Siła debiutantek - polskie kino w końcu pokochało kobiety

Ryszarda Wojciechowska 16 marca 2015

Kiedy 20-letnia Zofia Wichłacz odbierała niedawno Orła 2015 za odkrycie aktorskie roku, ze statuetką w ręku mówiła ze sceny: - Chciałabym mocno zaapelować o więcej takich wspaniałych, wzruszających ról dla kobiet.

Zofia Wichłacz skórę Biedronki z „Miasta 44” zrzucała z siebie bardzo długo. - Nikt mnie nie uczył, jak wychodzić z roli - mówi.

Fot.: TOMASZ BOLT

Nareszcie polskie kino pokochało kobiety. To już nie są dziewczyny gangsterów i „Psów”, które tylko słyszą:
- Nie chce mi się z tobą gadać. Ani też słodkie idiotki z romantycznych komedii. Teraz mamy prawdziwe, rasowe bohaterki. Kiedy 20-letnia Zofia Wichłacz odbierała niedawno Orła 2015 za odkrycie aktorskie roku, ze statuetką w ręku mówiła ze sceny: - Chciałabym mocno zaapelować o więcej takich wspaniałych, wzruszających ról dla kobiet.
Rzeczywiście, ostatnio mogliśmy oglądać kilka wyjątkowych kreacji i to... debiutanckich.
Co łączy Zofię Wichłacz, Agatę Trzebuchowską i Justynę Suwałę? Na pewno to, że są młode, ładne i utalentowane. Ale również to, że nie są zawodowymi aktorkami, a na swoim koncie mają po jednej wspaniałej roli w filmach, które zostały nagrodzone Oscarem, Srebrnym Niedźwiedziem i Złotymi Lwami. Wszystkie trzy dziewczyny są prawdziwym odkryciem polskiego kina. I wszystkie stronią od celebryckiego życia, chociaż mogłyby już odcinać kuponiki od pierwszej sławy.

Lew i Orzeł dla Biedronki...


Zofia Wichłacz, dziś 20-latka, na planie „Miasta 44” pojawiła się jako 18-latka. Parę miesięcy temu za rolę Biedronki w tym filmie otrzymała nagrodę na gdyńskim festiwalu, a kilka dni temu Orła. Jak na pierwszy film i to niezawodowej aktorki - sukces w stylu amerykańskim. Można powiedzieć, że na aktorstwo jest skazana. Od dzieciństwa nasiąkała bakcylem filmowym, ponieważ oboje rodzice pracują w tej branży. Tata jest operatorem filmowym, a mama scenografką.
Ona, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych dziewczyn, Agaty Trzebuchowskiej i Justyny Suwały, deklaruje głośno, że chce być aktorką.
- Bardzo bym chciała. O graniu przecież marzyłam już od kilku lat. Chodziłam na różne castingi. Starałam się być jak najbliżej aktorstwa. Zaczynałam w ognisku teatralnym państwa Machulskich, potem miałam swoją grupę teatralną. I dziś już wiem, że chcę być aktorką - mówiła.
Zofia Wichłacz do „Miasta 44” startowała dwa razy. Po raz pierwszy zgłosiła się na casting do filmu Jana Komasy jako piętnastolatka. I usłyszała, że jeszcze dla niej za wcześnie. Na szczęście produkcja się przesuwała. Na kolejny casting przyszła już jako osiemnastolatka.
Kiedy odbierała nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni, na pytanie, jak w młodym wieku dźwiga się taki sukces, odpowiedziała: - Ja jeszcze tego sukcesu nie dźwigam. Nie czuję. Na razie jestem tylko bardzo mocno oszołomiona. Marzyłam po cichu o nagrodzie za debiut, ale ta dla najlepszej aktorki to dla mnie kompletne zaskoczenie.
Wspominała też, co było dla niej w tej roli najtrudniejsze.
- Mówiąc potocznie, musiałam sobie wypruć flaki. Wydrzeć emocje, z którymi już po powrocie do domu trudno było sobie poradzić. Bo nikt mnie nie uczył, jak sobie z takimi silnymi stanami radzić po zejściu z planu. Brakuje mi aktorskiego doświadczenia. Nikt mnie nie uczył, jak oddzielać rolę od życia. A ja tak mocno weszłam w ten film, oddałam mu całą duszę.

I to było bardzo ciężkie.


Opowiadała też, że skórę Biedronki zrzucała z siebie bardzo powoli. Na szczęście od planu zdjęciowego minęło już trochę czasu. I emocje wystygły.
Na planie było wielu takich młodych naturszczyków jak ona. - Ale to był plus - mówiła - ponieważ nie mieliśmy wobec siebie kompleksów. Ja też nie wstydziłam się tego, jak pracuję. Szłam po swoje, po prostu. Chciałam zrobić jak najlepszy film. I na pewno młodzi koledzy mi w tym pomagali.

