Między umysłem ścisłym a humanistą

Karolina Sarniewicz 15 maja 2015

Rozmowa z prof. ŁUKASZEM TURSKIM, profesorem nauk fizycznych, popularyzatorem nauki i publicystą, zawodowo związanym z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN

Profesor Łukasz Turski, fizyk

Fot.: Piotr Smoliński


Lepiej jest być humanistą czy umysłem ścisłym?
Nie wiem. Problem z odpowiedzią na to pytanie leży w podziale dziedzin naukowych, którego po prostu ja nie uznaję. W drugiej połowie XX w. postanowiono podzielić naukę na pewne fragmenty i jakoś je ponazywać bez ustalenia rozsądnych kryteriów tego podziału. Ergo: nie wiadomo, o co w nim chodzi.

Jak to nie wiadomo? Umysł ścisły to ten, który potrafi liczyć, a humanista zna się na literaturze i poezji...
W Polsce - mówiąc z grubsza - nie wiadomo zupełnie. Przyczyną takiego podziału jest prawdopodobnie to, że nagle modna stała się nieznajomość matematyki. Naród dzieli się więc teraz na takich, którzy ją umieją, i tych, którzy na wszystkich możliwych uroczystościach, u cioci na imieninach, w telewizji czy w środkach masowego przekazu uwielbiają się chwalić: „Ja to nigdy nie byłem z niej dobry” albo jeszcze lepiej: „Ściągałem na maturze”. Wcześniej ten podział w ogóle nie istniał, a odkąd jest, powoduje w naszym kraju dramatyczne konsekwencje.

Jakie?
Na przykład przeszło ćwierć wieku temu, za czasów rządów w Ministerstwie Oświaty pewnego wybitnego profesora anglisty, zlikwidowano obowiązek zdawania matury z matematyki i 25 lat zajęło potem jej przywrócenie. Dlaczego to zrobiono? Bo z politycznych powodów łatwo było się posłużyć tą pałą do bicia. Matematyka to jakaś katorga, którą wredne typy, umysły ścisłe chcą katować biednych humanistów.

No i co?
No i trzeba było tych humanistów obronić. Teraz konsekwencje można zobaczyć w Warszawie. Wielokrotnie proponowałem mediom, że gdyby chciały zorganizować wycieczkę po stolicy, chętnie oprowadzę i pokażę, że praktycznie żadne skrzyżowanie nie jest zbudowane według praw geometrii. Na skutek tego wydumanego i głupiego podziału nauk mamy w Polsce zanik etosu pracy inżyniera, fatalnie przygotowane do współczesności społeczeństwo i dużo innych problemów, przez które ludzie cierpią.

Na przykład?
Na przykład najnowszy most w Warszawie, most Północny, który ma może 4 lata, już jest pełen dziur. A to dlatego, że złożoność cywilizacyjna wymaga, żeby nie dzielić tych dwóch typów nauk. Dzielenie prowadzi do bardzo prostej konsekwencji. Ma się fatalnych inżynierów i fatalnych humanistów. Proszę zobaczyć chociażby, jak żałośnie niski był poziom dyskusji o filmie „Ida”. Podziwiam pana Pawlikowskiego, że był w stanie wytrzymać tę lawinę bełkotu na temat tego, o czym jest jego dzieło. To jest dokładnie to, co mówił Tuwim. „Straszni mieszczanie, którzy wszystko widzą osobno”. Pawlikowski mówi wprost, o czym ten film jest, ale humaniści go nie rozumieją. To nie są żadni humaniści. To są po prostu źle wykształceni ludzie. Tak samo jak ci, którzy budują te bezsensowne skrzyżowania albo wydają miliony na budowę bezkolizyjnego skrzyżowania, na którym zaraz po otwarciu są korki, bo pan inżynier zapomniał o geometrii skrętów w lewo.

