Szkoła - zabawka ministrów

Katarzyna Bogucka 8 maja 2015

„Znam wiele przykładów potwierdzających to, że w ostatniej klasie liceum, uczniowie nie tyle byli uczeni na poziomie szkoły średniej i ściśle według programu, lecz „trenowani” do zdania matury”.

Fot.: nadesłane

Rozmowa z prof. PIOTREM PETRYKOWSKIM, dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu.



„Matura nie służy kształceniu. To jest tylko pewien ułomny sposób sprawdzania wykształcenia. Jak się zlikwiduje maturę, to poziom wykształcenia nie wzrośnie, a może wręcz się pogorszy, bo nie będzie bata w postaci groźby: „Ucz się, bo inaczej nie zdasz matury” - mówił dziennikarzowi radia Tokfm.pl prof. Krzysztof Konarzewski, były szef CKE. Zgadza się Pan z tą opinią?
W jakimś sensie tak, faktycznie dzisiejsza matura nie służy kształceniu. Chyba w ogóle niczemu nie służy w sensie społecznym czy nawet wychowawczym. Wybrzmiało to nawet w ustach byłych minister edukacji i minister szkolnictwa wyższego. Chodzi o wypowiedź: „Matura to przepustka do szkoły wyższej” (to samo powiedziano o egzaminach po szkole podstawowej i gimnazjalnej). Jeżeli matura ma być tylko przepustką, to po co ten skomplikowany mechanizm? Wystarczy świadectwo ukończenia szkoły - też przepustka. Świadectwo jest lub może być bardziej wiarygodnym potwierdzeniem posiadania wiedzy, umiejętności na określonym poziomie rozwoju (dojrzałości). Może byłoby nawet bardziej wiarygodnym dokumentem w odróżnieniu od jednego (utrzymanego w atmosferze stresu, kodów kreskowych, pilnie strzeżonych sal egzaminacyjnych) zestawu egzaminów i procentowych wyliczeń.


Stara matura jawi się w tym kontekście jako bardziej rzetelny egzamin? Można w ogóle porównywać poziom dawnej matury i dzisiejszej?
Porównywanie poziomu starej czy nowej matury uważam za całkowicie chybione. Stara matura odnosiła się do innej rzeczywistości, do inaczej skonstruowanego systemu kształcenia. Inny był jej cel. Miała dawać odpowiedź na pytanie, czy absolwent danego etapu kształcenia osiągnął „dojrzałość” na tym poziomie.
A później trzeba było zdać egzamin na studia. Podczas rozmów z tegorocznymi maturzystami usłyszałam, że byłby on bardziej wiarygodny od nowej matury...

Ten egzamin służyć mógłby skonfrontowaniu wiedzy i umiejętności kandydata na studia z wymaganiami, jakie powinien spełniać student danego kierunku studiów. Nie chodzi o negatywną selekcję, ale o pomoc wielu kandydatom w podjęciu decyzji o rozpoczęciu studiów na danym kierunku. Nauczycielom akademickim egzamin dałby szansę takiego układania programu kształcenia, który byłby odpowiedni dla poziomu przyjętych studentów: „Sami takich przyjęliśmy, mieliśmy na to wpływ”. Dzisiaj na większość kierunków przyjmowani są kandydaci, o ile mają „przepustki” z rubrykami wypełnionymi liczbami, które nic zupełnie nie mówią. A egzamin wstępny stałby się silnym bodźcem do uczenia się, by dostać się na wybrany kierunek na dobrej uczelni.


Tymczasem...
Wśród wielu (choć nie wszystkich na szczęście) młodych ludzi i ich rodziców najważniejszym staje się skoncentrowanie na przygotowaniu do egzaminu maturalnego, który traktowany bywa jako trudny obowiązek formalny. Znam wiele przykładów potwierdzających to, że w ostatniej klasie liceum, uczniowie nie tyle byli uczeni na poziomie szkoły średniej i ściśle według programu, lecz „trenowani” do zdania matury. Że nieważne są oceny cząstkowe w roku szkolnym i na świadectwie. Ważne, ile jest procent na „przepustce”. Pomijane są w związku z tym niektóre partie materiału - bo „tego na maturze nie będzie”. Konkret? Logika w programie nauczania matematyki. Traktowana jest po macoszemu, bo jej właśnie na maturze nie ma. Osobną sprawą są egzaminy na studiach. (Nie chcę mówić o patologiach wielu byle jakich szkółek wyższych). Coraz częściej przybierają owe egzaminy niepokojącą postać testów, tam gdzie potrzeba rozmowy. Przykład - zaznaczam, nie z mojej uczelni. O czym rozmawiali studenci kierunku nauka o rodzinie tuż po egzaminie? Nie o problemie dziecka, o którym była mowa w jednym z zagadnień egzaminacyjnych. Posługiwali się szyfrem: pytanie 1 - odpowiedź a, itd.


Kiedy popełniono w polskim systemie edukacji błąd?
To złożona sprawa, więc powiem w dużym skrócie i nie o wszystkim. Po pierwsze, edukacja stała się zabawką w rękach ministrów ze zmieniających się ekip politycznych, których zalążki reformy czy często karykatury lub paranoidalne pomysły realizowane są pod populistyczne dyktando wyborcze. Edukacja - ukryty skarb - powinna przejść pod opiekę fachowej, ponadpartyjnej, pozaparlamentarnej instytucji - komitetu edukacji narodowej. Po drugie, przed edukacją powinniśmy postawić pytanie: jakim powinien być człowiek - obywatel, jako „efekt” całego procesu kształcenia. Jaki? Na miarę pierwszej połowy XXI wieku, umiejący rozwiązywać nie jutrzejsze problemy, ale te „pojutrzejsze”, o których my - dorośli - często nawet nie mamy wyobrażenia.


A edukację podporządkowujemy głównie krótkoterminowej perspektywie rynku pracy i zdobyciu tzw. atrakcyjnego zawodu...
...na przykład zawodu informatyka czy inżyniera, bo technologia, bo przemysł, a przecież nawet nie wiemy (przykłady z USA), jakie nowe zawody pojawią się za 5 lat! Nie wiemy, ile hipertabletów będzie za 5 lat potrzebowało dziecko w piaskownicy? Ile superrobotów poda rękę starszemu, schorowanemu człowiekowi, czekającemu na zmianę pieluchy? Ile komputerów powie młodemu człowiekowi, co to jest miłość czy sens życia? Pamięta pani bajkę Andersena o cesarzu i słowiku? Żaden drogocenny robot nie zastąpił żywego, szarego ptaszka. Jest wiele innych podobnych w wymowie bajek, przypowieści, historii, choćby o wieży Babel.


Młody człowiek musi się jednak określić i to bardzo wcześnie. Co wybrać: kształcenie humanistyczne czy ścisłe?
Przyszłość widzę w kształceniu humanistycznym. Nie jest to wcale mój sprzeciw wobec nauk ścisłych czy technicznych. Czyż najwybitniejsi „ścisłowcy” nie byli jednocześnie wybitnymi humanistami? I, wbrew pozorom, najwybitniejsi humaniści potrafili zrozumieć świat techniki.


Jak widzi Pan studia przyszłości?
Studia przyszłości? Przyszłość zaczyna się dzisiaj po południu czy wieczorem, a nie dopiero jutro. Studia przyszłości widzę nie w dzisiejszej formalnej konstrukcji 3 (licencjat) plus 2 (magisterium). Widziałbym je w formule, w której młody człowiek przez rok, góra dwa, studiuje różne moduły w jednym (ale nie tylko)wybranym obszarze - społecznym, humanistycznym, ścisłym, a potem decyduje się na bardziej szczegółowe ukierunkowanie, np.: fizykę, historię, robotykę, pedagogikę, bo już wie, co mu jest bliższe.

Studiując matematykę może wybrać kurs z historii sztuki (ile matematyki jest w architekturze starożytnej czy twórczości Michała Anioła!). Proponowałbym także studentom dodatkowe kursy zawodowe. Młody człowiek skończy (lub nie - przecież nie wszyscy musimy mieć wyższe wykształcenie) studia z tytułem licencjata lub magistra w zależności od wybranych i ukończonych ścieżek. Wyobraźmy sobie ekologa z dyplomem opiekuna człowieka starego i umiejętnościami w zakresie, np. sztukaterii czy rysunku.


Brzmi interesująco, ale nie wyobrażam sobie aż takiej rewolucji...
Mrzonki? Nie, to jest możliwe. Tylko, że dotknęła pani czubka góry lodowej. Ta wizja potrzebowałaby funkcjonalnie zintegrowanego, przemyślanego i poddawanego aktualizacjom systemu edukacyjnego od przedszkola, przez szkołę podstawową, gimnazjum, szkołę średnią, wyższą. Pieczę nad tym systemem powinni sprawować nie partyjni hucpiarze, lecz wybrani uczeni, nauczyciele, rodzice, przedsiębiorcy, mówiąc dzisiejszym językiem - interesariusze edukacji, w której, jak już podkreślałem, jest ukryty skarb.

TECZKA OSOBOWA


Prof. Piotr Petrykowski

Od 2012 r. jest dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK. Zajmuje się teorią wychowania, z naciskiem na społeczne i kulturowe uwarunkowania wychowania, oraz kształtowaniem tożsamości kulturowej, przekazem dziedzictwa kulturowego i edukacją regionalną. Był ekspertem Komisji Senatu RP oraz członkiem Komisji ds. Nagród Ministra Kultury i Sztuki.

Jest choreografem i nauczycielem tańca. W latach 1994-1995 był zastępcą dyrektora Teatru im. W. Horzycy. Pracował też w Wojewódzkim Ośrodku Animacji Kultury w Toruniu.