Tylko dwa pytania, Herr Grass!

Dawid Sobek 17 kwietnia 2015

Zmarły w poniedziałek pisarz noblista Günter Grass nazywany był sumieniem Niemiec. Znany był jako kpiarz, wróg totalitaryzmu i... namiętny palacz fajki, czym doprowadził niegdyś piszącego te słowa do najwyższego stadium stresu.

Günter Grass na prawie każdym zdjęciu (powyższe zostało wykonane w jego pisarskiej pracowni) występuje w swojej ulubionej brązowej marynarce i z nieodłączną fajką.

Fot.: AP Photo / Michael Probst

Lubeka, czerwiec 2007 roku. Sobotnie przedpołudnie wyjątkowo chłodne jak na tę porę roku. Do auli gimnazjum im. Carla Jacoba Burchardta na obchody 90. rocznicy urodzin innego niemieckiego pisarza noblisty, Heinricha Bölla, miał przyjechać sam Günter Grass. Sala wypełniła się do ostatniego miejsca, dla mieszkańców Lubeki spotkanie ze sławnym pisarzem było prawdziwą gratką. Co prawda Grass od kilku już lat mieszkał w rezydencji pod miastem, a w 2002 roku otworzył w centrum Lubeki „Dom Grassa”, tętniącą życiem placówkę kultury, jednak sam coraz rzadziej pokazywał się publicznie. Jak twierdzili miejscowi, nigdy nie było wiadomo, czy na zapowiadane spotkanie dotrze i o której godzinie.


Wśród gości na sali - także grupa z Polski. To uczniowie i ich opiekunowie z bydgoskiego Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych. Po latach starań wykładowcy tej szkoły, Uli Happemu, udało się zorganizować wyjazd. Studenci zaprezentować mają wybitnemu pisarzowi specjalnie przygotowane widowisko teatralne oparte na tekstach Heinricha Bölla.

Przyjedzie - nie przyjedzie


Razem ze studentami, dzięki przyjaciołom z kolegium, do Lubeki przyjechałem i ja. Na wywiad z Grassem, wokół którego od kilku miesięcy wrzało w związku z jego nieoczekiwanym wyznaniem „służyłem w SS”. Moja obecność była zaanonsowana, pisarz zgodził się na wywiad i miał mieć tego pełną świadomość. Tak mi się przynajmniej zdawało...

Nerwowe oczekiwanie na gościa przeciągało się w nieskończoność. „Przyjdzie - nie przyjdzie” - rozważano na sali. W pewnym momencie poruszenie wywołała fama, że Grass jest chory i nie przyjedzie. Szmer uciszyło jednak pojawienie się charakterystycznej przygarbionej sylwetki niewysokiego człowieka w okularach i brązowej marynarce. „Jest, przyjechał” - niosło się po sali.

Pisarz zajął honorowe miejsce, obejrzał przygotowany dla niego program łącznie z występem bydgoskiego teatrzyku „Studentenfutter”, a potem sam wyszedł na scenę. By utrwalić słowa mistrza, wszedłem na scenę i położyłem przed nim na mównicy swój magnetofon. Nie znałem jednak zwyczajów ani siły gestykulacji pisarza. Już po pierwszych słowach Grass zaczął tak machać rękoma, że po chwili magnetofon pofrunał w najdalszy kąt sceny i rozpadł się na kawałki. Przez dłuższą chwilę wszyscy na sali patrzyli nie na mówcę, który nawet nie miał świadomości, czego dokonał, ale na mnie, jak w pocie czoła zbieram wszystkie części poczciwego kaseciaka.

Złożyłem wszystkie części, ale kaseta nie chciała ruszyć. Jeszcze raz. I jeszcze. Nic. Katastrofa!

„Kaczyńscy to krasnale!”


Od tej pory musiałem polegać już tylko na swojej pamięci. Miałem nadzieję, że nie będzie z tym najgorzej, parę lat wcześniej zostawiłem na biurku mojego rozmówcy w Gdyni kasetę z nagraną z nim rozmową. Zaraz po przyjeździe do domu zapisałem wszystko, co pamiętałem i jakoś się udało, nawet autoryzacja przeszła bez uwag. Liczyłem, że teraz będzie podobnie.

