Bakterie nie są takie durne, jak nam się wydaje. Potrafią się uczyć

Maciej Sas/maciej.sas@gazeta.wroc.pl 8 maja 2015

Dlaczego, lecząc się bezmyślnie antybiotykami, sami zakładamy sobie pętlę na szyję i czy zwyczajne bakterie mogą się zamienić w zabójców - mówi prof. Andrzej Gładysz, specjalista chorób zakaźnych.

Sami hodujemy zabójcze bakterie - bez potrzeby sięgając po antybiotyki, lecząc się nimi niezgodnie z zaleceniami lekarza oraz faszerując nimi zwierzęta rzeźne, owoce i warzywa

Fot.: sxc.hu


Bakterie odporne na wszelkie antybiotyki są w ostatnim czasie jednym z bohaterów mediów. Prasa, radio, telewizja, internet - wszyscy straszą zabójczymi mikrobami, które nas niebawem zabiją. Stało się coś szczególnego czy może to element jakieś wielkiej akcji propagandowej?
To nie jakaś chwilowa akcja - ten problem jest dostrzegany od kilkunastu lat. Już jakieś 20 lat temu uczestniczyłem w międzynarodowej konferencji w USA, której tematem było to, czy wchodzimy w erę schyłkową skuteczności antybiotyków. Zaczęło się od tego, że pojawiły się wtedy pierwsze bakterie oporne na wszelkie antybiotyki. One stawały się przyczyną zakażeń uogólnionych, czyli sepsy, kończącej się śmiercią. W tej chwili mamy znacznie większą grupę drobnoustrojów, które się uodporniły na antybiotyki, i to za sprawą działania jatrogennego, czyli w wyniku profilaktycznego nadużywania antybiotyków - szczególnie w związku z mało inwazyjnymi zabiegami z zakresu chirurgii plastycznej.



Sugeruje Pan, że pomagając swojej urodzie, hodujemy zabójczego wroga?
Tak, dlatego że na przykład do pewnego czasu udawało się wyprodukować przemysłowo skuteczne antybiotyki nowej generacji. Taką grupą były choćby karbapenemy, które radziły sobie z większością bakterii, nawet tymi odpornymi na standardowe antybiotyki. Tymczasem w ciągu ostatnich 10 lat szalenie rozwinęła się chirurgia plastyczna. Co gorsza, w niektórych krajach wykonywano te zabiegi (w konkurencyjnych cenach) w placówkach niedbających o odpowiedni standard higieniczno-sanitarny, za to w zamian używając ochronnych antybiotyków.


Zamiast mieć sterylny gabinet, profilaktycznie podamy pacjentowi antybiotyk?
Właśnie. Przypomina mi to czasy sprzed 20 lat, kiedy rozmawialiśmy o tym, dlaczego niektóre oddziały ginekologiczno-położnicze, które mają wysoki wskaźnik cięć cesarskich, nie mają wielu zakażeń u pacjentek. Działo się tak dlatego, że zanim doszło do cięcia cesarskiego, już kobiecie włączano antybiotyk i oczywiście dalej prowadzono ją, podając następne - na wszelki wypadek.


Mieli poważne wątpliwości dotyczące czystości na własnym oddziale?
Do dzisiaj w wielu przypadkach lekarze nie są tego pewni. Wczoraj zgłosił się do mnie pacjent, który poprosił o wskazanie rodzaju szczepionki przeciw wirusowi zapalenia wątroby typu B. Musi się zaszczepić, bo ma mieć zabieg na prostacie. Nie wymienię nazwy placówki, mogę tylko powiedzieć, że to jeden ze znaczących wroc-ławskich szpitali, a chirurg uzależnił wykonanie zabiegu od zaszczepienia się. To dowodzi, że albo jest niekompetentny w zakresie kontroli zakażeń szpitalnych, albo po prostu ma świadomość rzeczywistego stanu higieniczno-sanitarnego w swojej placówce...


