Duch dziedzica nad kuflem piwa

Szymon Spandowski 22 maja 2015

Dobry barman powinien wszystko widzieć i słyszeć, ale równocześnie być ślepym i głuchym. Zawsze też będzie kopalnią anegdot. Tak jest dzisiaj, tak też było w czasach, gdy Toruń nazywano ufortyfikowaną knajpą.

W budynku przy ul. Grudziądzkiej 97 w Toruniu piwo lało się już w czasach zaborów.

Fot.: Szymon Spandowski

Żołnierze wielkiego garnizonu nadgranicznej pruskiej twierdzy za kołnierz nie wylewali, a i cywile potrafili im skutecznie dotrzymać pola. W wesołych lokalach trunki lały się szerokim strumieniem, a do melodii umilających zabawę orkiestr wkradał się czasami akompaniament łamanych mebli, tłuczonego szkła i głuche uderzenia pięści gwałtownie stykających się z twarzami i innymi częściami ciała. Do bijatyk dochodziło jednak głównie na przedmieściach i w portowych tawernach, klienci lokali z wyższej półki, zamiast ław, rzucali na ogół obelgi. Złota era toruńskich knajp trwała również w latach międzywojennych, sytuacja zmieniła się w czasach Polski Ludowej, kiedy spora część lokali zostało zamknięta lub podupadła. Te, które zostały, przeżywały oblężenie.

Pies Himilsbacha


- Jan Himilsbach, słynny aktor naturszczyk, miał psa. Wilczur był podobno tak nauczony, że jeśli gdzieś w lokalu widział wolne miejsce, zawsze na nim siadał - mówi Zdzisław Florczak, gospodarz karczmy „Pod Kotwicą” przy ulicy Łaziennej w Toruniu. - Kiedy nad Wisłą Marek Piwowski kręcił „Rejs”, Himilsbach miał tu często bywać. Kiedyś przyszedł razem z psem i obaj zajęli miejsca. Pojawił się kelner i na ten widok zaczął się wściekać pytając, co tu robi ten bydlak, że przecież nie wolno. Na to Himilsbach miał odpowiedzieć: „K..., czego?! Tylko przy tym psie było wolne miejsce!”.


Podobnych anegdot o aktorze krąży wiele, znając jednak jego barwny życiorys można uznać, że ta historia jest prawdziwa. A nawet jeśli nie, to na pewno jest ona doskonałym dodatkiem do serwowanych „Pod Kotwicą” pierogów i napitków, w tym Krwawej Mary. Takie opowieści nadają niepowtarzalny smak temu miejscu. Jan Himilsbach spogląda na bar z umieszczonych na ścianach kadrów z „Rejsu”, galeria sławnych klientów lokalu mogłaby być jednak znacznie większa.

W budynku przy ul. Grudziądzkiej 97 w Toruniu piwo lało się już w czasach zaborów.

fot. Szymon Spandowski

W budynku przy ul. Grudziądzkiej 97 w Toruniu piwo lało się już w czasach zaborów.

W budynku przy ul. Grudziądzkiej 97 w Toruniu piwo lało się już w czasach zaborów.

fot. Szymon Spandowski

W budynku przy ul. Grudziądzkiej 97 w Toruniu piwo lało się już w czasach zaborów.


Przed wojną karczma przy Łaziennej należała do znanego toruńskiego armatora Antoniego Dittmanna, właściciela m.in. pamiętanej w mieście do dziś „Victorii”, statku kursującego między brzegami Wisły. Po wojnie lokal został upaństwowiony i podupadł. W jego okolicach często było słychać syreny, bo poza klientami, zaglądali tu również - służbowo - milicjanci i pracownicy pogotowia ratunkowego. W karczmie bywali również artyści. Pamiątką po nich jest chociażby pięknie zdobiona ściana, która spędza sen z powiek miłośnikom powojennego wzornictwa. Mimo prób, do dziś nie udało im się ustalić, kto jest autorem tego dzieła.

Dzieło sztuki


- Świętej pamięci profesor Sławomir Kalembka, który u nas bywał, mówił, że autorką była jakaś kobieta - dodaje Zdzisław Florczak.
- Może kompozycja była pracą dyplomową studentki sztuk pięknych?

Florczakowie dzierżą stery „Kotwicy” od 21 lat. Przez ten czas w księdze pamiątkowej swoje wpisy zostawili tu m.in. członkowie zespołu budapeszteńskiej opery, marynarze z „Błyskawicy”, jeden z ministrów… Dziś lokal nie przeżywa już takiego oblężenia jak kiedyś, panuje w nim jednak bardzo rodzinna atmosfera. Kwitną rozmowy przy barze, często o bardzo poważnych sprawach.