Z „Body” po Niedźwiedzia


Justyna Suwała - tego nazwiska dopiero się uczymy. Zagrała anorektyczkę, córkę prokuratora (w tej roli Janusz Gajos) w filmie „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. Obraz został niedawno nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie.
Rola Suwały do łatwych nie należała. Ona sama w wywiadach opowiadała, że na casting do filmu jechała ze łzami w oczach, zasłuchana w muzykę The Doors. I do ostatniej chwili wahała się, czy wejść, czy może uciec. Została, a jej improwizacja tak bardzo spodobała się Małgorzacie Szumowskiej i Michałowi Englertowi, że powierzyli jej rolę u boku Janusza Gajosa.
Teraz Justyna jest sensacyjną debiutantką, o której piszą media na całym świecie.
Bo Suwała jako filmowa Olga jest niezwykle wiarygodna. Gra naturalnie i prawdziwie. Małgorzata Szumowska opowiadała, że gdy tylko Justyna weszła, od razu wiedziała, że to właściwa dziewczyna do tej roli. Co prawda Suwała cały czas podkreślała, że nie jest pewna swojej decyzji, że nie wie, czy chce być aktorką, ale jej naturalność i taka zwyczajność zdecydowały o tym, że nie było mowy o innej odtwórczyni roli Olgi.
Znamienne było również to, że przy tych swoich wcześniejszych wątpliwościach, potem - grając u boku tak wielkiego aktora jak Janusz Gajos - tremy nie miała. Można by żartobliwie powiedzieć, jaki ojciec, taka córka.
Justyna ma 25 lat, jest warszawianką. Nie skończyła żadnych studiów wyższych, a studiowała na różnych kierunkach - najdłużej, przez pół roku, była na ASP, gdzie uczyła się rzeźby. Teraz zajmuje się rekwizytami i scenografią. Jest też asystentką szefa jednego z magazynów, a także gra i śpiewa w zespole Norma. Tak czy inaczej to artystyczna dusza.
Na planie lubiła patrzeć, jak gra Maja Ostaszewska, podglądać, w jaki sposób wchodzi w rolę. I miała wsparcie w tej aktorce.
Podobne wsparcie na planie „Idy” Agata Trzebuchowska miała w Agacie Kuleszy. Trzebuchowska najgłośniej z całej trójki zapowiada, że kontakt z filmem był tylko jednorazowy. Że nie chce być w przyszłości aktorką. Tym dziwniejsze może się wydać takie oświadczenie, że w jej przypadku ta rola to był naprawdę filmowy strzał w dziesiątkę. Młoda (dziś 23-letnia) kobieta zagrała minimalnymi środkami, jakimi udaje się grać tylko bardzo doświadczonym aktorkom. Poza tym „Ida” to pierwszy polski film, który w kategorii filmów nieanglojęzycznych dostał Oscara.

Głośno nie tyko o Oscarze


Pisano nawet, że Agatę Trzebuchowską kusiła amerykańska kinematografia, m.in. rolą w najnowszych odcinkach serialu „Gra o tron”. Ona jednak jest stanowcza i odmawia. Zapowiada jedynie, że jeśli ma mieć coś wspólnego z filmem, to już po drugiej stronie kamery. Tam, gdzie stoi reżyser.
Jest studentką Kolegium Międzynarodowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Uwielbia kino Hanekego.
Nie byłoby jej w tym filmie, gdyby nie... Małgorzata Szumowska. To ona wypatrzyła Agatę w kawiarni. Zrobiła jej zdjęcie telefonem komórkowym i wysłała do Pawła Pawlikowskiego, który szukał bohaterki do swojego filmu.

Tak „Ida” otrzymała twarz Agaty.


Ci, którzy ją znają, podkreślają, że to niezwykle skromna i utalentowana osoba. Wręcz wycofana. Widać to było podczas gdyńskiego festiwalu. A właściwie nie było widać, bo młodziutka debiutantka pojawiała się tylko tam, gdzie musiała być. Stroniła od ścianek i fleszy aparatów. Teraz w wywiadach wręcz prosi: - Nie róbcie ze mnie celebrytki.
Mimo tych próśb to jednak cicho wokół niej nie jest. Ale nie tylko z powodu „Idy” czy Oscara. Katolicki portal Fronda wypomniał jej, że w 2012 roku paradowała z gejami po ulicach, z tabliczką w ręku z napisem „Matka Boska przeciw homofobii”. Prawicowcy próbują przekuć tamto zdarzenie w skandal, twierdząc, że to było bluźnierstwo. Dla nich Agata Trzebuchowska stała się więc wrogiem publicznym.
Podobnie jak jej filmowa Ida, która też ma na prawicy pod górkę...