Czyli zarówno lekarze, jak i my - pacjenci - jesteśmy sami sobie winni, bo hodujemy silniejszego wroga. Lekarze podają antybiotyki na wszelki wypadek, my ich zmuszamy do zapisania tego leku, gdy przychodzimy z byle przeziębieniem.
Mamy do czynienia z nowym zjawiskiem, którego jako doświadczony lekarz nie rozumiem - lekarze pod presją pacjentów zapisują antybiotyk. Robią tak albo dlatego, że chcą mieć święty spokój i nie zamierzają tracić czasu na przekonywanie pacjenta, albo robią to asekuracyjnie, bo wiadomo, że pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi, więc lekarz myśli tak: „Nie dam antybiotyku, a coś pójdzie nie tak, to mnie zaskarżą”.
Podobno w przypadkach takich, jak grypa antybiotyki są zupełnie bezskuteczne.

Byłem niedawno świadkiem wypowiedzi lekarki, która chwaliła się, że rozpoznała grypę i na wszelki wypadek zaleciła antybiotyk. To świadczy o niewiedzy (antybiotyków w zakażeniu wirusowym się nie stosuje, bo nie ma potrzeby - powinno się je zastosować dopiero wtedy, gdy dojdzie do powikłań, np. ropnych), albo chciała się asekurować, że co prawda pacjent ma grypę, ale żeby się nie rozwinęło zapalenie płuc, poda antybiotyk. Nie ma gorszej strategii terapeutycznej. To, niestety, tłumaczy taką sytuację, że coraz częściej mamy do czynienia z posocznicą, czyli sepsą, której nie ma czym leczyć. Coraz większa liczba zgonów z powodu sepsy, czyli zakażenia ogólnoustrojowego, nawet standardowego, niezwiązanego z jakimś szczególnie zjadliwym szczepem szpitalnym, jest wywołana przez zwyczajne do niedawna bakterie, ale odporne na antybiotyki.


Równie szkodliwe może być podobno przerwanie leczenia i branie zbyt małych dawek.

Ważne są dawka i czas przyjmowania. Jeśli lekarz zaleca terapię na 14 dni, ona tyle powinna trwać, bo każdy antybiotyk został wcześniej przebadany laboratoryjnie. Dzięki temu wiadomo, jaka dawka jest potrzeba i jak długo trzeba lek podawać, by okazał się skuteczny. Jeśli podamy mniej, będziemy mieli tzw. stężenie nieterapeutyczne, czyli nieskuteczne. Bakteria została lekko draśnięta, ale nie zabita. Odbudowała swoją otoczkę, rozpoznała antybiotyk i już wie, jak się przed nim bronić w przyszłości. Co z tego wynika? Że nie wyleczymy się skutecznie, a co więcej, w przyszłości nie zabijemy bakterii. Czasem ważna jest też droga podania leku - nie wystarczy doustnie, ale np. dożylnie, żeby trafił tam, gdzie to potrzebne.


Nie znajdzie Pan chyba zrozumienia dla tych, którzy trzymają w domu zapas antybiotyków i sięgają po leki wtedy, gdy uznają to za stosowne.
Nie ma nic gorszego od takiego podejścia, czyli: drapie mnie w gardle, to sięgnę po antybiotyk z domowych zapasów. Przestało drapać po dwóch tabletkach, to nie biorę następnych. Podobnie się dzieje, gdy lekarz wypisuje pacjenta ze szpitala trzy dni po operacji (a była to zmiana ropna), ale zaleca mu brać antybiotyk jeszcze przez siedem dni. A pacjent stwierdza, że czuje się dobrze, rana jest sucha, więc nie musi brać antybiotyku. To błąd - jeśli zaczęliśmy przyjmować lek, musimy go brać do końca zalecanej terapii, by był skuteczny.


Z Pańskich słów wynika, że bakterie nauczyły się, jak przetrwać atak antybiotykami.
To jest normalne - to biologia, to przyroda. Tak, jak my się zmieniamy, ewoluujemy, zmienia się nasza odporność, nasza fizjonomia, tak samo wszystkie drobnoustroje, w tym bakterie, zmieniają się i dostosowują do nowych warunków.


