Z ziemi perskiej do Polski

Krzysztof Błażejewski 6 kwietnia 2015

W Iranie witał ich brzeg porośnięty palmami, skąpany w słońcu i cieple, pełen życzliwych ludzi i darów natury. Ziemia obiecana. Ale nie wszyscy tam dotarli. Z przeładowanych statków trzeba było wynosić martwe ciała, nierzadko swoich najbliższych.

Bandar e-Anzali, niedoszłe uzdrowisko szacha Rezy Pahlawi, to dziś senne miasteczko w północnym Iranie, położone wśród sadów i pól uprawnych. Jego mieszkańcy zajmują się głównie rolnictwem, handlem płodami ziemi, rybołówstwem i usługami dla nielicznych tu

Po południu zrywa się wiatr i marszczy powierzchnię wody, w której dotąd nieruchomo odbijały się słońce i rosnące na brzegu szpalery palm. Są 34 stopnie w cieniu. Przez wilgoć w powietrzu prawie nie ma czym oddychać. W oddali widać tylko niknący, zupełnie płaski po obu stronach brzeg i niekończący się przestwór wód. Woda jest ciepła, nawet bardzo ciepła. I wyraźnie słona. Trudno uwierzyć, że tak banalnie może wyglądać brzeg największego jeziora na świecie. Tak wielkiego, że od starożytności nazywano je morzem. Morzem Kaspijskim. Ciągnie się ponad 1200 kilometrów stąd na północ. To dalej niż jest ze Świnoujścia do Przemyśla. To tak daleko, że na drugim skraju panuje zupełnie inny, dużo chłodniejszy, klimat.

Brzeg ostatniej nadziei


Od wody nie bije zapach ropy, którego się spodziewałem z powodu intensywnie eksploatowanych licznych podwodnych złóż pod jeziorem. Aż dziwne, że na brzegu nie ma, jak nad Morzem Śródziemnym, ciągu hoteli, pomostów i basenów. Są tylko betonowe klocki jakby przeniesione z PRL-u. Szach Reza Pahlawi miał zamiar zbudować tu wielkie uzdrowisko. Po obaleniu władcy pomysł upadł. Teraz na pus-
tym placu trwa budowa złotej kopuły meczetu. Jego konstrukcja - jak na islamskie miasto przystało - całkowicie zdominuje wkrótce widok na okolicę. Bandar
e-Anzali to główny port w północnym Iranie. Niewielka stocznia i zabudowania portu znajdują się po wschodniej stronie miasta.


Od lat bardzo chciałem tu przyjechać. W czasie II wojny światowej Anzali na cześć rządzącego krajem szacha nazywało się Pahlawi.

Za tą bramą cmentarza w Bandar e-Anzali kryją się groby aż 639 Polaków, którym udało się wprawdzie wydostać z „nieludzkiej ziemi”, ujrzeć irański brzeg, ale pozostali na perskiej ziemi już na zawsze, umierając tam z wycieńczenia, głodu i chorób

Za tą bramą cmentarza w Bandar e-Anzali kryją się groby aż 639 Polaków, którym udało się wprawdzie wydostać z „nieludzkiej ziemi”, ujrzeć irański brzeg, ale pozostali na perskiej ziemi już na zawsze, umierając tam z wycieńczenia, głodu i chorób


- To był dla nas brzeg zbawienia, brzeg ostatniej nadziei, upragniony i wyczekiwany w czasie długiej podróży statkiem z Krasnowodska - wspominał Józef Górski, mieszkaniec Inowrocławia. - Ja już tam nie wrócę, ale jeśli panu się uda tam pojechać, proszę koniecznie zapytać, gdzie leżą Polacy, którzy zostali tam na zawsze...

Józef Górski pochodził z Wileńszczyzny. Wiosną 1941 roku razem z całą rodziną został wywieziony do Kazachstanu. Miał wówczas 18 lat. Ledwo przetrzymali bardzo srogą zimę.

