20.30 dyliżans do Torunia

Krzysztof Błażejewski 27 marca 2015, aktualizowano: 27-03-2015 13:51

Zanim wymyślono pociągi (pierwszą linię kolejową do Bydgoszczy zbudowano w 1851 roku, do Torunia 10 lat później), podróże, nawet do niezbyt odległych miast trwały - według dzisiejszych standardów - niewyobrażalnie długo i były bardzo męczące.

Fot.: Wikimedia

Aż do czasów nowożytnych podróżowali jedynie nieliczni: władcy, magnaci, biskupi, pielgrzymi, kupcy, kuglarze i cyrkowcy. W lektykach, powozach, konno lub pieszo. Wędrówki potrafiły zabrać spory kawał życia.



Dopiero w XVII wieku na tyle upowszechniło się w Europie podróżowanie i przekazywanie wiadomości, że zaczęto korzystać z usług specjalnych powozów, przystosowanych do przewozu przesyłek, a także ludzi. Nazwano je dyliżansami. Z czasem ich sieć zaczęła pokrywać całe kraje, docierając nawet do mniejszych miast.

Swój złoty wiek dyliżanse miały w pierwszej połowie XIX stulecia. To wtedy podróże nimi cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, a właściciele stacji, powozów i koni dorabiali się fortun. Tylko bogatszych stać było na posiadanie własnych pojazdów.

Większość ówczesnych podróżnych musiała wynajmować miejsce w pocztowym powozie, słono za to płacąc. Ciekawość świata, potrzeba zdobywania wiedzy i prowadzenia wymiany handlowej okazywały się jednak silniejsze. Na Kujawach i Pomorzu jako pierwszy stałe połączenia dyliżansowe w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego uzyskał Toruń. Nie tylko z Warszawą, ale i z Grodnem oraz Brześciem Litewskim.

Ładowano „do oporu”


Sto lat temu, po Kongresie Wiedeńskim, granica zaborów podzieliła nasz region. Bydgoszcz znalazła się w tym szczęśliwym położeniu, że krzyżowały się w niej dwie główne drogi. Pierwszą, z północy na południe, niczym pierwowzór dzisiejszej A1 zbudowali Prusacy dla połączenia okręgu górnośląskiego z portem w Gdańsku.

Druga prowadziła z Berlina przez Toruń do granicy z zaborem rosyjskim. To właśnie dlatego w Bydgoszczy powstała cała sieć hoteli w centrum i podmiejskich zajazdów. Największy znajdował się na rogu ul. Długiej i Batorego. Zajazd miał tam obszerny parking i kilkanaście miejsc noclegowych. Obok mieściła się kasa, do której trzeba było się zgłosić najpóźniej w przeddzień odjazdu. Wolno było zabrać ze sobą 5 kg bagażu podręcznego, resztę ładowano na dach pojazdu. Każdy pasażer otrzymywał bilet z numerem miejsca w dyliżansie.

Sama podróż nie należała do przyjemności. Pasażerów i ich bagaże, dla lepszego zarobku, ładowano „do oporu”, wykorzystując każdy skrawek miejsca. Podróżowano kiepskimi drogami, piaszczystymi, zabłoconymi i wyboistymi, a jazda trwała bardzo długo. Na tyle długo, że w określonych miejscach dyliżans zatrzymywał się, by pasażerowie mogli spożyć posiłek, przewidziane też były przerwy na noclegi. Obsługa była zobowiązana dostarczyć podróżnym na każdej stacji kawę, herbatę, wódkę, chleb, masło i wędlinę za odpowiednią zapłatą.

Z Bydgoszczy do Paryża


Przyjazdy i odjazdy kursowych dyliżansów były w owym czasie atrakcyjnym widowiskiem, na które schodziło się mnóstwo gapiów. Zawsze było ciekawe, kto akurat przyjechał i kto właśnie wyjeżdża, wysłuchiwano też nowinek ze świata.

Dwieście lat temu w kierunku granicy z Rosją dyliżans odjeżdżał z Bydgoszczy tylko raz w tygodniu, w poniedziałki o godz. 20.30. Dopiero we wtorek rano docierał do Torunia! Tam - z uwagi na konieczność zmiany obsługi i formalności związane z przekroczeniem granicy - wypadał cały dzień postoju. Dopiero w środę rano dyliżans wyprawiał się w dalszą drogę, by szlakiem przez Łowicz dotrzeć do Warszawy w czwartek o godz. 10.45!

