Nie studia, lecz chęć szczera...

Katarzyna Bogucka 8 maja 2015

Maturzysta sprzed dwudziestu lat, przy tym współczesnym, wygląda jak prehistoryczna skamielina. W czasie egzaminu wspierali go (duchowo i żywnościowo) rodzice. Oblany egzamin był dla całej familii blamażem. Dziś na maturze świat się nie kończy.

Liceum Towarzystwa Salezjańskiego w Bydgoszczy. Od tutejszych maturzystów usłyszeliśmy, m.in., że wiarygodniejsze od matury byłyby egzaminy na studia

Fot.: Tomasz Czachorowski

„Zdam albo nie zdam”, „Na studia się jeszcze nie wybieram”, „Najpierw zarobię parę tysięcy złotych”, „Studia? Może na stare lata” - gdy przytoczyliśmy te wypowiedzi Magdalenie Jastrowskiej, mamie Kamili, tegorocznej maturzystki, tylko pokiwała głową.



Te teksty dobrze zna, bo wychowuje od ponad 18 lat radosną abnegatkę.

- Chciałabym uniknąć powiedzenia „Za moich czasów...”, ale to nieuniknione - uśmiecha się nasza rozmówczyni. Wspomina najpierw swoją maturę: zarwane noce, wycieńczenie (i kurację z pszczelego pyłku), korepetycje u najostrzejszej nauczycielki chemii w mieście (a później problemy żołądkowe), utratę wagi (i maminą kurację z kaszki na mleku co rano), wreszcie ściągi pisane mikrodrukiem, ukrywane pod rajstopami (czytane ukradkiem w toalecie). Teraz czas na wersję młodzieżową matury 2015.

- Moja córka wcale się nie stresuje. Uczyć, tak na poważnie, zaczęła się dobre dwa miesiące przed egzaminami. Gdy wspominam moją mamę, która mi zabroniła oglądać telewizję przed maturą, mam wrażenie, że kiedyś wykształcenie to była rzecz święta, obowiązek, przepustka do pracy, kariery. A dziś? Luzik...

Magistrów jest za dużo


Sprawą życia i śmierci nie jest matura dla Filipa, abiturienta z Bydgoszczy. - Stereotyp głoszący, że każdy musi mieć maturę, już nie obowiązuje, a na pewno nie dotyczy mnie - zaznacza chłopak, ale szybko dodaje, że warto jednak kolejny etap edukacji zamknąć, co i on właśnie czyni.

Zauważa, że matury z roku na rok są trudniejsze, co, jego zdaniem, jest słuszną koncepcją, rodzajem racjonalnego sita. - Magistrów jest w Polsce za dużo, zaczyna brakować ludzi zainteresowanych pracą, choćby fizyczną, albo drobnych przedsiębiorców. Zauważmy, że magistrzy stoją dziś za kasami w marketach, w KFC, w McDonald’s...

Filip nie jest przywiązany do wizji studiowania, zwłaszcza zachowawczego: - Nie rozumiem ludzi, którzy idą na studia dla samego studiowania albo, co gorsza, dla rodziców. Uważałbym ten czas za stracony. Ostatnio dużo rozmawiam ze znajomymi maturzystami, niektórzy z nich, pytani o miejsce studiowania, rzucają „Poznań”, ale gdy pytam o konkretny kierunek, nie potrafią nic powiedzieć. Ważne, że Poznań, wiadomo, najlepsze imprezy.

Filip nakreślił nam szkielet swojej najbliższej przyszłości. Spróbuje dostać się na Akademię Morską (z uwagi na zainteresowania marynistyczne, żeglarskie).

Trudno jednak byłoby znaleźć naukowy przyczółek dla jego największej pasji, czyli nurkowania. Tematycznie najbliżej będzie do wspomnianej szkoły morskiej, a jeśli abiturientowi nie uda się tam dostać...

- To nic straconego. Poza rekreacyjnym, najmniej dochodowym, interesuje mnie nurkowanie komercyjne, praca przy platformach wiertniczych, dla wielkich koncernów paliwowych, wydobywających ropę na otwartym morzu. To zajęcie wymaga międzynarodowych certyfikatów, jest to zawód poszukiwany, dobrze płatny i fascynujący. Jeśli uda mi się zrealizować mój plan, studia mogą poczekać.

Przeczekać w „Biedronce”


Agata z Janikowa, zarażona chemiczną pasją przez nauczycielkę przedmiotu, też chce poczekać. Wybrała wprawdzie inżynierię chemiczną na Uniwersytecie Warszawskim, ale... - Jeśli za pierwszym razem nie uda mi się dostać, to mam nadzieję, że na rok, a może i na dłużej zahaczę się w „Biedronce”. Podobno można tam zarobić więcej niż w „Polo”. Mieszkam z rodzicami, więc wszystkie pieniądze będę wkładać na konto i tym sposobem odłożę je na studia.

Wiktoria, licealistka z Torunia chciałaby studiować ekonomię na UJ w Krakowie. Musi uzbierać 70 proc. ze wszystkich przedmiotów rozszerzonych. Opcją awaryjną jest Poznań. Tymczasem czekać trzeba na wyniki matury, która, zdaniem Wiktorii, nie jest już jednak największym życiowym osiągnięciem:

- Owszem, to wciąż istotny egzamin, głównie dla przyszłych studentów, ale także dla wielu pracodawców wymagających minimum matury, dlatego sporo osób ma poczucie, że warto egzamin dojrzałości zdać. Utwierdzali nas w tym przekonaniu nauczyciele i to już od gimnazjum.

Jasno sprecyzowany plan ma także Emilia, bydgoska maturzystka. Interesuje ją chemia nuklearna na Uniwersytecie Warszawskim. To pokłosie uwielbienia dla chemii, fizyki i zafascynowania atomem. Uczennica nie od dziś szuka nowinek z tej dziedziny nauki, szpera w Internecie, w gazetach.

Już marzy o doktoracie na warszawskiej uczelni, liczy, że Polska wkrótce dorobi się własnej elektrowni jądrowej. O pracę się nie boi, chemia, w różnych odmianach, to przecież jedna z najbardziej rozwijających się dziedzin nauki.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.