Tymczasem na scenie Günter Grass daje upust swoim emocjom, wywołując zachwyt Niemców i konsternację wśród Polaków. Używa sobie bowiem na rządzących wówczas w Polsce braciach Kaczyńskich ile wlezie. To jego konik. Nazywa ich bez żenady „krasnalami, którzy denerwują całą Europę, zawracając Polskę do czasów gorących nacjonalizmów”. Pisarz na koniec wyraża nadzieję, że „czas bliźniaków niebawem się skończy”.

Kiedy noblista kończy i schodzi ze sceny, natychmiast otacza go tłum młodzieży. Grass odpowiada na liczne pytania, pozuje do wspólnych zdjęć. Mijają minuty, a sytuacja się nie zmienia. Nadchodzi czas, by podjąć próbę dopchnięcia się do Grassa. Mam nadzieję, że pamięta o naszej zapowiedzianej rozmowie.

Kiedy wreszcie staję twarzą w twarz z noblistą i mu się przedstawiam, ten z niewzruszoną twarzą, jakby mnie nie dostrzegał, zdecydowanie rusza w stronę wyjścia.

- Herr Grass - wołam - to ja jestem tym dziennikarzem, z którym miał pan dziś rozmawiać.

- Nie mam już czasu - rzuca Grass i idzie do drzwi. W akcie rozpaczy chwytam pisarza za rękaw i powtarzam swoją frazę. - Byliśmy umówieni na wywiad - próbuję przekonywać.

- Ich habe keine Zeit - powtarza twardo noblista. Nie puszczam rękawa, twardo trzymam. Jak miałbym wytłumaczyć komukolwiek, że jechałem taki szmat drogi po wywiad i wracam z pustymi rękoma?

Tymczasem za drugą rękę chwyta Grassa jego żona i ciągnie w swoją stronę.

- Tylko dwa pytania, herr Grass - rzucam w akcie najgłębszej desperacji i szarpię go w swoją stronę. Pisarz, trochę przestraszony, dostrzegając desperację na mojej twarzy, kiwa w końcu potakująco głową. Odpowiada na moje pytania konkretnie, rzeczowo.

Kiedy „zwalniam” pisarza, dostrzegam na jego twarzy wyraźną ulgę. Grass pośpiesznie wychodzi z auli na szkolny dziedziniec i natychmiast wyciąga z kieszeni fajkę, nabija ją, wypuszcza dym. Zaciąga się drugi raz. I trzeci. W mgnieniu oka jego twarz zmienia się nie do poznania. Nagle już się nigdzie nie spieszy, jest rozluźniony, życzliwy.

Lubeka jak Gdańsk


Podchodzę do Grassa ponownie. Teraz noblista opowiada mi niepytany, że osiedlił się w Lubece, bo najbardziej z niemieckich miast przypomina mu rodzinny Gdańsk, a ponadto stąd pochodził jego przyjaciel, kanclerz Willy Brandt. Mówi też o swoich nadziejach, że Polacy zaczną dojrzewać do wspólnoty europejskiej tak, jak dojrzeli już do niej Niemcy, że ruchy narodowe w naszym kraju zaczną zanikać, bo one są dziś głównym hamulcem rozwoju. Wokół nas gromadzi się grupka słuchaczy...

Teraz jeszcze pozwalam sobie wykonać serię zdjęć wielkiego pisarza, a potem pędzę po kartki i długopis. Teraz to wszystko, co mi Grass powiedział, trzeba zapisać, żeby obiecany przed wyjazdem w redakcji wywiad rzeczywiście mógł się ukazać....

Warto wiedzieć


Gdańszczanin, czyli pół-Niemiec, pół-Kaszuba

- Günter Grass urodził się w 1927 roku w Gdańsku. Jego ojciec był Niemcem, matka Kaszubką.

- Sławę jako pisarz zdobył w 1959 roku po ukazaniu się „Blaszanego bębenka”, pierwszej części tzw. trylogii gdańskiej, na którą złożyły się jeszcze późniejsze powieści „Kot i mysz” i „Psie lata”.

- W 1996 roku był pierwszym laureatem Nagrody Literackiej Miast Partnerskich Torunia i Getyngi im. Samuela Bogumiła Lindego. Odebrał ją w Getyndze.

- W 1999 roku pisarz otrzymał literacką nagrodę Nobla.

- Günter Grass zmarł 13 kwietnia br. w Lubece.