Piekielnie trudna partia. Rozmowa z EWELINĄ RAKOCĄ

Małgorzata Pieczyńska 3 maja 2015

Rozmowa z EWELINĄ RAKOCĄ, utalentowaną mezzosopranistką, solistką Opery Nova w Bydgoszczy, odtwórczynią roli Małgorzaty w „Potępieniu Fausta”, spektaklu który zainaugurował trwający właśnie XXII Bydgoski Festiwal Operowy.

Fot.: Marek Chełminiak


Po premierze zebrała Pani znakomite recenzje, swoim głosem wręcz oczarowała Pani publiczność. Jak przygotowywała się Pani do roli Małgorzaty?
Trudna partytura, karkołomne partie wokalne to powody, dla których większość solistek ucieka od tej roli. A ja sama zaproponowałam moją kandydaturę dyrektorowi Maciejowi Figasowi, ale ostateczną decyzję o obsadzie podjął reżyser Maciej Prus. Zrobiłam to, bo chciałam się rozwijać wokalnie, a rola Małgorzaty to wielkie wyzwanie. Przygotowywałam się do niej od lutego. To dość wrednie napisana partia, trudna technicznie. Jest niewygodna dla głosu, bo trzeba balansować między mezzosporanem a sopranem. Dodatkowo bardzo trudny muzycznie byl tercet, który wymagał ogromnego zgrania. Wystarczyło, że jeden z nas źle by zaśpiewał i reszta posypałaby się. Razem z Szymonem Komasą (Mefisto) i Łukaszem Załęskim (Faust) ćwiczyliśmy codziennie, aż do perfekcji. Świetnie się z nimi pracowało. Obaj są bardzo sympatyczni, otwarci i, co ważne, mają poczucie humoru.

Miała Pani tremę przed premierą?
To była jedna z najważniejszych moich ról. Chciałam wypaść dobrze. Większy stres miałam przed próbą generalną. Wiedziałam, że jeśli zaśpiewam źle, to mogę wypaść z obsady. Moja zmienniczka, Darina Gapicz, też była świetnie przygotowana, ale reżyser dał mi szansę i bardzo mu za to dziękuję.

W operze nie tylko śpiew, ale i gra aktorska ma ogromne znaczenie. Pani świetnie opanowała te umiejętności...
Bo trzeba wiedzieć, o czym się śpiewa, podkreślić głosem ważne słowa, by widz zrozumiał intencje bez patrzenia na tłumaczenie. Wszystko po to, aby go zaciekawić. Śpiewak operowy musi być przekonujący pod względem aktorskim, inaczej polegnie. Zawsze, kiedy śpiewam, zerkam na pierwsze rzędy na widowni. Jeśli nikt nie śpi, to jest dobrze. Miałam wielkie szczęście, bo na studiach trafiłam na cudownych pedagogów. Wiele zawdzięczam też reżyserowi Wojciechowi Adamczykowi, z którym rok temu pracowałam przy roli Nastki w „Księżniczce czardasza”. Udzielił mi wielu cennych wskazówek.

Opera to raczej trudny gatunek muzyczny. Jednak coraz więcej osób chce uczestniczyć w takich spektaklach. Czy Pani zdaniem, opera przeżywa renesans?
W Europie zabiera się dotacje operom ze względu na cięcia budżetowe. Na szczęście, w Bydgoszczy na spektaklach zawsze mamy komplet. Dla wielu osób opera jest odskocznią od codzienności, wręcz relaksem. Dziś w dobie różnych performance, spektakli interaktywnych, które zmuszają widza do myślenia, opera staje się czymś atrakcyjnym i to cieszy. Koncertowałam też w Wiedniu. I zapewniam, polscy widzowie w niczym nie odstają od tych zagranicznych. Potrafią żywiołowo i entuzjastycznie reagować. Nie mamy się czego wstydzić. Co ważne, do opery przychodzą coraz młodsi ludzie, mają swoje zdanie, wymieniają się uwagami, wrażeniami. I o to chodzi, by budzić emocje u widza.

Jak ważna jest scenografia w spektaklach operowych?
Buduje klimat. Dla widza scenografia i kostiumy mają ogromne znaczenie, jednak dla śpiewaków stanowią czasem problem. Większość czasu ćwiczymy bez scenografii. Dopiero na tydzień lub dwa przed spektaklem pracujemy w pełnej oprawie. W „Potępieniu Fausta” w drugim akcie śpiewaliśmy w domku z pleksi i aluminium. Musieliśmy bardzo uważać, bo domek się ruszał. Na dodatek w ścianach widać było każde nasze odbicie, więc każdy ruch był ważny. Ta scenografia była ascetyczna, dzięki temu udało się stworzyć klimat mroczny, wręcz diabelski. Konieczne były też poprawki w kostiumie. Tren do mojej sukni został skrócony, bo był za ciężki. Kilka razy zmienialiśmy też fryzurę. Reżyser chciał, żeby była jak najprostsza. Mefisto, czyli Szymon Komasa, miał problem z tipsami, gdyż początkowo mu odpadały.

Jest Pani absolwentką Akademii Muzycznej w Gdańsku, ale też uczyła się śpiewu w Konservatorium Wien. Jak trafiła Pani do Opery Nova w Bydgoszczy?
Na piątym roku studiów wyjechałam do Wiednia, gdzie kształciłam sie pod kierunkiem Julii Conwell. Występowałam w kościołach i salach koncertowych w stolicy Austrii, ale pieniędzy z tego wielkich nie było. Musiałam się z czegoś utrzymać, więc pracowałam jako sprzątaczka w jednym z miejscowych hoteli. Co jakiś czas przyjeżdżałam do Gdańska. Zbliżał się koniec sezonu operowego i dowiedziałam się o przesłuchaniach w Bydgoszczy. Postanowiłam spróbować. Dwa miesiące później zadzwonił do mnie Maciej Figas z propozycją pracy. Ucieszyłam się, że będę mieszkać niedaleko mojej rodziny, bo pochodzę z małej wsi Ryńsk, położonej między Toruniem a Grudziądzem.