I to wszystko jest konsekwencją złego podziału nauk?
Tak! Każda dziedzina jest dziedziną humanistyczną, bo cała nauka dotyczy człowieka. Nikt nie słyszał o kosmologii karaluchów czy o historii sztuki mrówek. To wszystko jest „przez nas i o nas”. My badamy człowieka i jego oddziaływanie na wszechświat. Tylko że w różnych jego fragmentach. Ludzie tworzą różne zjawiska, bo przecież fizycznym zjawiskiem jest chociażby namalowanie obrazu albo - przepraszam pana Pawlikowskiego - nakręcenie „Idy”. Ale badanie tego zjawiska na zasadzie, w jaki sposób film przesuwał się w kamerze pana Pawlikowskiego, w momencie kiedy w zupełnie genialny sposób zagrała w nim pani Kulesza, nie ma najmniejszego sensu.

Więc co ma sens?
Musimy opisać coś jako zjawisko, które oddziałuje na nas wszystkich. Do tego są potrzebne inne metody niż metody matematyczne czy fizyczne. Trzeba być idiotą, żeby myśleć, że można napisać równanie, z którego wyniknie, dlaczego Otello udusił Desdemonę. Czasem piękny wiersz powie więcej o wielu zjawiskach społecznych, niż będziemy w stanie odkryć na podstawie badań opinii publicznej.

A zajmowanie się wieloma rzeczami jest nam naprawdę takie potrzebne? Nie lepiej robić jedną rzecz, ale dobrze?
Malarstwo nie powstałoby, gdyby jego twórcy nie znali matematyki i fizyki. Przecież dzięki malarstwu pojawiło się pojęcie „perspektywy”. Brunelleschi wyszedł przed bramę katedry we Florencji, popatrzył na chrzcielnicę i rozwiązał zadanie z matematyki. Czy to nie fantastyczne? Ja sam uwielbiam uczyć się od moich kolegów literaturoznawców, historyków sztuki, archeologów czy muzyków.

Proponuje Pan zatem jakieś nowe kryterium podziału?
Nie, nie ma żadnego kryterium. Zresztą widać, że bez podziału da się żyć, że to działa. W zeszłym semestrze miałem w Collegium Civitas wykład o związku sztuki i nauki. Zacząłem od tego, że w połowie XX w. ten zły podział został wrzucony w nasz rozwój intelektualny i pokazałem studentom, jak niesamowity wpływ rewolucja matematyczna - np. w XIX w. powstanie geometrii nieeuklidesowej - miała na sztukę. Przykładem może być np. cała seria obrazów Cézanne’a, na których fragmenty kosza z owocami namalowane są z różnych perspektyw, ale z jakiegoś powodu są zawsze cztery. To ciut tak jak działa GPS w samochodzie. Gdybyśmy znali precyzyjnie porę dnia, o której powstał obraz, moglibyśmy przy pomocy odwróconego algorytmu, którego używa komputer mówiący, gdzie jesteśmy na drodze do Łomianek, zidentyfikować, gdzie stały sztalugi Cézanne’a. Czy to nie jest wspaniały przykład splątania sztuki i nauki? Podobnie twórcy kubizmu poznawali na bieżąco chociażby rozwój geometrii wielowymiarowej.

Czyli - według Pana teorii - powinniśmy zrewolucjonizować system edukacyjny w Polsce, żeby zintegrować dziedziny?
Oczywiście! To nie oznacza, że mamy teraz rozwalić go w 5 minut. Nie, bo nie za bardzo wiemy, jak ta nowa szkoła ma wyglądać. Wiemy natomiast, że powinna się zmienić, bo zmienił się cały świat. Technika się zmieniła! (...) Więc szkoła też musi się zmienić. A już na pewno nie wolno dzielić dzieci na uczące się tego albo tego.