Nie są wcale tak durne, jak się nam wydaje...
W żadnym razie. Myślę, że lada moment zaskoczy nas fala zakażeń, epidemii wirusowych, bo w tej chwili biolodzy piszą w czasopismach medycznych, że odkryto 300 nowych wirusów, których nawet nie nazwano i nie przypisano do konkretnych chorób. Skoro przeżyliśmy SARS, mamy problemy z ebolą, która ciągle ewoluuje, mamy do czynienia z krętkiem odwielbłądzim (choroba nazywana MERS), to nie będę zaskoczony, słysząc, że mamy do czynienia z chorobą, która przebiega podobnie jak grypa, ale jest wywołana innym czynnikiem i nie pomaga w jej przypadku lek przeciwgrypowy ani jakikolwiek antybiotyk.


Już zdarzają się sytuacje, że bakterie, z którymi do niedawna skutecznie walczyliśmy standardowymi antybiotykami, teraz są nie do zabicia.
Jest słynna grupa enterokoków, z którymi żyjemy od dawna. Teraz okazuje się, że ponad 10 proc. tych bakterii uodporniło się tak bardzo, że nawet najskuteczniejsze nowoczesne antybiotyki nie działają. Enterokoki wywołują zakażenia dróg moczowych, przewodu pokarmowego. Zapominamy też o problemie związanym z Clostridium difficile, czyli laseczką beztlenową, która rozwija się u osób, które były intensywnie leczone antybiotykami. W związku z tym standardowe drobnoustroje zasiedlające jelito wyginęły, a rozwinęło się Clostridium difficile, czyli patogen produkujący toksynę wywołującą rzekomobłoniaste zapalenie jelit. Dopóki jego obecność wiązaliśmy z antybiotykami, sprawa była prosta. W tej chwili mamy sytuacje, gdy rozwijają się zakażenia tymi bakteriami u osób, które w ogóle nie przyjmowały antybiotyków.


Czyli przenoszą się z człowieka na człowieka?
Tak, a co gorsza, są odporne na antybiotyki, dzięki którym mogły się pojawić. Podobnie było z malarią
- DDT, które miało zwalczać zarodźce malarii, sprawiło, że pojawiły się komary odporne na ten środek, następnie pojawiły się zarodźce odporne na wszelkie środki chemiczne, np. na chininę. Za to DDT rozpylane nad terenami, gdzie pojawiała się malaria, spowodowało wybicie pierwotniaków, które zapewniały równowagę w glebie. W efekcie rozwinął się pierwotniak Naegleria wywołujący pierwotniakowe pierwotne zapalenie opon mózgowych i mózgu.


Sami sobie wyhodowaliśmy?
Tak, bo ten pierwotniak wcześniej nie wywoływał chorób; do czasu, gdy zaczęto stosować DDT. Tak samo dzieje się z bakteriami - stosując antybiotyki, sprzyjamy tym z nich, które potrafią przetrwać, ucząc się odporności na antybiotyki.


Mówimy o stosowaniu antybiotyków w leczeniu. Ale duży udział w wyhodowaniu bakterii potworów ma też rolnictwo. Podobno 80 proc. tych środków nie powinno się w ogóle używać w hodowli zwierząt i roślin.
Współpracuję z kolegami z Uniwersytetu Przyrodniczego, z weterynarii. Oni potwierdzają, że mimo istnienia formalnej kontroli weterynaryjnej nad wielkimi fermami i hodowlami w zakresie ograniczenia stosowania antybiotyków, to jednak ze względu na ich dostępność w internecie hodowcy kupują te leki i stosują w sposób nieoficjalny. Dlatego spożywając jakiekolwiek produkty mięsne, roślinne (duże plantacje jabłek, pomidorów itd.), musimy pamiętać, że wszędzie stosuje się antybiotyki, by mieć dorodniejsze sztuki bydła czy trzody chlewnej, owoce albo żeby nie zginął cenny krzew. To typowa chciwość. A to się obraca przeciw tym, którzy to potem jedzą.


Jak to na nas działa?
Przyjdzie taki moment, że staniemy się zupełnie bezbronni w stosunku do drobnoustrojów, przeciw którym nie będziemy mieli odpowiednich chemioterapeutyków. Pocieszeniem może być to, że w końcu intelekt ludzki pozwoli wyprodukować kolejne generacje lepszych leków.


