Cena propagandy sukcesu

Przemysław Łuczak 15 maja 2015

Rozmowa z prof. RAFAŁEM CHWEDORUKIEM, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego.

Rafał Chwedoruk: - Ci, którzy oglądają debatę, już przed jej rozpoczęciem wiedzą, na kogo zagłosują

Fot.: Wojciech Kusiński


Zaskoczyły Pana wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich?
Oczywiście i to bardzo, choć z pewnymi wyjątkami, w których potwierdziły się wcześniejsze przewidywania. Myślę tutaj o Andrzeju Dudzie, który zdobył mniej więcej tyle głosów, ile wynosi elektorat PiS. Nie był też niespodzianką rezultat kandydatki SLD Magdaleny Ogórek. Natomiast zaskakujący był wyraźnie niższy niż wskazywały sondaże wynik prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przez całą kadencję utrzymywał wysokie notowania. Z dzisiejszej perspektywy widać, że były to raczej deklaracje sympatii i szacunku dla głowy państwa, a nie klasycznego poparcia wyborczego. Można więc dopisać Bronisława Komorowskiego do grona polityków, takich jak Jacek Kuroń czy Zbigniew Religa, w przypadku których w ślad za sympatią niekoniecznie szła wola poparcia politycznego.

Dlaczego Bronisław Komorowski uzyskał słabszy wynik niż wskazywały sondaże?
Przede wszystkim prezydent jest jednak kojarzony z PO, a uzyskany przez niego w pierwszej turze wynik zbliżony jest do sondażowego poparcia dla tej partii. We wszystkich strategicznych decyzjach, jak np. kwestia podniesienia wielu emerytalnego do 67 lat, głos prezydenta był tożsamy z głosem Platformy Obywatelskiej. Po drugie, doszło też do rozminięcia się nastrojów elit opiniotwórczych, w tym także ośrodka prezydenckiego, z nastrojami większości Polaków. Prezydent zapłacił za propagandę sukcesu, która w ciągu ostatnich kilku lat osiągnęła chyba swoje apogeum. Tymczasem większość Polaków wcale nie byłaby skłonna uznać czasów, w których obecnie żyjemy, za najlepsze w historii.

Co jeszcze mogło pogrążyć prezydenta Komorowskiego?
Niedocenianym elementem, który w tej kampanii mógł mieć duże znaczenie, były sprawy zagraniczne. Po raz pierwszy ta tematyka pojawiła się w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r., przyczyniając się do dobrego wyniku PO jako partii, będącej gwarantem bezpieczeństwa państwa. Teraz okazało się, że właśnie sprawy zagraniczne doprowadziły do dwóch fundamentalnych porażek prezydenta w ostatnich dwóch tygodniach kampanii. Pierwszą z nich była wizyta Bronisława Komorowskiego w Kijowie, której finałem były skandaliczne decyzje ukraińskiej Rady Najwyższej, gloryfikujące banderowców, którzy podczas II wojny światowej mordowali Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Chociaż z polskiej perspektywy jest to absolutnie nie do zaakceptowania, nie było żadnej stanowczej reakcji ze strony prezydenta. Drugą spektakularną porażką było spotkanie na Westerplatte w przededniu 70. rocznicy zwycięstwa nad Niemcami w II wojnie światowej, które miało być zwieńczeniem kampanii Bronisława Komorowskiego. W istocie wzięli w nim udział w większości politycy z państw, które same powinny rozliczyć się ze swojej roli w II wojnie światowej, a nie stawać obok Polski, która była pryncypialnym uczestnikiem koalicji antyhitlerowskiej.

Skąd wziął się nagły wzrost poparcia dla Pawła Kukiza?
Głównym źródłem jego sukcesu było ujawnienie się w Polsce już kilka lat temu elektoratu libertariańskiego, mianowicie ludzi o poglądach bardzo wolnościowych, silnym indywidualizmie, zdecydowanym liberalizmie gospodarczym i niechęci do udziału w debatach o podłożu światopoglądowym. Ci młodzi ludzie trochę wędrowali po obrzeżach polityki, a w tych wyborach to Paweł Kukiz, człowiek ze świata popkultury, okazał się dla nich najatrakcyjniejszy. Kiedy Kukiz powiedział po prostu: „precz ze wszystkimi”, uznali, że wyraża ich poglądy.

