Co zrobi elektorat żółtej kartki

Przemysław Łuczak 22 maja 2015

Rozmowa z dr. JAROSŁAWEM FLISEM, socjologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dr Jarosław Flis: - Nie spodziewam się, żeby w niedzielę frekwencja poszła jakoś znacząco do góry

Fot.: archiwum


Kto wygrał niedzielną debatę prezydencką?
Tak do końca nie wiadomo, ale na pewno nie było nokautu, choć wielu zwolenników, jak i przeciwników Bronisława Komorowskiego spodziewało się, że to telewizyjne starcie właśnie tak się dla niego skończy. Tymczasem okazało się, że z niedzielnej debaty w lepszym nastroju wyszli zwolennicy obecnego prezydenta. Natomiast ci, którzy będą głosować na Andrzeja Dudę, nie poczuli się tak dobrze, jak po pierwszej turze. Obydwaj kandydaci popełnili jednak podczas debaty mnóstwo błędów. Najbardziej było to widoczne podczas wzajemnego zadawania sobie pytań.

Kto był bardziej przekonujący dla niezdecydowanych wyborców, Komorowski czy Duda?
Podczas niedzielnej debaty zarówno Komorowski, jak i Duda obnażali swoje własne słabości, ale nie potrafili tych największych wytknąć przeciwnikowi, co wynikało przede wszystkim z doboru tematyki. Nie sądzę więc, by któryś z nich uwiódł niezdecydowanych wyborców, widzę natomiast parę momentów, które mogły ich zniechęcić. Większość pytań, które Komorowski i Duda sobie zadawali, było jak piłki do ścięcia, mówiąc po siatkarsku. Duda pytający o sprawy obyczajowe, a Komorowski pytający o sprawy ekonomiczne - to było zupełnym odwróceniem ról. Dla Dudy bowiem korzystniejsze byłoby trzymanie się problemów ekonomicznych, bo mogły one przeciągnąć na jego stronę wyborców rozczarowanych polityką Komorowskiego i obozu rządzącego. Natomiast pytania obyczajowe są wygodniejsze dla Komorowskiego, ponieważ przeciągają na jego stronę umiarkowany elektorat - nawet ten bardziej socjalny niż liberalny w sensie ekonomicznym.

Walka idzie o wyborców Pawła Kukiza. Na kogo mogą oni zagłosować w drugiej turze?
Nie mam wyobrażenia, jak mogą odbierać te błędy ci, których nazywam elektoratem żółtej kartki, który poparł Pawła Kukiza. W dużej części są to ludzie, którzy do tej pory głosowali na PO, ale wykorzystali pierwszą turę do bezpiecznego, bo nie przesądzającego o wyniku wyborów, pokazania, że osiem lat temu Donald Tusk i PO wygrywając wybory obiecywali im co innego. Wpływ na ich postawę miała też osobowość Komorowskiego i jego strategia. Najwyraźniej uważał on, że jak jemu jest wspaniale, to wspaniale musi być wszystkim innym obywatelom. Dla prezydenta, sądząc choćby po przebiegu debaty, jedynym problemem dla Polski jest PiS. Na Kukiza głosował też elektorat jednotematowy, związany z popieraniem jednomandatowych okręgów wyborczych jako nadzieją na uzdrowienie problemów polskiej polityki. W tę stronę prezydent zrobił wyraźny ukłon, zaś Andrzej Duda niespecjalnie. Są jeszcze wyborcy traktujący Kukiza jako polską wersję włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazdek, chcącego przepędzić całą klasę polityczną. Pytanie, czy dla nich PiS także się do niej zalicza.

Czy mimo wszystko prezydent Komorowski może liczyć przynajmniej na część ich głosów?
Trudno powiedzieć, jak wyborcy Kukiza zareagują na strategię Bronisława Komorowskiego, polegającą na permanentnym atakowaniu Andrzeja Dudy za ciężkie grzechy PiS sprzed ośmiu lat. Dla 24-latka, który wtedy miał 16 lat, może być ona kompletnie niezrozumiała. Nie jestem pewien, czy jest to przekaz adresowany do tej grupy wyborców.

Jak wypada porównanie niedzielnej debaty z wcześniejszymi debatami prezydenckimi?
Dotychczasowe debaty można podzielić na te nieliczne, które miały decydujący wpływ na wynik wyborów oraz te, które niczego nie zmieniły. Na pewno do tej drugiej kategorii należą debaty z udziałem Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego przed wyborami w 2010 r. Ale w przeszłości były też debaty, które przechyliły szalę zwycięstwa. W 1995 r. Lech Wałęsa przegrał debatę i wybory z Aleksandrem Kwaśniewskim, a w 2005 r. Lech Kaczyński wygrał z Donaldem Tuskiem. Tusk bowiem lekkomyślnie oskarżył Kaczyńskiego o sojusz z Andrzejem Lepperem, kiedy kandydat PiS właśnie walczył, by zwolennicy Samoobrony nie zostali w domach. Niedzielna debata między Komorowskim a Dudą na pewno nie była wyjątkowa, ale jakie były jej efekty, dowiemy się dopiero w poniedziałek.

