Krótka historia żużlowych skandali

Krzysztof Błażejewski 24 kwietnia 2015, aktualizowano: 24-04-2015 10:18

Kompromitacja organizatorów turnieju Grand Prix IMŚ na żużlu w Warszawie znów podcięła skrzydła fanom tej dyscypliny, wierzącym w rozwój żużla, sportu kompletnie nieznanego w większości krajów świata, bądź postrzeganego jako niszowy.

Miało być wielkie żużlowe święto, a wyszła z tego kicha. Ciągnące się jak flaki z olejem na skutek awarii taśmy i częstego przerywania wyścigów po starcie, niedawne zawody żużlowe na Stadionie Narodowym zakończyły się kompromitacją

Fot.: AIP

Turniej na Stadionie Narodowym w Warszawie miał zmienić wizerunek żużla. I chodziło nie tylko o przekonanie zgromadzonych na trybunach 53 tysięcy kibiców. Plany były znacznie ambitniejsze. Turniej ten miał zachęcić do liczniejszego przychodzenia na stadiony. W ślad za tym miało pójść większe zainteresowanie sponsorów i celebrytów, koncernów motoryzacyjnych, powrót speedwaya do Londynu, Sztokholmu, Wiednia czy Berlina, a w dalszej perspektywie ekspansja tego sportu do kolejnych krajów.

Pierwszy jest wynik


Co z tego wyszło? Warszawski tor nie nadawał się do jazdy, źle działała maszyna startowa, były zastrzeżenia do sędziów, w końcu zawody zostały przerwane... Wiele wskazuje na to, że przyczyną zepsucia oczekiwanego święta sportu były drobiazgi i nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Kiedy jednak dzieje się to w takim miejscu, po tak wielkiej akcji promocyjnej, w obecności 53 tysięcy osób, wszystko mieć może monstrualne rozmiary. Z różnych ust padają wówczas bardzo ostre słowa o gigantycznej kompromitacji. Czy słusznie?


Żużel traktować trzeba jako sport skandalogenny. Bierze się to z jego specyfiki, skromnej bazy sprzętowej, klubowej i zawodniczej oraz tzw. parcia lokalnych środowisk na wyniki. Na to ostatnie narzekają jak jeden mąż startujący w Polsce cudzoziemcy. Wszystko, co dzieje się na torach i wokół nich, jednak jakoś tych najbardziej wytrwałych kibiców nie odstręcza. Bywa, że i negatywna atmosfera potrafi zadziałać na korzyść. Jeśli się to umiejętnie wykorzysta.

22 września 2013. Kompromitująca rejterada zawodników Unibaksu Toruń z parkingu w Zielonej Górze przed ostatnim, niedoszłym do skutku, meczem ligowym

fot. AIP

22 września 2013. Kompromitująca rejterada zawodników Unibaksu Toruń z parkingu w Zielonej Górze przed ostatnim, niedoszłym do skutku, meczem ligowym


Afer i skandali w długiej historii polskiego żużla było mnóstwo. Z udziałem działaczy i zawodników z naszego regionu także. Daleko pamięcią sięgać nie trzeba, wystarczy przywołać ostatni finałowy mecz ligowy sezonu 2013 i opuszczenie stadionu w Zielonej Górze tuż przed terminem rozpoczęcia zawodów przez ekipę toruńskiego Unibaksu. Na działaczy i drużynę posypały się kary. W efekcie torunianie - po raz pierwszy od wielu lat - nie zakwalifikowali sie do rundy play-off o mistrzostwo Polski. Czy było to dobrą nauczką i przestrogą dla innych na dłuższy czas? Śmiem wątpić.

Szybki pomysł na mistrza


Bodaj pierwszą aferą żużlową w naszym regionie było zachowanie działaczy z Torunia i Bydgoszczy 2 sierpnia 1931 roku. Po towarzyskich zawodach w mieście Kopernika obydwie ekipy spotkały się w Dworze Artusa. Tam okazało się, że prezentowane jeszcze na stadionie puchary i nagrody dla zwycięzców nagle zniknęły. Szybko wyszło na jaw, że gospodarze, rozżaleni porażką, postanowili rywalom zza miedzy nagród jednak nie przekazać. Z bankietu nic nie wyszło, a bydgoscy żużlowcy oznajmili, że więcej ich noga w Toruniu nie postanie i opuścili to niegościnne - jak podkreślali - dla nich miasto.

Afer i skandali organizacyjnych nie brakowało w polskim żużlu także w latach powojennych. W 1951 roku finał indywidualnych mistrzostw kraju we Wrocławiu dwaj zawodnicy - Alfred Spyra i Włodzimierz Szwendrowski - ukończyli z identycznym dorobkiem 14 punktów. Organizatorzy zapomnieli o uwzględnieniu takiego przypadku w regulaminie! Ktoś wpadł na pomysł, żeby... podsumować czasy uzyskane przez obu zawodników i w ten sposób mistrzem, przy protestach Spyry, został Szwendrowski.

Kiedy gaśnie światło...


Indywidualne mistrzostwa Torunia, czyli jedne z pierwszych zawodów po reaktywowaniu speedwaya w tym mieście w 1957 roku, postanowiono zorganizować w połowie listopada. Nikt nie przewidział, że nagle chwyci siarczysty mróz. Po kilku biegach rozegranych z kłopotami (silniki fisów nie chciały odpalać), mając wzgląd na zdrowie okrutnie zziębniętej nielicznej publiczności, turniej przerwano.