- Pan wie, jak wygląda zima na stepie? - pytał. - Biało i tylko biało po widnokrąg. Żadnych odwilży. Jak jesienią śnieg napadał, to leżał do wiosny. I tylko temperatura skakała: a to minus piętnaście, a to minus trzydzieści. I wicher hulał, świstał bezkarnie. Człowiek by się najchętniej najadł i zasnął w ciepłym kącie. A tu ani co jeść, ani czym palić w piecu i jeszcze do roboty gonią...

Wiosną 1942 roku pojawiła się nadzieja. Józef Górski zgłosił się do polskiego wojska, do generała Andersa. Znów był wśród swoich. Jego matka i rodzeństwo też wydostali się z Kazachstanu. W maju okazało się, że będą się ewakuować na południe. Do Iranu. Popłynęli tam sowieckim statkiem pasażerskim - tak przepełnionym, że trudno było usiąść.

Płakali ze wzruszenia


- Uciekaliśmy od głodu, chłodu i poniewierki - wspominał Józef Górski. - Nie wiedzieliśmy, co nas czeka po drugiej stronie wody. Ufaliśmy, że Irańczycy przyjmą nas tak, jak i my przyjęlibyśmy wygnańców. I tak się stało. Nigdy nie zapomnę pierwszych kroków na tej ziemi. Kto mógł, klękał, modlił się i całował ziemię. Dostaliśmy jeść i pić, zajęli się nami miejscowi lekarze i pielęgniarki. Palono naszą odzież, odwszawiano głowy. Zarządzono miesiąc kwarantanny, bo prawie każdy był na coś chory. Miejscowi bacznie się nam przyglądali i sami, z własnej woli, przynosili nam owoce, buty i ciuchy. Popłakałem się wtedy ze wzruszenia. Na plaży na wschód od miasta wyrosło prawdziwe miasteczko namiotowe. Przyjeżdżali ludzie z Teheranu, przedstawiciele Czerwonego Krzyża, Anglicy. Jak tylko wydobrzałem, chodziłem co dzień do portu, wypatrując naszych. Przypływali statkami i barkami. Byli w tragicznym stanie, sama skóra i kości. Tylko nieliczni schodzili na brzeg o własnych siłach. Słabszych wynosiliśmy na noszach. Ale większość z nich albo już nie żyła, albo umierała zaraz po wylądowaniu. Głównie na tyfus. Tak straciłem całą moją rodzinę...

Ludzie z laguny


Patrzę z brzegu na zabudowania Anzali. Próbuję wyobrazić sobie byłych zesłańców, spoglądających na miasto jak na ziemię obiecaną. Nagle na złocistej piaszczystej plaży pojawia się jeździec na koniu. Powoli sunie wzdłuż brzegu. Na kompletnie pustej przestrzeni budzi to wręcz irracjonalne wrażenie.

Drewniane domy, ustawione na brzegu laguny w pobliżu Bandar e-Anzali, kojarzą się z chatkami znanymi z Oceanii.

Drewniane domy, ustawione na brzegu laguny w pobliżu Bandar e-Anzali, kojarzą się z chatkami znanymi z Oceanii.


- To mieszkaniec laguny - wyjaśnia cicho siedzący obok mnie Rashid. - Oni tam żyją jak przed laty, unikają cywilizacji.

Laguna powstała w latach 70. ubiegłego wieku. Wcześ-
niej na południe od Anzali mieszkali potomkowie jednego z perskich plemion. Kiedy nagle podniósł się poziom wody w Morzu Kaspijskim, woda zalała ich wieś. Przenieśli się wyżej, na zarośnięte brzegi powstałego zalewu i z rolników przekształcili się w rybaków.

Rashid wynajmuje od miejscowych łódkę z silnikiem. Płyniemy wzdłuż brzegu w stronę laguny. Mijamy port z licznymi dźwigami i zbiornikami na ropę, w którym cumuje kilka starych odrapanych barek i holowników.