Jaka może być frekwencja w niedzielę?
W 2010 r. różnica między pierwszą a drugą turą była marginalna, natomiast w 2005 r. frekwencja w drugiej turze była wyższa o 300 tys. głosów. Nie spodziewam się, żeby w niedzielę frekwencja poszła jakoś znacząco do góry. Ludzie bowiem kierują się w takich przypadkach nadzieją albo strachem. Tymczasem w debacie Duda nie wyglądał na kogoś, kim można by straszyć dzieci. Sprawiał raczej wrażenie kogoś niezdecydowanego, może zbyt grzecznego, komu można wpadać w słowo, a on na to wcale nie reaguje. Mimo usilnych starań obozu prezydenckiego, nie udało się wciągnąć do kampanii Jarosława Kaczyńskiego, którym można by skutecznie postraszyć wyborców. Nie ma natomiast wątpliwości, kto w niedzielę był stroną atakującą i to tak wprost. Kiedy Tusk kilka lat temu atakował Kaczyńskiego, zapowiadając, że zrobi taką Polskę, w której nawet prezes PiS poczuje się dobrze, było to jednak wbijanie szpil. W niedzielę oglądaliśmy niewyszukane ataki ze strony Komorowskiego, na które Duda nie był przygotowany - odpowiadał jeszcze głupszymi atakami.

A słowa Komorowskiego, że nie ma nad sobą żadnego prezesa?
Prawdę powiedziawszy, dokładnie w ten sam sposób pięć lat temu atakowali Komorowskiego politycy PiS. Mówili, że jest on zastępczym kandydatem dla Tuska. Ale kiedy dzisiaj PO atakuje Dudę, że jest plastikowy, że nie ma własnych poglądów, to można się zastanawiać, skąd bierze się ten zadziwiający upór, z jakim strony przejmują najgłupsze argumentacje przeciwników, które nigdy nie prowadziły do sukcesu. Wydaje się, że frekwencję mogą podwyższyć nadzieje wyborców PiS na wygraną. Bo jeśli porówna się poparcie, które Duda i Komorowski otrzymali w pierwszej turze, można dostrzec, że w porównaniu do 2010 roku Komorowski stracił 2 miliony głosów, a Duda w porównaniu z Kaczyńskim milion. Pytanie, czy sukces w pierwszej turze wyciągnie ich z domu.

Czy artykuł w tygodniku „Do Rzeczy” sugerujący, że za podpaleniem budki strażniczej przed ambasadą Rosji w Warszawie podczas Marszu Niepodległości w 2013 r. stał były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, mogą wpłynąć na wynik wyborów?
Wątpię czy to może podnieść temperaturę tej kampanii wyborczej. Wydaje się, że PiS złapał się we własne sidła już wcześniej, przy byle okazji wpadając w najwyższe tony oburzenia, doszukując się prób dezintegracji narodu polskiego czy zdrady o świcie. Doprowadziło to do tego, że kiedy w ubiegłym roku trafiła się taka rzecz, jak afera podsłuchowa, która powinna położyć na łopatki każdy rząd, PiS nie mógł już nic zrobić. Okazało się, że na miesiąc poleciały w dół notowania PO, a potem wszystko się rozeszło po kościach. Być może teraz rządzący znowu to zignorują, a ich wyborcy również. W tych nagraniach dużo ważniejsze od budki strażnika wydaje się jednak coś innego. Elżbieta Bieńkowska w rozmowie z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem na temat górnictwa bardzo obrazowo opisała, że Ministerstwo Gospodarki przez siedem lat w ogóle nie zajmowało się tym, co się dzieje w tej branży. To prezent dla opozycji, gdyby tylko miała pomysł, jak to wykorzystać.

Teczka osobowa


Socjolog i komentator polityczny


- Dr Jarosław Flis jest adiunktem w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w dziedzinie public relations, socjologii polityki i zarządzania instytucjami publicznymi.

- Ekspert Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego oraz Komisji Konstytucyjnej.

- Jest autorem artykułów i komentatorem wydarzeń politycznych w mediach.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 27-05-2015 19:02

    Oceniono 2 razy 1 1

    - s: Komorowski przegrał bo był nic nie wartym prezydentem , reprezentował swoich i kolesiów a nie Polaków pracujących w tym kraju i dla tego kraju. Źle wyrażali sie o nim polscy przedsiebiorcy, ludzie młodzi i inteligencja i robotnicy. Był wszedzie tam gdzie blichtr, a tam gdzie problemy gospodarcze to go nie było . Już czas najwyższy przewietrzxyc warszawkę . Obecna sytuacja tj cała władza w rekach POwców i ich satelity polityczne tj PSL to gorsze niz komuna

    Odpowiedz