A potem poszli na niego zagłosować...
Myślę, że jest to wielka zdobycz naszej demokracji, że ci młodzi nie palą samochodów tak, jak ich rówieśnicy na przedmieściach francuskich miast, tylko biorą kartę do głosowania. Nie pierwszy raz zresztą idą na wybory. Jednak powinno to skłaniać do refleksji nad stanem polskiej demokracji, pojawia się albowiem pytanie, czy ci młodzi ludzie na pewno zawsze wiedzą, za czym głosują. Najpierw w 2011 r. pojawia się kontrowersyjny biznesmen związany przez długi czas z rządzącymi elitami, domaga się legalizacji marihuany i dostaje półtora miliona głosów w większości młodych ludzi. W 2014 r. tradycyjnie skandalizujący polityk, chcący sprywatyzować służbę zdrowia, dostaje od nich kilkaset tysięcy głosów. Teraz pojawia się muzyk, który zgłasza bardzo kontrowersyjny pomysł jednomandatowych okręgów wyborczych i dostaje miliony głosów.

Jak dalej może się potoczyć ta totalna wojna Pawła Kukiza z systemem? Kukiz zamierza utworzyć ruch społeczny i wziąć udział w wyborach parlamentarnych...
Nie nazwałbym tego wojną totalną. Pamiętajmy, że Paweł Kukiz nie jest politycznym debiutantem. Jego aktywność samorządowa jest dobrze znana, a w życie polityczne zaangażował się bezpośrednio już kilka lat temu, i co ważniejsze, nie był człowiekiem zupełnie obcym obozowi rządzącemu. Wszak sam opowiadał o spotkaniach z jednym z liderów PO, zabierał też głos w debacie publicznej choćby swoimi utworami muzycznymi, nie tylko w latach 80., ale także w realiach lat 90. To wtedy nagrał razem z zespołem Piersi piosenkę „ZChN zbliża się”, to wtedy też nagrał piosenkę „Virus SLD”. Nie jest więc tak, że jest człowiekiem zupełnie spoza systemu. Dodajmy, że jego poglądy na jednomandatowe okręgi wyborcze są dokładnie takie same jak prezydenta i PO. Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to pewne wydaje się wejście do Sejmu jakiegoś ugrupowania z Kukizem na czele.

Zaryzykowałby Pan wytypować zwycięzcę drugiej tury wyborów?
Moim zdaniem, są to najbardziej nieprzewidywalne wybory spośród wszystkich, które dotychczas odbyły się w Polsce. Zarówno Komorowski, jak i Duda w zasadzie osiągnęli wszystko, co było możliwe w pierwszej turze. Obydwaj nie mają już żadnych elektoratów, na które mogliby liczyć w drugiej turze. Wyborcy Pawła Kukiza są elektoratem buntu, który trudno byłoby skłonić do poparcia któregoś z kandydatów.

Jeśli jednak część z nich zagłosuje w drugiej turze, to na kogo?
Myślę, że olbrzymi procent tych ludzi po prostu nie pójdzie na wybory, postąpi zgodnie z sugestiami samego Pawła Kukiza, który zadeklarował, że nie poprze ani Komorowskiego, ani Dudy. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeśli część z nich weźmie udział w drugiej turze, to zagłosuje przede wszystkim na Dudę, traktując to jako kontynuację głosu sprzeciwu. Niewielki procent może zagłosować na Komorowskiego, kierując się motywami związanymi z liberalizmem ekonomicznym. Nie sądzę jednak, by to elektorat Kukiza miał rozstrzygnąć o wyniku wyborów prezydenckich.

Komorowski czy Duda może bardziej zyskać w planowanych przed drugą turą debatach telewizyjnych?
Rola debat w polskiej polityce, niestety, spada. Ci, którzy oglądają taką debatę, już przed jej rozpoczęciem wiedzą, na kogo zagłosują. Bardziej postrzegają ją w kategoriach meczu ukochanej drużyny i dlatego zasiadają przed telewizorem, żeby jej kibicować, a nie po to, by być przekonywanym. Natomiast ci młodzi ludzie, którzy głosowali przeciw systemowi, w dużej części nie będą śledzić debat. Są oni bowiem wychowani w dobie nowych mediów i taka forma przekazu jest dla nich nieatrakcyjna. Myślę, że debaty, jeśli podczas nich nie stanie się nic spektakularnego, niewiele zmienią w sympatiach wyborców.

Teczka osobowa


Politologia, historia socjalizmu i piłka nożna


Dr hab. Rafał Chwedoruk, prof. UW ma 46 lat. Jest adiunktem w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i sekretarzem Zakładu Najnowszej Historii Politycznej. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na historii myśli politycznej i ruchów społecznych i historii myśli socjalistycznej w Polsce i Europie. Jest autorem wielu publikacji dotyczących tej tematyki.
Kibic piłki nożnej, czasem sam też lubi w nią zagrać.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 17-05-2015 23:32

    Oceniono 2 razy 1 1

    - doktor: Część II: A jakich dokumentów nie oddał Lech Wałęsa z tych wypożyczonych na swój temat w 1993 roku określiła Komisja Szefa UOP w sprawozdaniu z dnia 14 sierpnia 1996 roku, co też jest w IPN-ie (AIPN BUiAD, sygn. 1658/1, k. 15.): "„a) brak dokumentów opisanych w ww. protokole w pozycjach I-XII; b) brak mikrofilmów w ilości 54 jacketów – 2612 klatek przekazanych prezydentowi RP – 25 IV 1994 r.; c) w tomach archiwalnych brak spisów zawartości oraz kart – w ilościach: - w tomie II – 14 kart; - w tomie III – 20 kart; - w tomie IV – 99 kart; - w tomie V – 17 kart; - w tomie VI – 27 kart. Brak dokumentów opisanych w pozycjach 7-13 protokołu komisyjnego zapakowania i zdeponowania akt z dnia 25 IX 1992 r.” oraz " W oparciu o dokonaną analizę materiałów aktualnie znajdujących się w UOP stwierdzono, że nie zostały zwrócone do chwili obecnej m. in. dokumenty dotyczące agenturalnej działalności Lech Wałęsy, notatki i doniesienia agenturalne od Lecha Wałęsy, jego dokumenty rejestracyjne, pokwitowania Lecha Wałęsy na odbiór wynagrodzenia za działalność agenturalną" (AIPN BUiAD, sygn. 1658/1, k. 54-55.) Czyli z przesznurowanych i opieczętowanych teczek, w sposób prymitywny wyrwano spisy zawartości i 177 stron dokumentów dotyczących agenturalnej działalności Lecha Wałęsy. Jest to obraza prawa, w demokratycznym państwie prawa, za jakie chce uchodzić nasz kraj. Inaczej to pospolita kradzież ważnych dokumentów z historii Polski. Wałęsa do dziś nie poniósł za to konsekwencji. To są oryginalne i naukowe materiały z IPN-u. Pytam jeszcze raz - to o co tutaj chodzi - jak wszystko jest takie proste i jasne? Rządzące elity i dziennikarze czytać ze zrozumieniem nie potrafią?

    Odpowiedz

  2. 17-05-2015 23:25

    Oceniono 1 raz 1 0

    - doktor: Część I: Komorowski popiera Wałęsę a Wałęsa Komorowskiego. Dlaczego? W IPN jest następujący oryginalny dokument, który własnoręcznie sporządził w jednym egzemplarzu jako tajny specjalnego znaczenia minister Andrzej Milczanowski - o osobistym odebraniu przez Wałęsę o 22.00 w nocy w Belwederze 28 września 1993 roku materiałów SB na jego temat, co On zaprzecza do dziś twierdząc, na przykład u Moniki Olejnik, że "osobiście żadnych dokumentów na swój temat nie odbierałem i nie kwitowałem" oraz "Nie ja przeglądałem materiały, przecież ja nie miałem czasu na takie niepoważne zabawy”. Treść oryginalnego dokumentu z IPN-u (AIPN BUiAD, sygn. 1658/1, k. 25.): "Rzeczpospolita Polska Minister Spraw Wewnętrznych Andrzej Milczanowski. Warszawa dn. 28 września 1993 r. Tajne spec. znacz. Egz. poj. Notatka służbowa. W dniu dzisiejszym w godzinach przedpołudniowych zadzwonił do mnie do biura Pan Prezydent Lech Wałęsa prosząc o pilne wypożyczenie Mu kompletu dokumentów dotyczących Jego osoby, przechowywanych w sejfie Szefa Urzędu Ochrony Państwa. Zaproponowałem dostarczenie dokumentów do Belwederu około 22.00, co Pan Prezydent zaakceptował. Następnie o powyższym zawiadomiłem P. Ministra Jerzego Koniecznego. Przed godziną 22.00 z P. Ministrem Jerzym Koniecznym udaliśmy się do Belwederu, gdzie Pan Prezydent Lech Wałęsa osobiście od nas przyjął i pokwitował wypożyczenie całości wspomnianych wyżej dokumentów. Andrzej Milczanowski”. Dlaczego więc tyle osób kłamie w tej sprawie do dziś i robi "wodę z mózgu" społeczeństwu? Czyżby chodziło tylko o utrzymanie na siłę władzy przez byłych "etosowców" bojących się potwierdzenia prawdy opisanej przez Cenckiewicza i Gontarczyka - czyli odebrania im legitymacji do sprawowania władzy?

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz