Buty same nie biegają

Piotr Schutta 6 kwietnia 2015

Rozmowa z maratończykiem, 65-letnim ANTONIM CICHOŃCZUKIEM, wielokrotnym medalistą w kategorii weteranów, uczestnikiem Halowych Mistrzostw Europy Masters w Lekkiej Atletyce, które odbyły się w Toruniu 22-28 marca.

Od pięciu lat bieganie jest dla Antoniego Cichończuka nie tylko pasją, ale - jak sam mówi - misją.

Fot.: archiwum A. Cichończuka


Ładny medal. Który to już? Siedemnasty? Nie znudziło się Panu?
Jakoś nie. A w tej hali to jestem dosłownie zakochany, mógłbym tu spać. Miesiąc temu pobiłem tu rekord Polski. Miało mnie nie być na tych mistrzostwach Europy, ale prezydent Torunia zapłacił za mnie startowe, więc jestem. Nie żałuję, bo ustanowiłem rekord Polski na 3000 metrów i zdobyłem kolejny tytuł mistrza Europy na dystansie 5 km.

Za młodu uprawiał Pan sport wyczynowo?
Profesjonalne treningi podjąłem dopiero w wieku 55 lat. Trener Andrzej Stepowski z Gdańska, który uczył mnie biegania na studiach, w sumie trzy razy podrywał mnie do lotu. Po raz pierwszy w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej, gdzie zobaczył we mnie jakiś tam talent biegowy. Ale po studiach wszystko się skończyło. Trzeba było co innego w życiu robić. Całą karierę zawodową spędziłem na okrętach jako oficer pokładowy.

Ostatni raz trener poderwał Pana do lotu w 2009 roku, gdy usłyszał Pan diagnozę: rak trzustki.
On starszy pan, a ciągle mnie zachęcał, do treningów i do startów. No i żeby żyć. Wypełniał mnie życiem. Bez niego nie byłoby mnie jako biegacza i tych wszystkich medali.

W jakim momencie życia dopadł Pana nowotwór?
W najlepszym. Dwa tygodnie przed sześćdziesiątymi urodzinami, w piątym roku biegania. Wszystko, co na świecie było wtedy do zdobycia w mojej kategorii wiekowej, zdobyłem. Krótko przed chorobą wygrałem maratony nowojorski, berliński i warszawski, oczywiście w mojej kategorii wiekowej. Ale byłem ewenementem, bo biegałem ten dystans w 2 godziny 41 minut. Chciałem bić rekord świata. Właśnie wtedy choroba mnie wyprzedziła. Dwa dni po maratonie warszawskim źle poczułem się na treningu. Tydzień później leżałem już na stole operacyjnym.

Wystraszył się Pan raka?
Ani przez chwilę. Wiem, że ludzie się załamują. Ja cały czas myślałem tylko o tym, żeby pójść na trening. Zresztą wierzę w Pana Boga i w to, że los człowieka jest zapisany tam w górze. Bardzo wielu ludzi się za mnie modliło. Wiem jedno, w chorobie takiej jak nowotwór warto walczyć, choćby o komfort życia. Bo nikt nie wie, ile go nam zostało.

Trudno uwierzyć w zimną krew w obliczu takiej diagnozy.
Naprawdę nie miałem kryzysu psychicznego. W całej chorobie najbardziej żałowałem straconych treningów. Osiem dni po operacji wyszedłem na pierwszy trening. Pamiętam, snułem się jak cień. Osiem kilometrów przebiegłem. Potem przyszły jeszcze gorsze chwile, bo zaczęły się radioterapia i chemioterapia, które trwały pół roku. Całkowicie zabrały mi odporność. Na początku mogłem przetruchtać tylko 100 metrów. Na mistrzostwach Europy na Węgrzech zrobiłem dwa okrążenia w maratonie i zszedłem. Nie było mnie stać na więcej.

Był taki moment w chorobie, kiedy chciał Pan rzucić bieganie?
Nie. Było ciężko, ale na treningi wychodziłem. Zapominałem wtedy o chorobie, o bólu, upływającym czasie i nerwach. W zawodach też brałem udział. W zasadzie cały czas walczę o odporność. Ona powoli wraca, bo znowu wygrywam. Chociaż niedosyt jest, bo dwa ostatnie starty w mistrzostwach świata w Sacramento w USA i Porto Alegre w Brazylii dały mi tylko srebro.

Ale już w Toruniu zdobył Pan złoto w biegu przełajowym na 5 kilometrów, mimo że nie jest to Pana specjalność.
To prawda, jestem maratończykiem, a nie sprinterem, ale odkrywam siebie na nowo. Ostatnie kilkaset metrów to była piekielna walka z Brytyjczykiem. Wygrałem z nim o sekundę i dwie dziesiąte. Nie lubię specjalnie podbiegów, ale właśnie ostatni podbieg zdecydował o zwycięstwie. Bardzo mi pomogli dopingiem koledzy z drużyny i kibice.

Biegaczem zawodowym, bo za takiego jest Pan uważany, został pan z zaskoczenia.
Tak, to było drugie trenera Stepowskiego poderwanie mnie do lotu. Kiedy skończyłem 55 lat, namówił mnie i kilku innych kolegów do udziału w paru treningach biegowych. Na pierwsze zawody pojechałem właściwie jako kierowca naszej grupy i wcale nie zamierzałem startować, ale nieżyjący już trener Mieczysław Łukasik opłacił mi startowe, więc pobiegłem. W takich kolarkach na płaskiej podeszwie. Po drodze mi się sznurowadła rozwiązały.

Ale pierwsze miejsce było?
No było. Wszyscy cmokali z podziwem, a ja nie wiedziałem, o co im chodzi. Po tygodniu był kolejny start i tak jakoś poszło. Nawet w kategorii open, gdzie nie ma limitu wieku, zajmowałem miejsca w pierwszej trójce. Pierwszy poważniejszy medal zdobyłem po czterech miesiącach treningów, na mistrzostwach Wojska Polskiego. Pierwsze złoto mistrzostw Europy przyszło w 2006 roku w Poznaniu na dystansie 10 kilometrów, a pierwszy tytuł mistrza świata w 2007 roku w Riccione we Włoszech

Teraz buty ma Pan już fachowe.
No tak. Te są za maraton w Krakowie (pan Antoni pokazuje czerwone buty treningowe znanej marki - dop. red.). Był voucher, to sobie kupiłem. Ale buty nie biegają, tylko organizm ludzki biega.

Człowieka zahartowanego przez sport i ciężką chorobę ludzie pewnie często pytają o sens życia.
Tak, zwłaszcza młodzież. Myślą, że powiem o bieganiu. Są zawiedzeni, bo mówię im, że nauka jest ważna i zdobywanie doświadczenia. Ale również rodzina, chociaż w moim życiu to trudny temat, bo mam dwóch dorosłych synów, którzy poważnie chorują. Opiekuje się nimi głównie żona.

Bo pan trenuje albo wyjeżdża na zawody...
No dobrze, bieganie jest dla mnie bardzo ważne. Przed chorobą było tylko pasją, a teraz jest misją pomagania tym, którzy się z chorobą zmagają. Bo tak naprawdę zawsze najważniejszy był dla mnie drugi człowiek. Dla siebie to ja nie istnieję.

Gdyby nie było w Pańskim życiu biegania, to co?
Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Może w moim wieku dobra byłaby działka, bo mam ją, całkiem ładną i faktycznie czasem ją uprawiam... Może spotkania z rówieśnikami... Ale o czym tu rozmawiać? O chorobach?

Można się jeszcze poświęcić zarabianiu pieniędzy.
Pieniądz nigdy nie był dla mnie najwyższą wartością. Jestem minimalistą.Skromne jedzenie, skromne ubranie, skromne życie. Nie jestem nastawiony na limuzyny. Od życia niewiele chcę. Tylko jednego. Chcę biegać. Żyję od startu do startu. Nawet mój onkolog mi to powtarza: „Pan musi biegać”. Ostatni mój wynik z maratonu wpisał do karty choroby. Wkrótce startuję w trzech maratonach.

Żeby Pan nie przesadził...
Ja ciągle przesadzam. Ale natura mi sprzyja.

Teczka osobowa


Wilk morski na długich dystansach


- Antoni Cichończuk ma 65 lat i jest oficerem marynarki wojennej w stanie spoczynku. Ma żon i dwóch synów. Mieszka w Gdyni.

- Przygodę z profesjonalnym bieganiem rozpoczął dziesięć lat temu, mając 55 lat. Specjalizuje się w biegach maratońskich i długodystansowych. Trening biegacza uzupełnia pływaniem, jazdą na rowerze i ćwiczeniami w siłowni.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.