Za portem, po przepłynięciu pod paroma mostami, mam wrażenie, jakbym znalazł się w odrealnionym świecie. Brzeg kipiący zielenią, pełen palm i bananowców, zabudowany jest niezwykłymi domkami na palach, z werandami i piętrowymi tarasami do siedzenia wystającymi nad wodę, nieuchronnie kojarzącymi się z chatkami znanymi z Oceanii. Mieszkańcy laguny, którzy, stojąc po pas w wodzie, łowią ryby, pozdrawiają przyjezdnych. Po zatrzymaniu się pytam, czy słyszeli o przybywających tu w czasie wojny Polakach. Potakują.

„Wiszniowka”? A co to?


- Nikt z nas już ich nie pamięta - mówi jeden z rybaków. - Ludzie tak długo nie żyją. Ale moi rodzice opowiadali o nich. Niech pan idzie na cmentarz, tam wielu z nich leży.

Postanawiam zaryzykować: - A wiecie, co to „wiszniowka”? Taki napój?

Józef Górski twierdził, że przebywający w Anzali Polacy szybko zaczęli pędzić z miejscowych owoców bimber, barwiąc go później i nadając mu smak wiśniami. Częstowali nim miejscowych. Ponoć nie odmawiali.

Na hasło „wiszniowka” Irańczycy kręcą jednak przecząco głowami. Ale kto ich wie? Są przecież muzułmanami, alkoholu nie tykają. Przynajmniej oficjalnie.

- Nigdy nie zapomnę Irańczyków, ich życzliwości i pomocy - wspominał Józef Górski. - Po roku spędzonym w „sowieckim raju” aż trudno było nam uwierzyć, że gdzieś na świecie jest cisza i spokój, że nie ma wojny, że jest co jeść...

Z Pahlawi Józef Górski trafił do Teheranu, a potem wyruszył w długą drogę do Polski. Przez Irak, Syrię i Palestynę, z której statkiem przedostał się do Włoch, gdzie wziął udział w bitwie o Monte Cassino. Do Polski w nowych granicach dotarł z Anglii w 1946 roku. Zamieszkał w Inowrocławiu, gdzie zmarł w 1998 roku.

W samym centrum Anzali przy głównej ulicy, za ozdobnym skwerkiem wzruszająco wygląda wielki napis nad bramą „Cmentarz polski”. Jest bardzo zadbany, wysprzątany. Niewysokie kamienne płyty, symetrycznie rozłożone, są imienne. Trudno przechodzić obok wyrytych liter, oznajmiających polskie imiona i nazwiska, obojętnie. W drugiej części obiektu znajduje się kilkanaście świeżych grobów. To miejscowi katolicy, głównie Ormianie.

Dzieci nie miały szans


Cmentarz w Anzali to miejsce spoczynku dokładnie 639 ofiar tułaczki. Pod względem liczby grobów polskich w Iranie ustępuje jedynie cmentarzowi wojskowemu w Teheranie, ale tam, obok naszych, leżą inni alianccy żołnierze. Tu, w Anzali, spoczywają głównie cywile. Prawie połowa pochowanych to dzieci. Często paroletnie, niektóre nawet urodzone na zesłaniu. Były bez szans.

Kiedy wyjeżdżam z Anzali, wpatruję się do samego końca w widok jeziornego brzegu. Przy nim małe chatki z sadami i warzywniakami, drzewami figowymi i agawami. Wszystko aż kipi zielonością niczym w prawdziwej ziemi obiecanej.

Warto wiedzieć


Ziemia, która była Polakom gościnna

- Spośród ok. 120000 polskich wychodźców ze Związku Sowieckiego, którzy podczas II wojny światowej znaleźli się
w Iranie, mniej więcej trzecią część stanowiły kobiety i dzieci.

- Na ziemi perskiejw tamtym czasie spoczęło na zawsze prawie trzy tysiące naszych rodaków. Pochowani są w 5 miejscach: na dwóch cmentarzach polskich i w wydzielonych kwaterach na cmentarzach ormiańskich.

- W Iranie zdecydowało się pozostać kilkudziesięciu polskich uchodźców, głównie kobiet, które wyszły za Irańczyków. Kilka z nich odnalazł irański reżyser Khosrou Sinai, który nakręcił w 2009 roku o nich film „Zapomniana elegia”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.