Z kolei w czwartki i niedziele o godz. 9.30 z Bydgoszczy wyprawiano dyliżans pocztowy do... Paryża przez Piłę i Berlin. Do stolicy Niemiec podróż zajmowała cztery dni, do Paryża aż 18. Do Gdańska dyliżans odjeżdżał także dwa razy w tygodniu - we wtorki i piątki o 9.30, a nad Bałtyk docierał następnego dnia w południe.

Największym zainteresowaniem bydgoszczan cieszyła się jednak trasa wiodąca na południe. Do Poznania i Krakowa odjeżdżali podróżni przez Inowrocław w środy i soboty o godz. 21. Dyliżans ten na trzeci dzień był w Poznaniu, a drogą przez Wrocław (tu można było się przesiąść do Wiednia) w 12. dniu jazdy „stawał” w godzinach rannych w Krakowie.

5 srebrnych groszy od mili


Codziennie obsługiwana była tylko jedna trasa - do Torunia. Kursował na niej 6-osobowy pojazd. Podróżowano wyboistą drogą przez piaszczyste wydmy nadwiślańskie, Solec Kujawski i Podgórz. Tam trzeba było przeprawić się na drugi brzeg Wisły promem. W sumie z centrum Bydgoszczy do centrum Torunia podróż zabierała nawet 10 godzin!

Dwieście lat temu podróże były bardzo kosztowne. Toruń od Warszawy dzieliły 33 mile, a ponieważ poczta życzyła sobie 5 srebrnych groszy od mili, więc za taką podróż trzeba było zapłacić 6 talarów i 5 srebrnych groszy. Bilet do Krakowa kosztował 13 talarów i 4 i pół srebrnego grosza. Nie licząc „piwnego” dla pocztylionów i osobnych opłat za konieczne noclegi na postojach.

W Archiwum Państwowym w Bydgoszczy zachował się komunikat o uruchomieniu z dniem 1 kwietnia 1840 roku kilku nowych połączeń pocztowych, w tym z Bydgoszczy do Inowrocławia przez Nową Wieś z wygodnymi, na sprężynach spoczywającymi wozami. Opłata miała wynosić 6 srebrnych groszy od mili, limit bezpłatnego bagażu wynosił aż 30 funtów (ok. 13 kg).

Szybkie linie


Jedna z ważniejszych stacji pocztowych w naszym regionie znajdowała się w Ostromecku pod Fordonem. Jak ustalił pasjonat historii tej miejscowości Jerzy Świetlik, stacja powstała już w 1772 roku w budynku w pobliżu starego pałacu. W znalezionym przez niego rozkładzie jazdy z tej stacji widnieją stałe połączenia m.in. do Królewca i Torunia. Za przejazd do Torunia (odległość 4 mil) pasażer musiał zapłacić 4 talary niemieckie.

Począwszy od lat 20. XIX stulecia poczty dyliżansowe przeszły okres szybkiej modernizacji i usprawnienia połączeń. Miasta zaczęły finansować budowę lepszych dróg w swojej okolicy. I tak np. władze Torunia po 1815 roku wyłożyły sporo pieniędzy na utwardzenie drogi prowadzącej w stronę Bydgoszczy. Podróże zaczęły się znacznie skracać, ponieważ prócz dróg ulepszano także konstrukcje powozów, budowano sieć punktów wymiany koni, skracano postoje. Wprowadzono wówczas tzw. szybkie linie.

Tuż przed rozpoczęciem budowy pierwszej linii kolejowej w regionie, w 1847 roku, podróż dyliżansem z Torunia (ze stacji na Rynku Staromiejskim), zgodnie z rozkładem jazdy, do Berlina trwała 41 godzin i 38 minut, do Bydgoszczy już tylko 6 godzin i 15 minut, a do Chełmna 5 godzin. To był jednak już schyłek epoki dyliżansów.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-09-2015 09:42

    Oceniono 1 raz 0 1

    - tak sobie...: ... kalkuluję. Toż to piechotą było szybciej. Ale bezpieczeństwa na "drogach" nie było wcale.

    Odpowiedz

  2. 05-05-2015 06:18

    Oceniono 4 razy 2 2

    - histeryk: Kiedys byl dylizans a dzis mamy BIT City....Niestety chociaz jedzie sie 40 minut zamiast 8 godzin, to mentalnosc wrednych mieszkancow Torunia wywoadzaca sie z ich krzyzackiej prowinencji nie ulegla zmianie.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz