I obskurnie, i przytulnie. Swojsko

Katarzyna Bogucka 22 maja 2015

Są jeszcze w Bydgoszczy bary, w których grzańca gotuje się w czajniku, a podaje w literatkach, gdzie bite są rekordy w liczbie mężczyzn na metr kwadratowy, zimą szyby są wiecznie zaparowane, a światło zapala się z rzadka, bo piwosze kochają mrok...

„Bar Gdański” (na zdjęciu pan Zdzisław) ma niepowtarzalny klimat i historię, która sięga 1983 roku. Od tamtego czasu w tym miejscu niewiele się zmieniło, poza klientelą, której ubywa. Bar kusi piwoszy i miłośników polskiej kuchni.

Fot.: Dariusz Bloch

Barowa ćma ze mnie żadna, w kultowej piwiarni „Piast” przy ul. Warszawskiej (wyszynk istnieje od 1980 roku), która intryguje swoją upartą niezmiennością, wytrzymałam zaledwie kilka minut. Wszystko przez badawcze spojrzenia tamtejszych ciem. Pod ich obstrzałem z miejsca poczułam się w tym hermetycznym światku jak obca. A oni? W najgorszym razie wzięli mnie za kontrolera z sanepidu albo z inspekcji pracy. Nici z barowych opowieści, z anegdot. Szkoda...

„Spokój tam święty”


Z zewnątrz to miejsce wygląda niepozornie. Ot, drewniany niski pawilonik, okna zasnute firankami. Z ulicy wcale nie widać, że w środku siedzi tyle osób. A siedzi i to aż kilkunastu chłopa, choć jeszcze nie minęło południe. Wchodzę. Ciasno. Do baru tylko dwa kroki, wszystkie stoliki zajęte. Znad kufli podnoszą się oczy. Na chwilę milkną rozmowy. Słychać tylko radio i szum wentylatora. Siadać, nie siadać? Zmykać. Jednego z bywalców łapię i namawiam na zwierzenia przy Placu Piastowskim (szpakowaty pan po sześćdziesiątce w jasnej marynarce; zauważyłam, że nie on jeden raczy się piwem w galowym stroju) bąknął, na moje pytanie o atmosferę w „Piaście”: „Piwiarnia jak się patrzy” i „Spokój tam mam święty”, po czym czmychnął na drugą stronę ulicy, a mieszka po sąsiedzku.


Po sąsiedzku także od dziesięciu lat działa bar „Gryf”, bar wolny od nowoczesnego designu. Tam także, zamiast właściciela, mówi scenografia, idealna do mocnych filmowych kadrów, np. pokazujących ostra męską kłótnię. O tej porze roku drzwi w „Gryfie” są szeroko otwarte, oko przyciąga witryna w niespotykanym już nigdzie klimacie retro. Wewnątrz intrygujący półmrok, w wysokim pomieszczeniu kamienicy gwar rozmów, wylewający się na ulicę do późnych godzin wieczornych. Na sceny rodem z miejsko-szulerskich piosenek Muńka Staszczyka, Kazika Staszewskiego (i jego taty) próżno jednak w tym miejscu czekać. Po pierwsze, klientów jest mniej niż kiedyś, po drugie, prędzej im do filozoficznych dysput albo wspomnień niż do burd.

Od matury


W „Barze Gdańskim” Elżbiety Kotońskiej (ul. Gdańska 182; w menu i piwo, i polskie jadło, hitem jest kaszanka) spotyka się grupka, która w tym lokalu bywa od klasy maturalnej. Młodzi rozjechali się na studia, później do pracy, wielu za granicę, znajdują jednak czas, by skrzyknąć się w barze na sentymentalne pogaduchy. Elżbieta Kotońska prowadzi karczmę od 2001 roku, ale historia tego popularnego miejsca sięga lat 80. Od tamtego czasu wystrój prawie się nie zmienił, bo i po co?

Piwiarnia „Theaterplatz-Automat” na placu Teatralnym (ulica Jagiellońska 2). Zdjęcie zrobiono w 1915 r.

fot. skyscrapercity.com

Piwiarnia „Theaterplatz-Automat” na placu Teatralnym (ulica Jagiellońska 2). Zdjęcie zrobiono w 1915 r.


- Bar prowadził od 1983 roku mój tata, później brat, teraz ja. Czas największej prosperity mamy już, niestety, za sobą. Dobija nas tanie piwo w sklepach, zakaz palenia w lokalach gastronomicznych, no i zmiana obyczajów. Ludzie siedzą w domu albo w markecie. - smutno wzdycha pani Elżbieta. - Proszę popatrzeć na te pustki - skarży się właścicielka (jest środowe deszczowe popołudnie). To dlatego coraz częściej myśli o emeryturze.

Złote czasy zawdzięczało to miejsce żołnierzom, studentom i kibicom Zawiszy (największe sportowe oblężenie odnotowano w latach 80.), po których został ślad w postaci czarno-białego zdjęcia na ścianie. Piłkarscy weterani Zawiszy swój bar wciąż odwiedzają. Gości jednak ubywa. W zeszłym tygodniu był pogrzeb pana Benka, stałego bywalca. Aż żal, że za kilka lat po tym barze zostaną tylko wspomnienia...

Obskurnie i przytulnie


Zdzisław Pruss, dziennikarz, poeta, tekściarz, skarbnica wiedzy o mieście, ma w pamięci wiele kultowych miejsc sprzed lat, m.in. „Akwarium”, bar „Pod Trumienką” czy „Słowiankę”. Poświęcił im fragmenty swojej książki „Abecadło, co w Brdę spadło.

- „Pod Trumienką” to była taka nasza nieoficjalna nazwa baru naprzeciwko parku im. Witosa, do niedawna jeszcze nazywanego parkiem sztywnych. „Pod Trumienką” bywało i obskurnie, i przytulnie, jednym słowem, swojsko - wspomina nasz rozmówca. Więcej do powiedzenia ma na temat „Akwarium” u zbiegu ulic Focha, Garbary i Królowej Jadwigi. Na dzień dobry pobierano tam kaucję za kufel, ale to niewielkie wymaganie wobec mnogości zalet. - W najtrudniejszych czasach, jeśli chodzi o zaopatrzenie bar ten był czynny także w niedzielę. Pamiętam, że stałem kiedyś w kolejce i jakiś dość obszarpany człowiek poprosił mnie, żebym kupił mu piwo. Mówię do barmanki: „Pani da mi jeszcze jedno małe piwo”. Na to ten facet: „Przepraszam, ale moja pozycja społeczna nie pozwala mi pić małego”...

O restauracji „Nowoczesnej” na Kapuściskach zachowała się za to opowieść o drastycznym braku kultury jej bywalców. Mieszkający na tym osiedlu pan Marcin do dziś pamięta taki oto obrazek grozy. - Lokal mieścił się przy ul. Noakowskiego, składał się z dwóch części. Po jednej stronie była elegancka restauracja, a po drugiej alkoholowa mordownia. I przed tą ostatnią właśnie na oczach przerażonych przechodniów i dzieciaków (w tym mnie), bawiących się w parku vis a vis, jeden facet tłukł głową drugiego faceta o drewniany podest. Krew się lała. Podest pokrywa dziś kostka, ale - tu ciekawostka i swego rodzaju chichot historii - mordownia zamieniła się po latach w świetlicę socjoterapeutyczną, a w części restauracyjnej znalazła się osiedlowa biblioteka...