Nie jestem smutnym kalwinem czy luteraninem

Karolina Koziołek 4 kwietnia 2015

Ojciec Jan Góra, dominikanin, na progu przygotowań 19. Spotkania Młodych nad Lednicą opowiada o inspiracjach, stosunku do młodych, gwiazdach zakonu oraz o tym, dlaczego uważa się za nieudacznika

Ojciec Jan Góra jest pomysłodawcą spotkań nad Lednicą, które organizowane są od 1996 r.


Kolejna Lednica 6 czerwca - jak poprzednie - stawia na symbole. Ojciec powtarza, że obserwuje ich głód.
Zauważyłem, że ludzie, nie tylko młodzież, nie rozumieją języka wiary. Próbuję ich zapalić, a oni pozostają co najwyżej letni. Jestem wykończony, a oni nadal nie rozumieją, o czym mówię. Spostrzegam, że podstawowe pojęcia naszej wiary są niezrozumiałe. Wiara kojarzy nam się z moralnością. Wiemy, że mamy być dobrzy, że mamy sobie pomagać. Ludzie jednak nie wiedzą, dlaczego, skąd to wynika, gdzie jest źródło tej mocy? Nie docieramy do źródeł wiary, do tego faktu, że Bóg pierwszy nas umiłował, że mamy odpowiedzieć na Jego wezwanie.

Lednica zgromadziła przez 19 lat różne symbole: olej, ziemia, zapachy, pieniądze, miód... Teraz kadzidło - symbol obecności Ducha Świętego. Symbolami Ojciec operował od początku?
Papież mi powiedział, żeby Gutenberga zamienić na wizję, na obraz. Sam przekonałem się, że refleksja umiera. Młodzi, do których mówię, nie czytali tych samych książek co ja, nie mają tych samych skojarzeń, nudzą się tym, co mnie fascynuje. To pokolenie obrazu, telewizji, internetu. Zamiast obrażania się na nich, chcę mówić ich językiem. Tłum na Polach Lednickich potwierdza moją intuicję.

Żeby zorganizować spotkania nad Lednicą, potrzeba dużo energii. O Ojcu mówią, że działa jak nakręcony. Młodzi oczekują pasterza, który wie, co dalej?
Opinie o mnie są różne. Zależy mi na tych, które są wymagające. Co do moich zasad: jeżeli Ewangelia jest dobrą nowiną, to przede wszystkim musi być za każdym razem i dobrą, i nowiną. Nie mogę podawać młodym odgrzewanej zupki. Na Lednicy musi być świeżynka. Nie mogę ludzi naciągać. Moja aktywność nad Lednicą nie sprowadza się tylko do czerwcowego spotkania, ja tam siedzę cały rok. Siedzę i czekam na młodych ludzi. Ale nie mam ADHD.

Nie toleruje Ojciec zniechęcenia?
Nie toleruję. Wyznaję zasadę, kto ma w życiu jakieś „po co”, zniesie niemal każde „jak”. Człowiek ma być mocny świadomością celów, zadań i obowiązków. Nie ma rozważać, czy jest mi przyjemnie, czy dobrze się czuję, czy herbata jest słodka i słodzona miodem, cukrem czy cukrem trzcinowym. To jest nieistotne.

Czy młodzi, którzy dziś Ojca otaczają, różnią się od swoich poprzedników sprzed 20 lat? Kapryszą?
19 lat temu, gdy organizowaliśmy Lednicę po raz pierwszy, byliśmy nowicjuszami, dziś Światowe Dni Młodzieży pytają nas, jak to robimy. Mamy wyszkolone kadry i ludzi na poziomie zawodowym, ludzi z ogromną praktyką. Zmiany obserwuję też wśród współbraci w zakonie. W tej chwili pierwsze pokolenie komórkowców, ludzi online poszło do seminarium. To inna generacja. Każdy ma komórkę, a w niej wszystko. Dawniej na widzenie się z mamusią czekało się w seminarium, teraz nie. Ci ludzie inaczej się kontaktują, nie piszą listów. Mają inny kontakt z książką.

Styl duszpasterski też się zmienia.
Tak. Odkąd jestem duszpasterzem, co najmniej pięć razy zmieniła się stylistyka i strategia duszpasterzowania, sposób przekazu, mówienia. Wymowy uczył mnie wybitny retor Mieczysław Kotlarczyk, twórca Teatru Rapsodycznego (uczył też Wojtyłę). Przekonywał, że Słowo Boże powinno mieć namaszczenie. Ze starożytności wiemy, że Słowo Boże ma docere - uczyć, movere - poruszać i placere - podobać się. Dziś głosi się inaczej: szybciej, bliżej życia, mówi się konkretniej, mniej podniośle. Dzisiaj nie mówi się do tłumów, do Ludu Bożego, bo Ludu Bożego już nie ma. Mówi się do konkretnej osoby. Lednica podejmuje to wyzwanie, stara się mówić do konkretnych osób, które rozumieją to wyzwanie. Kto ma duszę dobrze nastrojoną, ten wie, o co chodzi.

Ponoć papież Jan Paweł II oddał kiedyś Ojcu swoją pensję, 35 mln lirów. Kwota ta miała rzekomo otwierać wszystkie drzwi i sejfy. Pieniądze poszły na organizację pierwszej Lednicy?
Nie, to jeszcze nie był ten etap. O Lednicy wtedy nie myślałem. Za te pieniądze zbudowaliśmy kościół na Jamnej. Wtedy jeszcze nie wierzyłem w Lednicę, tylko w Jamną wierzyłem. Poza tym to bzdura, darowizna papieża wcale nie otwierała żadnych sejfów, przeciwnie, zamykała, bo ludzie myśleli, że mam już dostatecznie dużo pieniędzy. A mi było zawsze mało.

To jak udała się pierwsza Lednica?
Lednica się udała, bo Duch Święty nade mną czuwał. Początki Lednicy zrodziły się z ciemności niewiary. Dopiero przy drugiej Lednicy Jan Paweł II powiedział mi: „Jak ryba złapała haczyk, to ciągnij”. Dopiero wtedy uwierzyłem, że coś z tego może być.

Jest Ojciec sprytnym szaleńcem? Takie zdanie pada w książce o Ojcu autorstwa Jana Grzegorczyka.
Nie, ja jestem nieudacznikiem. Nic mi nie wychodzi. Nie chodzę w garniturze, chodzę w dresie. Posilam się nieregularnie. Duchowo staram się być blisko Jezusa, duchowo wiszę na Jezusie. Czyli nie sprytny szaleniec, tylko nieudacznik życiowy wiszący na Jezusie i Janie Pawle II.

Ale wciąż z poczuciem humoru... Mówił Ojciec kiedyś, że Jan Paweł II uczy polski Kościół humoru, ale jak widać, nieskutecznie, bo tego humoru ciągle brakuje, także hierarchom.
Odpowiem tak: „Gdzie katolickie słońce błyszczy, wino i śmiech kochają wszyscy, przynajmniej ja stwierdziłem to, benedicamus Domino”. O hierarchach nic nie powiem i polskim Kościele, nie naciągnie mnie pani. Ja sam nie jestem smutnym kalwinem czy luteraninem. Jestem w zakonie dominikanów sprzed reformacji. Z czasów wolności, kolorów, radości. Zakon dominikanów ma swoistego rodzaju rozpasanie, które jest wolnością. Mnie jest ciągle ciasno, to tu jest mi dobrze. Ten zakon dał mi pieczątkę, ubrał mnie w habit i dał wielką wolność. Lednica, Hermanice i Jamna są tego najlepszym przykładem.

W zakonie dominikańskim rodzą się nowe gwiazdy. W samym Poznaniu o. Roman Bielecki, naczelny miesięcznika „W Drodze”. W Łodzi jest o. Adam Szustak, który jeździ po całej Polsce z rekolekcjami i przyciąga tłumy młodych ludzi. Nie zazdrości im ksiądz dobrego kontaktu z młodzieżą?
Przyglądam się im z życzliwością. Dopinguję ich. Cieszą mnie sukcesy moich braci. Sam staram się żyć ideałami, którymi kiedyś żyłem. Nie jest tak, że ci ojcowie mają lepszy kontakt z młodzieżą. Mają taki sam. Po prostu teraz przyszedł ich czas. Po nich przyjdą inni. To brutalność przemijania. Ja ich nie podglądam. Skupiam się na swoim zadaniu, którym jest Lednica.