Wielkim echem odbił się zorganizowany po raz pierwszy w naszym kraju światowy finał mistrzostw drużynowych, rozegrany w 1960 roku we Wrocławiu. Zespoły Anglii i Szwecji dotarły na miejsce kilka godzin po czasie z powodu opóźnienia samolotu. W połowie zawodów było już tak ciemno (w tamtym czasie nikt jeszcze nie marzył o stadionowym oświetleniu), że ani zawodnicy, ani widzowie niczego nie widzieli. Organizatorzy wpadli wówczas na pomysł, aby właściciele samochodów ustawili je na pasie bezpieczeństwa i włączyli reflektory. W ich świetle udało się dokończyć zawody, które wygrali Polacy. Identyczną historię odnotowano w Polsce jeszcze tylko raz, jesienią 1970 roku. Podczas turnieju z okazji 35-lecia „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” nagle zgasło światło na obiekcie bydgoskiej Polonii. Awarii nie udało się usunąć przez godzinę. Także i wówczas uratowano imprezę dzięki światłom samochodowych reflektorów.

Szukali przerwy w kablu


Złośliwość rzeczy martwych wielokrotnie lubiła się objawiać w postaci nagłego zaniku prądu w stadionowych urządzeniach startowych i świetlnych. Zarówno w Bydgoszczy, jak i Toruniu odbywały się mecze, podczas których zawodnicy startowali na... gumkę puszczaną ręcznie przez obsługę, a także na chorągiewkę, którą dawał znak sędzia zawodów. W latach 90. podczas meczu z ROW-em w Bydgoszczy okazało się, że nie podnosi się w górę taśma, bo prąd nie dochodzi do zaczepów. Dyżurny elektryk nie był w stanie rozszyfrować zagadki zaniku napięcia, ściągnięto zatem z domu człowieka, który zakładał urządzenie. I on nie pomógł. Trzeba było wykopać przewód z ziemi na kilkudziesięciometrowej długości, dopiero wówczas znaleziono przerwę w obwodzie. Prace - przy akompaniamencie gwizdów i śmiechu na zmianę - trwały przez prawie dwie godziny!

Innym razem w Bydgoszczy tylko niebywałe szczęście w postaci minimalnej liczby upadków i wykluczeń oraz sprawna praca sędziego uratowały organizatorów przed gigantyczną wtopą. Dlaczego? Ano dlatego, iż zapomnieli, że w dniu meczu nastąpiła zmiana czasu i wyznaczyli termin rozpoczęcia zawodów tak, jakby nadal obowiązywał czas letni. Ostatni bieg (nie było wówczas oświetlenia) odbył się prawie po ciemku...

Albo my, albo oni


Oddanie meczu walkowerem, wycofanie się rakiem z parkingu w Zielonej Górze w 2013 roku było w wykonaniu torunian recydywą. Już raz tak postąpili dokładnie cztery dekady wcześniej, 7 października 1973 roku. Do Bydgoszczy przyjechali wówczas na rewanżowy baraż o miejsce w ekstralidze. Tymczasem poloniści przygotowali taką „kopę”, że w nawierzchni toru chowały się opony. Arbiter Jerzy Wróblewski z Łodzi nie dostrzegł w tym niczego nagannego. Po pięciu biegach, przy stanie 24:6, torunianie odmówili dalszych startów i udali się do szatni, defilując na oczach przepełnionego stadionu przez całą płytę boiska. Kary były bardzo surowe, kierownictwo klubu i zawodnicy publicznie przepraszali później i Polonię, i kibiców.

W 1968 roku w ostatniej kolejce mecz Sparty z Unią rozegrano zamiast we Wrocławiu - w Tarnowie. Unia wygrała i uratowała się przed spadkiem, spychając na ostatnie miejsce w tabeli bydgoską Polonię. Główna Komisja Sportu Żużlowego orzekła obustronny walkower, dzięki któremu Polonia po barażu utrzymała się w lidze. Żużlowa centrala bardzo energicznie zareagowała także na szopkę w wykonaniu Unii Leszno w 1984 roku. Uniści ostatnie cztery biegi przegrali wówczas demonstracyjnie po 1:5, mecz skończył się remisem, który ratował przed spadkiem Stal Rzeszów. Biegi anulowano, Unii tytuł mistrzowski został odebrany.

Pozytywnym bohaterem kolejnego skandalu był toruński arbiter, Roman Cheładze. To on jako jedyny sędzia w całej historii polskiego żużla zdecydował się przerwać mecz (Stal Gorzów - Unia Leszno, 1988 rok) i orzec walkower dla gości za „spreparowanie”, czyli przygotowanie toru „pod swoich zawodników”.

Świnia na torze


Podobnych afer różnego kalibru jest jeszcze wiele. Choćby ta sprzed paru lat, kiedy po śmiertelnym wypadku Lee Richardsona w trakcie zawodów zawodnicy i działacze targowali się, czy je przerwać, czy kontynuować? Albo ta z finału IMŚ w 1992 roku we Wrocławiu, kiedy podczas uroczystego otwarcia zasłabł nagle przy taśmie startowej... zaprzężony do bryczki koń i trzeba było zwierzę ratować. Albo jeszcze inna - z 2009 roku, kiedy na ten sam tor Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu przed meczem Sparty z Unią Leszno kibice wypuścili... świnię ubraną w szalik drużyny przeciwnej.