Uciec jak najdalej. Do Polski

Krzysztof Błażejewski 13 marca 2015

Jego rodzice uciekali w wielkim strachu przed banderowską rzezią na Podolu. Jej ojciec zdecydował się na wyjazd z ziem wcielonych do ZSRR, kiedy wrócił z zesłania do Archangielska. Palewiczowie poznali się już w Polsce równe pół wieku temu.

Helena i Józef Palewiczowie podczas swojego ostatniego wyjazdu jesienią 2014 roku. Zdjęcie zostało wykonane przy obleganych przez turystów wodospadach rzeki Krka w pobliżu miasta Szybenik w Chorwacji.

Fot.: archiwum

Helena i Józef bardzo się cieszą, że niedługo znów pojadą do „jej” Niedźwiedzic. Będą tam po raz czwarty. Lena spotka się z krewnymi, zobaczy rodzinne strony, odwiedzi groby na cmentarzu.


- Trzeba będzie rodzinie pomóc, nielekko się tam żyje - powtarza. - Zabrać dla nich dolary czy euro? - zastanawia się, wiedząc, jak postępuje inflacja na Białorusi.

Józefowi nie dane było tego przeżyć. Nie tylko nikt z rodziny w Jazłowcu nie został, ale i nigdy nie udało mu się dotrzeć do miasta owianego sławą Pułku Ułanów Jazłowieckich, oddalonego od Niedźwiedzic o kilkaset kilometrów na południe. Dziś jest tam Ukraina.

- Nie złożyło się - tłumaczy. - Dwa razy byłem blisko, raz nawet o kilka kilometrów od miasta. Tyle że wtedy pilotka wycieczki, która obiecała wizytę w Jazłowcu, rozchorowała się, a jej zastępca ułożył własną trasę i Jazłowiec ominął. Widocznie nie jest mi to dane.

Helena i Józef Palewiczowie są z tego samego rocznika: 1942. Ich rodzice mieszkali do 1939 roku na ziemiach należących do II Rzeczypospolitej. Ale potem zaszły zmiany. Ogarnął ich i „przytulił” we wczesnym dzieciństwie wielki Kraj Rad.

Byle dalej od miejsc rzezi


Kiedy Józef miał rok, w jego stronach wybuchł pożar nienawiści. Polacy byli mordowani i wypędzani nie tylko z Wołynia, ale i z Podola, gdzie leży Jazłowiec.

W grudniu 1943 roku banderowcy zaatakowali tam miejscowych Polaków. Wybuchła panika. Kto mógł, uciekał. Byle czym, często pieszo, chroniąc się u krewnych, byle dalej.

Uciekali i Palewicze. Z trójką dzieci i resztą rodziny. Kiedy we wrześniu 1944 roku nadciągnęła Armia Czerwona, sytuacja trochę się uspokoiła. Ojciec, Jan Palewicz, został wcielony do polskiego wojska i ruszył
z 2 Armią WP na zachód.

Reszta rodziny nie miała ochoty wracać do Jazłowca, ani pozostać na tych ziemiach, kiedy dowiedziała się, że Polska od tej pory zaczynać się będzie dopiero za odległym Bugiem. Czekano jedynie na powrót Jana Palewicza z wojska. Kiedy przyszła wiadomość, że zginął pod Budziszynem w ostatnich dniach wojny, Palewiczowie dołączyli do innych Polaków i w czerwcu 1945 roku ruszyli pociągiem w nieznane. Skierowano ich na Ziemie Odzyskane. Po półrocznej podróży trafili do Nowej Soli. Tam Józef skończył technikum i poszedł do szkoły oficerskiej, żeby możliwie szybko odciążyć matkę i przejść na państwowe utrzymanie.

Helena takich tragicznych wydarzeń w dzieciństwie nie przeżyła. Po wojnie, kiedy dorastała, dowiedziała się tylko, że nie będzie mieszkać już w Polsce. I że nastały nowe porządki. Mimo wszystko na wyjazd do Polski jej rodzice nie chcieli się zdecydować. Za wiele mieli do pozostawienia, nie chcieli zaczynać życia od początku.

Albo sowchoz, albo Komi


A jednak okazało się to konieczne. Ojciec Heleny, Stanisław Grzyb, miał - jak na tamtejsze warunki - sporo ziemi. Nowa władza zażądała jej oddania i przystąpienia do sowchozu. Namawiali go długo, ale zawsze stanowczo odmawiał. Wtedy doczekał się... zesłania na daleką północ. Do Archangielska i republiki Komi. Kiedy wrócił, był cieniem człowieka.

Helena miała 16 lat, kiedy jej ojciec na wieść o tym, że pojawiła się dodatkowa możliwość wyjazdu do Polski z terenu Białorusi, sprzedał wszystko, co miał, łącznie z dużym domem, który z wielkim trudem wybudował przed wojną i załatwił miejsce w pociągu ewakuacyjnym. Ze skromnym dobytkiem ruszyli przez Bug.

- Pamiętam tylko, że wszyscy płakaliśmy - wspomina Helena Palewicz. - Jechaliśmy do naszej wymarzonej Polski, do lepszego życia, ale zostawialiśmy na miejscu wszystkich krewnych. Nawet rodzony brat ojca nie przyszedł się pożegnać z nami na dworzec, do końca twierdził, że źle robimy.

Zakochana siostra


Jak się okazało, był to naprawdę ostatni dzwonek. Ich transport był ostatnim, jaki przyjechał do Polski. Helena miała za sobą już maturę, bo w ZSRR otrzymywano ją po dziesięciu latach nauki.

Skierowani zostali na Ziemie Odzyskane, do Sycowic niedaleko Krosna Odrzańskiego. Był rok 1959.

- Moja starsza siostra pracowała w Gwardiejsku, w obwodzie kaliningradzkim - wspomina Helena. - Było tam wielu żołnierzy, siostra w jednym z nich się zakochała. Kiedy usłyszała, że wyjeżdżamy do Polski, oświadczyła, że ona zostaje w ZSRR. Ojciec jednak zabrał ją „na siłę”. W Polsce potajemnie poszła do konsula radzieckiego w Szczecinie prosić, by pozwolił jej wrócić do Gwardiejska. Konsul o wszystko wypytał i kazał zgłosić się za trzy miesiące. Po tym czasie jednak siostra miała już nowego chłopaka i odechciało się jej życia w Kraju Rad.

- Język polski znałam słabo, tyle co używaliśmy go w domu, bo w szkole były tylko rosyjski i białoruski, a co gorsza, nie znałam polskiego alfabetu! - wspomina Helena. - Mimo tego udało mi się dostać na studia, na medycynę w Białymstoku. Moją sowiecką maturę w Polsce uznano. Musiałam jednak przez pierwszy rok uczyć się podwójnie: i wiedzy medycznej i polskiego.

W roli świadków


Helena i Józef poznali się w Gubinie. Jego kolega z Nowej Soli odbywał zasadniczą służbę wojskową w Gubinie i tam poznał koleżankę Heleny, która pracowała w miejscowym ośrodku zdrowia. Młodzi zakochali się i postanowili pobrać. Na świadków wzięli właśnie Helenę i Józefa. Był grudzień 1964 roku. On przyjechał na wesele jako student podporucznik Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, ona była na czwartym roku medycyny. Wpadli sobie w oko niemal natychmiast. Parę tygodni później Józek odwiedził ją w akademiku w Białymstoku. Od tej pory spotykali się regularnie.

- Ślub jednak wzięliśmy dopiero cztery lata później - śmieje się Helena. - Mama kategorycznie zabroniła mi wychodzić za mąż wcześniej. Stwierdziła, że najpierw muszę skończyć studia i dostać dobrą pracę.

Wyszła za Józefa w trakcie odbywania stażu na oddziale pediatrii szpitala wojewódzkiego w Zielonej Górze.

W 1969 roku Palewiczowie trafili do Bydgoszczy. Nie opuścili jej do dziś. Mają dwie córki, które też są lekarzami, cieszą się z trójki wnucząt i korzystają z życia.

Fakty


Oboje uwielbiają podróżować

- Helena Palewicz do ukończenia 70 lat pracowała w służbie zdrowia, najpierw w szpitalu dziecięcym, potem w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym, kończąc pracę na stanowisku ordynatora oddziału zakaźnego.

- Józef Palewicz pracował jako informatyk w wojsku. Dosłużył się stopnia podpułkownika, brał, między innymi, udział w misji pokojowej na Bliskim Wschodzie, w Egipcie w latach 1978-79. W 1998 roku odszedł do rezerwy.

- Obydwoje uwielbiają podróżować. Byli już w kilkunastu krajach. Jesienią ubiegłego roku zwiedzili Chorwację. W kwietniu tego roku wybierają się najpierw na Białoruś, a potem do Włoch.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.