Mówi Pan to jako optymista czy jako realista? Co dziś można zrobić, gdy bakteria na widok antybiotyku umiera co najwyżej ze śmiechu?
Próbuje się terapii fagowych. Polegają one na tym, że podaje się specjalnie przygotowane wirusy, które mają zdolność zjadania bakterii, nie szkodząc człowiekowi.


To drogie terapie, więc niełatwo dostępne.
To prawda, a poza tym ta terapia nie do końca się sprawdziła, to znaczy nie znalazła szerokiego zastosowania w medycynie. W tej chwili pojawia się coś nowego, co może budzić odrazę - leczenie... kałem.


Brzmi kiepsko.... A jest skuteczne?
Tak, polega to na tym, że pobiera się kał od osób zdrowych, opracowuje go w laboratorium - tak, by zawierał naturalne bakterie jelitowe. Potem podaje się sondą (nie pije się ze szklaneczki...) bezpośrednio do jelita chorej osoby. Wszystko po to, by odbudować naturalną florę bakteryjną zniszczoną przez antybiotyki. One są niezbędne, by proces trawienia odbywał się normalnie i żeby jelita nie zostały zasiedlone przez bakterie, które mogłyby stać się przyczyną choroby. Przy tej okazji wspomnę takie zdarzenia sprzed wielu lat, gdy leczono m.in. wirusowe zapalenie wątroby (wszczepienne, bo wtedy nie wiedziano jeszcze, jaki wirus jest winowajcą), zalecając wypijanie własnego moczu. Po co? Bo przeciwciała wytworzone przez organizm są wydalane z moczem. Wypijanie go miało więc sprawić, że w przewodzie pokarmowych pojawiało się więcej przeciwciał walczących z tym wirusem.


Jak długo organizm wraca do normy biologicznej po terapii antybiotykami?
To są miesiące. W niektórych przypadkach odbudowa naturalnej flory trwa dwa lata.


Jak sobie w tym pomóc?
Najprościej, biorąc probiotyki, czyli specjalne środki. Ale ja wolę naturalne sposoby - jogurt, kefir, ale tylko naturalne! Bo często ze względów ekonomicznych czas ich przydatności do spożycia jest wydłużany dzięki środkom chemicznym. Obawiam się więc, że kultura pożądanych bakterii jest w nich znacząco niższa, niż byśmy sobie tego życzyli.


Najlepiej byłoby zrobić sobie samemu taki jogurt?
Tak, ale ze zdrowego mleka - gdybym miał to zrobić ze względów leczniczych, zalecałbym kupowanie mleka z małych hodowli, nie wielkoprzemysłowych, ale takich, które mają cztery, pięć krówek. Chodzi o to, by do hodowli nie używano antybiotyków, żeby odbywała się w higienicznych warunkach. Poza tym proszę pamiętać, że owoce przed zjedzeniem powinniśmy dokładnie umyć, bo w skórkach też są drobnoustroje, które potem trafiają do naszego układu pokarmowego i - jeśli jesteśmy po antybiotykoterapii - znakomicie się tam rozmnażają.


Hodowcy pryskają owoce antybiotykami.
No tak, zniszczą szkodliwe drobnoustroje, a nam zostaje antybiotyk. Musielibyśmy go dokładnie zmyć szczoteczką. Szczerze mówiąc, chyba we wszystkim spożywamy antybiotyki, bo obawiam się, że są nawet w sałatkach kupowanych w sklepie. Nie chcę nikogo oskarżać, ale zakładam, że przemysłowi producenci artykułów garmażeryjnych sięgają po różnego rodzaju utrwalacze, takie jak antybiotyk. Dlaczego? Bo sałatki są pod tym względem najbardziej niebezpieczne - tam są i majonez, i jajka, i śmietana. Trzeba więc zabić wszystkie groźne mikroby, żeby to długo było zdatne do spożycia. Sam najchętniej jadłbym sałatkę wyprodukowaną tego samego dnia, kiedy jest sprzedawana.


Sądzi Pan, że katastroficzne wizje, którymi jesteśmy ostatnio często straszeni, spełnią się? Że zwyczajne dotąd bakterie staną się dla nas zabójcze?
Biorąc pod uwagę moją praktykę lekarską, a zwłaszcza orzeczniczą, jestem zaniepokojony - coraz więcej jest niepowodzeń terapeutycznych nawet w przypadkach rozpoznanych i zdiagnozowanych zakażeń. One coraz częściej kończą się śmiercią pacjenta z powodu nieskuteczności zastosowanego antybiotyku. To może przerażać.


Zakładam, że to, o czym Pan mówi, nie wynika z braku wiedzy lekarza?
Tak, bo mamy coraz więcej drobnoustrojów, które sobie poradziły z dostępnymi antybiotykami. Musimy pamiętać, że bakterie drogą krzyżową przekazują sobie informacje, jak radzić sobie z antybiotykami.


Uczą się tego nawzajem?
Tak, każda następna generacja już wie, że tego antybiotyku nie musi się obawiać. One przekazują sobie drogą biologiczną informacje, jak się uodpornić na działanie leku. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało kasandrycznie, ale apelowałbym do każdego, żeby się sto razy zastanowił nad potrzebą zastosowania antybiotyku w sprawach banalnych, a poza tym, by nie bagatelizował zaleceń lekarskich.


Powinniśmy chyba zacząć doceniać bakterie.
Nauczmy się szanować przyrodę - w tej chwili ekosystem się liczy. Jeśli tak spojrzymy na tę sprawę, będziemy mieli szansę dłuższego życia. A jeśli uwierzymy, że człowiek to absolutny władca świata, to przyroda zemści się na nas okrutnie.


Bakterie nie są wcale głupsze od człowieka?
Nie, one mają jedynie inną inteligencję. Ale niech pan spojrzy na świat zwierząt - czy można powiedzieć, że one są głupie? One mają mądrość, która mnie często zadziwia. Lubię obserwować zwierzęta, które potrafią się zachować niezwykle rozumnie w trudnych sytuacjach. Bo dlaczego kot nie tknie mięsa, które grozi zatruciem jadem kiełbasianym? Przyjdzie, powącha i jeśli stwierdzi choć odrobinę jadu kiełbasianego, nie tknie mięsa - choćby miał paść z głodu. Stąd zjadliwość tej substancji bada się jednostkami przeliczanymi na śmiertelność u kotów.

TECZKA OSOBOWA



prof. Andrzej Gładysz

Specjalista chorób zakaźnych, były konsultant krajowy ds. chorób zakaźnych, wieloletni kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych, Chorób Wątroby i Nabytych Niedoborów Odpornościowych Uniwersytetu Medycznego
we Wrocławiu.

Co każdy pacjent i lekarz wiedzieć powinni


Pacjenci:

Przyjmując antybiotyki, należy przestrzegać zaleceń lekarza.

Jeśli to możliwe, należy zapobiegać zakażeniom poprzez szczepienia.

Należy regularnie myć ręce oraz ręce dzieci, na przykład po kichnięciu lub zakasłaniu, przed dotknięciem innych przedmiotów lub ludzi.

Antybiotyki należy stosować wyłącznie na podstawie recepty, nie używać pozostałości z poprzedniej kuracji ani antybiotyków nabytych bez recepty.

Należy zapytać farmaceutę, co zrobić z niewykorzystanym lekiem.

Lekarze:

Należy przepisywać antybiotyki wyłącznie wówczas, gdy jest to konieczne, na podstawie rekomendacji opracowanych zgodnie z EBM, opartych na dowodach. Jeśli to możliwe, należy przepisywać antybiotyk
o wąskim spektrum działania, a nie antybiotyk o szerokim spektrum.

Należy wyjaśniać pacjentom, co przynosi ulgę w przypadkach przeziębienia i grypy (bez stosowania antybiotyków).

Należy tłumaczyć pacjentom, dlaczego ważne jest przestrzeganie zaleceń lekarza dotyczących leczenia antybiotykiem.

(Na podstawie strony: Antybiotyki.edu.pl)

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.