"Na miejscu mojego pacjenta może się znaleźć moja mama, siostra czy koleżanka"

Paulina Błaszkiewicz 27 kwietnia 2015

Rozmowa z AGATĄ GLAMOWSKĄ, fizjoterapeutką w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym „Światło”.

Agata Glamowska mówi, że w jej pracy najważniejsze jest pozytywne nastawienie

Fot.: Grzegorz Olkowski


Fizjoterapeuci chyba dość rzadko wybierają pracę z pacjentami w śpiączce?
Czasami jest to kwestia wyboru, a czasem przypadku. Tak było ze mną. Ja w momencie, kiedy podejmowałam decyzję o tym, co będę robić w przyszłości, nie pomyślałam, że pójdę w kierunku medycznym. To los zdecydował za mnie.
Kim Pani chciała być?

Nauczycielką wychowania fizycznego, ale nie udało mi się dostać na AWF. Nie chciałam tracić roku na kolejną szansę, więc poszłam do studium medycznego na fizjoterapię, ale nawet na ostatnim roku nie wiedziałam, z jakim pacjentem będę pracować w przyszłości. Każdy wybiera tak, jak czuje. Ja myślałam, że moim powołaniem jest praca z dziećmi i tak też się stało, bo do dziś mam z nimi zajęcia, ale ogromną satysfakcję daje mi praca ze śpiochami.

Muszę przyznać, że to bardzo pozytywne określenie pacjentów w śpiączce.
To prawda. Tylko pozytywne nastawienie daje nam szansę na sukces. My nie jesteśmy od oceniania, czy pacjent się wybudzi, czy nie. On cały czas żyje, a my mamy mu pomóc w tym, by jego życie było komfortowe. Trzeba tylko dać mu szansę. Wie pani, dwa lata temu miałam kontuzję kolana. Siedziałam sama w kolejce w przychodni i zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak czuje się mój pacjent. Ja mogłam podejść do automatu z kawą, czy wziąć batona, chociaż czułam ból. Mój pacjent tego nie zrobi, dlatego to ja muszę pomyśleć, co mogę zrobić dla niego. Każdy z naszych pacjentów daje jakieś znaki. Trzeba być jednak uważnym obserwatorem, by je zauważyć. Tu nawet przyśpieszony oddech jest oznaką tego, że coś się dzieje, że on czuje.

Proszę opowiedzieć jak wygląda Pani codzienna praca z takim pacjentem?
Przede wszystkim staram się nie sprawiać bólu. Tak jak powiedziałam wcześniej - pracuję z kimś, kto nie jest w stanie powiedzieć mi o swoich odczuciach. Terapia każdego z pacjentów jest ustalana indywidualnie. Nasz zakład jest miejscem, które przyjmuje chorych w różnym stanie. Czasami są to osoby po wypadkach, które trafiają do nas prosto z oddziału intensywnej terapii, a czasem po dłuższym czasie. Bardzo często rodzina nie jest w stanie zapewnić im właściwej opieki i absolutnie nie chodzi tutaj o chęci. Mąż czy żona nie zawsze ma możliwość wzięcia bezpłatnego urlopu na czas opieki nad współmałżonkiem. Kiedy są dzieci, codzienne obowiązki, to wszystkim trzeba się zająć. Nasz zakład jest od tego, by wspierać takie osoby. Terapia, którą wykorzystujemy w pracy, jest wielozmysłowa - pozwala pacjenta pobudzić. Tak naprawdę ta rehabilitacja jest nauką podstawowych czynności życiowych. Pacjenci na nowo uczą się czesać włosy, podnosić rękę przy posiłku, siadać.

To prawda, że w szpitalach nie ma miejsca dla takich osób? Matka jednego z pacjentów usłyszała, że musi zabrać syna do domu, bo w szpitalu nikt nie będzie się nim zajmował.
Tak niestety jest, ale nie obwiniałabym za to służby zdrowia. To wina systemu, który każe lekarzom i pielęgniarkom postrzegać pacjenta jako numer czy przypadek, a nie człowieka. Jeśli na oddziale są dwie pielęgniarki, które mają pod swoją opieką czterdziestu pacjentów, to nic dziwnego, że one nie są w stanie umyć lub nakarmić pacjenta w śpiączce. Mam nadzieję, że niebawem nasz system się zmieni i będzie powstawało więcej takich miejsc w Polsce jak nasz Zakład Leczniczo-Opiekuńczy.

Wasz zakład poza tym, że zapewnia pacjentom w śpiączce właściwą opieką, to również daje nadzieję ich rodzinom...
Nigdy nie powinniśmy odbierać nadziei, bo tylko ona pozostaje i jest bodźcem nawet wtedy, kiedy nic się nie dzieje. Naszym zadaniem, poza opieką nad pacjentem w śpiączce, jest również edukacja rodziny. „Kiedy on się obudzi?” - to pytanie pada najczęściej ze strony rodziny pacjentów, z którymi pracuję. Nikt z nas nie zna na nie odpowiedzi, ale wszyscy mamy nadzieję, że prędzej czy później tak się stanie.

Powiedziała Pani: wszyscy mamy nadzieję?
Tak, ja też mam taką nadzieję, bo traktuję moich pacjentów jak bliskich mi ludzi. To z nimi spędzam najwięcej czasu i czuję się za nich odpowiedzialna. Z rodzinami też mam dobry kontakt. Kilka dni temu mama jednego z pacjentów zapytała mnie: „Pani to chyba nie ma żadnych zmartwień, bo cały czas chodzi uśmiechnięta?”. Innym razem słyszę: „Coś się stało, bo taka pani smutna dziś”.

Psycholog powiedziałby, że to nie jest do końca profesjonalne zachowanie.
Praca w takim miejscu zmienia perspektywę. Nauczyłam się cierpliwości, pokory i przede wszystkim odpowiedzialności za drugiego człowieka. Często myślę, że na miejscu mojego pacjenta może się kiedyś znaleźć moja mama, siostra czy koleżanka. W głowie zapala się czerwona lampka, bo tak naprawdę nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie następnego dnia. Ludzie, z którymi pracuję, funkcjonowali przed wypadkiem lub chorobą tak samo jak ja. Być może za jakiś czas uda im się do tego wrócić?