy tam zapraszać różnych artystów, prowadzić w przyszłości warsztaty muzyczne, plastyczne czy teatralne. Dać szansę rozwoju talentów. Pewnie znów brzmię śmiesznie - jak jakiś misjonarz, zbawiciel zachodniopomorskiej wsi. Ale nie o to mi chodzi. Po prostu - jeśli jestem w stanie zrobić coś ciekawego na tym obszarze, z którym się związałem, to trzeba spróbować.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.