- Dobry barman powinien wszystko widzieć i słyszeć, ale równocześnie być ślepym i głuchym. Tematy tego typu rozmów nigdy nie mogą wychodzić na zewnątrz - uważa Zdzisław Florczak. - Z tych konwersacji przy barze narodziło się nam już jednak kilka małżeństw.

Zdzisław Florczak w swoim królestwie, czyli za barem karczmy „Pod Kotwicą”

fot. Sławomir Kowalski

Zdzisław Florczak w swoim królestwie, czyli za barem karczmy „Pod Kotwicą”


Te pary nadal są karczmie wierne, jedna z nich świętowała tu niedawno rocznicę ślubu. Małżonkowie przyszli z dziećmi - pociechy dostały frytki, a rodzice pokrzepili się czymś mocniejszym.

Podobnych historii można słuchać przy barze każdego toruńskiego lokalu. Szkoda, że do dziś nie przetrwała większość słynnych knajp z przedmieść, bo związane z nimi opowieści na pewno byłyby najbarwniejsze. Po „Ludowej” na rogu Szosy Chełmińskiej i ul. Bema, zwanej „Dołkiem”, nie został już żaden ślad. Nie ma też „Torunianki’ przy Mickiewicza, gdzie inny z nieżyjących już profesorów UMK stracił kiedyś w bijatyce zęby. „Myśliwska” na rogu Grudziądzkiej i Lelewela, od nazwiska właścicieli zwana również potocznie „Ranichą”, także przeszła do historii. Został po niej budynek, w którym jedzenie i napitki podawane były jeszcze w czasach zaborów. Nie należy się jednak zrażać, ciekawy dodatek do piwa nadal można znaleźć w zasadzie wszędzie.

Na tropie przedszkola


Korzystając z okazji, wybrałem się do pubu przy ulicy Grudziądzkiej 97. Poszedłem tam z dość nietypową przepustką, kopią zdjęcia z lat 30. ubiegłego wieku. Widać na nim prowadzoną tam wtedy przez zakonnice... ochronkę.

Wnętrze lokalu nie wyróżnia się może niczym szczególnym, a w każdym razie, ja na pierwszy rzut oka niczego takiego nie zauważyłem. Zarejestrowałem zdjęcia kibiców dopingujących sportowców na miejscu, przy ekranie telewizora oraz uczestników turniejów piłkarzykowych. Gdy położyłem swoją archiwalną zdobycz na barze, siedzącemu za nim właścicielowi błysnęło oko.

„Kafeehaus” z przedmieścia


- Ciekawe, bo tu od bardzo dawna była restauracja - mówi Robert Załęczny, prowadząc mnie do wyeksponowanego na ścianie, a wcześniej przeze mnie przegapionego zdjęcia, jeszcze sprzed 1920 roku. Widać na nim ten sam budynek z szyldem „Kafeehaus”, przed domem drzewa, bardzo okazałą pompę, obok stoliki, a przy nich siedzących ludzi. - Przed nami właścicielem tego domu był Alfons Szelbracikowski - szlachcic, który popełnił mezalians, bo ożenił się ze służącą.

Według dawnych ksiąg adresowych, restauracja rzeczywiście działała tu nieprzerwanie co najmniej do końca lat 20. Przedszkole musiało więc być tylko epizodem. Dziś można tu napić się piwa lub czegoś mocniejszego. Duch wyklętego przez familię dziedzica dodawany jest gratis.

Warto wiedzieć


„Procentowy” skład miasta

- Pierwsza pełna informacja o toruńskich gospodach pochodzi z 1576 roku. W mieście i na przedmieściach działały wtedy 102 lokale. Sporo, Toruń liczył wtedy kilkanaście tysięcy mieszkańców. Jako ważny ośrodek handlowy i miasto portowe, odwiedzany był jednak przez wielu gości.

- Według szacunków Bohdana Orłowskiego, twórcy strony oToruniu.net, w latach międzywojennych w mieście istniało w sumie niemal 600 restauracji i innych lokali rozrywkowych.

- Dziś na terenie Torunia, zezwolenie na sprzedaż napojów alkoholowych ma 308 lokali, z tego 138 znajduje się w ścisłym centrum, czyli na terenie starówki.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.