Dlaczego?
Bo dzieci nie chcą się dzielić! Poza tym trzeba im w porządny sposób pokazywać, co mają do wyboru. W związku z tym całe pojęcie „uczenia” powinno być zmienione. Mówienie dziecku: „Zosiu, ty się nie ucz matematyki, bo z ciebie jest cudowna humanistka” to straszny kretynizm! Albo: „Jureczku, ty nie będziesz się uczył malować kredkami, bo my ciebie nauczymy, jak dorobić klucz pilnikiem” - obłęd! Bo Zosia powinna nauczyć się tak samo matematyki, jak i tego pilnika, a Jurek - nauczyć malować kredkami! To wszystko się zmieni, na pewno! Tylko przestańmy się dzielić, a już na pewno przestańmy faworyzować polityków, którzy mówią, że oni nie umieją matematyki i to jest takie wspaniałe.

Zanim nastąpił podział, było inaczej?
Proszę przypomnieć sobie Dickensa. Ci nauczyciele z trzcinką w ręku to nie byli jacyś degeneraci, którzy szli do szkoły, bo lubili trzepać dzieci trzcinką. Po prostu jeśli mieli ich w klasie 100, to techniczne możliwości kształcenia były strasznie prymitywne. Ale to wszystko jest już passé! Teraz jest inaczej. Te wszystkie gadżety, które mamy, ten cały rozwój technologii - to może nam dobrze posłużyć. Tablety np. są bardziej potrzebne przy nauczaniu przedmiotów humanistycznych niż ścisłych. Bo jakie jest wykorzystanie tabletu na lekcji fizyki o sile grawitacji? Jedyne, jakie przychodzi mi do głowy, to zrzucić go ze stołu i pokazać, że spada. A już czytanie „Tomka Sawyera” na tablecie jest zupełnie innym fenomenem intelektualnym niż czytanie książki.

Jednak mimo wszystko wykształcenie trzeba mieć. Nieważne jakie, ale mieć trzeba.
Nieprawda, nie trzeba. Trzeba być wykształconym, ale...



... niekoniecznie formalnie?

Myślę przede wszystkim, że to pojęcie wzięte jest z „epoki kamienia nienadłupanego”. Tymczasem wykształcony człowiek to taki, który np. robi przepiękne, stare meble. Prawdopodobnie byłoby trochę bez sensu, żeby musiał być do tego precyzyjnie wykształcony w zakresie topologii algebraicznej. Tymczasem on nie będzie robił dobrych krzeseł, jeżeli dowie się jedynie, że te krzesła mają takie, a nie inne kształty wymyślone za czasów Ludwika XIV. On musi poznać całą historię tamtych czasów, zrozumieć wiele zjawisk technicznych i innych z tamtego okresu. Będzie niezwykle wykształcony, ale formalnie, wobec tej naszej dzisiejszej nomenklatury, tak czy siak będzie nazwany stolarzem. Niech więc nazywają go tym stolarzem, bo byłoby skrajnym bezsensem zmuszać go do kończenia studiów wyższych według bolońskiej nomenklatury.

Czyli t.zw. papier to tylko sztuczny napęd dla satysfakcji?
Wartości człowieka nie mierzy się w dyplomach, stempelkach czy kwitach. Mam w biurku jakieś papiery, które dostawałem jako młody człowiek, i wszystkie są niepotrzebne! Miałem to szczęście, że wykładałem na wielu bardzo dobrych uczelniach w USA, Niemczech, Szwajcarii, Szwecji i nikt nigdy mnie o żaden dyplom nie pytał. Nigdy w życiu nigdzie nie musiałem go pokazywać. Warte było moje słowo oraz to, co potrafiłem i osiągnąłem. W związku z tym kwestia wykształcenia też ulegnie zmianie i w ogóle - świat niedługo będzie wyglądał zupełnie inaczej. Bracia Strugaccy napisali książkę „Świat przenicowany” -i tak zapewne będzie.

W jaki sposób i w jakim kierunku ostatecznie go przenicujemy?
Trzeba zdawać sobie sprawę, że świat gruntownie się zmienia, a z nim - edukacja. Nie ma żadnego powodu, żeby stawiać barykady, oflagowywać się czy ogłaszać rotacyjne głodówki. Trzeba tylko usiąść, na czym Pan Bóg kazał siedzieć, i pomyśleć.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.