Przełożeni jakiś czas temu przesunęli Ojca ze stanowiska duszpasterza akademickiego na duszpasterza lednickiego. Przyzwyczaił się już Ojciec do nowej roli?
Tak. Nie zostałem odsunięty od duszpasterstwa akademickiego, ja awansowałem. Po 35 latach zajmowania się młodzieżą awansowałem i mogę się poświęcić temu, co jest dziełem mojego życia. Wszyscy, którzy kiedyś zrobili mi źle, zrobili mi w rzeczywistości bardzo dobrze. Lednica ma kontekst o wiele szerszy niż ten klasztor, to miasto i ten region.

Lednica to nie tylko jednorazowe czerwcowe spotkanie. Wydarzenia odbywają się tu cały rok.
Jestem na Lednicy co weekend i czekam na młodych. Niektórzy myślą może, że w ciągu roku podlegam hibernacji i zapadam w sen zimowy i budzę się po Wielkanocy. Prawda jest taka, że pracujemy bardzo intensywnie całą jesień i zimę nad programem. Każdego dnia o godz. 8.00 jestem w swoim gabinecie, aby odprawić jutrznię. O godz. 18.00 są nieszpory i msza św. w kaplicy u Pana Boga za piecem pod prezbiterium. W każdą niedzielę o 16.00 jest msza dla osób związanych z Lednicą. To punkty integracyjne, które pozwalają się nam trzymać razem. Ludzie, którzy robią ze mną Lednicę, są wspaniali. Robią coś, czego nie robił nikt wcześniej. Są dla mnie bezcenni. Opieprzam ich, udaję, że mi nie zależy, ale są bezcenni. Strasznie ich kocham. Mam szczęście do wariatów.

Rozpoczął Ojciec kolejną budowę nad Jeziorem Lednickim.
Tak, budujemy dom formacyjny nad Lednicą. Budynek już stoi, to 1000 mkw. z salami wykładowymi i kaplicą, niebawem pojawi się dach. Mamy coraz więcej ludzi z całej Polski na rekolekcjach, które prowadzę wraz z młodzieżą lednicką według naszego programu, związanego z 8 przemówieniami Jana Pawła II. Chcemy formować ludzi, którzy później będą pełnili ważne role w swoim środowisku religijnym. Zresztą ja jestem nad Lednicą zawsze. Choćby nikogo nie było, to ja tam jestem i jakoś staram się realizować drogę wyznaczoną przez Jana Pawła.

Czasem Ojciec wspomina swojego stryja, ks. Jana Górę. Utożsamia się Ksiądz z nim?
To był bardzo szlachetny kapłan. Rozumiem jego upokorzenie, którego doznał w życiu. Dla mnie to źródło wielkich inspiracji. Jego cierpienie, ubóstwo życia, niezrozumienie - to coś, w czym często się odnajduję. Bóg nie wysłuchawszy go za życia, wysłuchał go po śmierci. Ja mogę robić to, o czym on nawet nie mógł marzyć.

Z czego wynikało to niezrozumienie?
Z tego, że był stary, a inni młodzi. Z tego, że był z Kościoła przedsoborowego, a inni posoborowego. Z tego, że był księdzem, który jako dziedzictwo niósł do Kościoła ziemię, a inni jeździli samochodami i ziemią się nie przejmowali. Myślę jednak, że im większe trudności, tym łatwiejszy dostęp do ludzkiej duszy. Uwielbiałem mojego stryja z tą jego poetyką. Z tą jego lampą naftową. Kiedy siedzieliśmy, widać było tylko twarze i ręce, czarna sutanna ginęła gdzieś w mroku. Porozumiewałem się z nim wtedy jak z jakimś duchem. Piękna postać w moim życiu. Utożsamiam się z nim, choć działaliśmy na innych scenach. Teraz tak samo przeżywam niezrozumienie, tak samo przeżywam brak zaangażowania ludzi, to, że się wymykają. Stryj też oczekiwał, że zostanę księdzem diecezjalnym, dostanę parafię, a on na starość zamieszka ze mną i będzie mi pomagał. A ja umknąłem mu do zakonu. Tak samo mi ludzie umykają.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.