Szanowny pan do kogo?

Piotr Schutta 13 marca 2015

Od rozmowy z nimi zaczyna się nasz kontakt z instytucją: bankiem, skarbówką, urzędem wojewódzkim, szpitalem, uczelnią, fabryką. Ukryci, a jednocześnie ważni, niemal jak dyrektor czy prezes. Wiedzą o nas więcej niż nam się wydaje. Za to my o nich niewiele.

Fot.: Jarosław Pruss

Profesjonalny portier to ktoś wszystkowiedzący i wiele widzący. Orientuje się, w jakim humorze jest szef, wie, komu zmarł mąż albo żona, ma informacje o kontrolach w firmie i ważnych delegacjach, często wysłuchuje zwierzeń. Schowany za szybką lub wysokim kontuarem czuwa w gotowości, by ruszyć do akcji: otworzyć bramę lub tajemne przejście służbowe; podnieść szlaban (jednym przyciskiem na ścianie); wydać klucze albo przyjąć klucze; skierować petenta na właściwe tory, by nie snuł się po instytucji; wreszcie - przegonić intruza.

Witał się z prymasem


- Ludzie są różni. Czasem trzeba się ugryźć w język, bo klient, wiadomo, nasz pan - zauważa filozoficznie pan Grzegorz (imię zmienione, ponieważ wolał pozostać anonimowym). Niziutki, w brązowym garniturze (do pracy ma trzy na zmianę), z zawodu masarz, od 23 lat jest ważną częścią urzędu wojewódzkiego. Wojewodowie i dyrektorzy urzędu się zmieniają, a on od lat na tym samym stanowisku.

Witali się z nim prymas Józef Glemp i Andrzej Lepper (gdy był ministrem rolnictwa), Radosław Sikorski i wiele innych person z kraju i ze świata. Większość urzędników, od wysokiej rangi do niskiej, z wojewodami na czele, codziennie rano ściska mu dłoń na powitanie: „Dzień dobry, panie Grzegorzu”. Z niektórymi jest na „ty”.


- Zawsze się witają - chwali urzędników pan Grzegorz.Dzisiaj nie ma czasu na rozmowę, bo właśnie trwa szkolenie członków komisji komitetów wyborczych. Zjechali samorządowcy z całego województwa i trzeba z portierni dyrygować ruchem na parkingu. Na monitorze widać, jak w rozpiętym płaszczu biegnie pani burmistrz Koronowa.

Z Krzysztofem Krauzem codziennie witają się najważniejsi ludzie w regionie. Jest portierem Urzędu Marszałkowskiego

fot. Grzegorz Olkowski

Z Krzysztofem Krauzem codziennie witają się najważniejsi ludzie w regionie. Jest portierem Urzędu Marszałkowskiego


- Grzesiu, zostawiam ci to. A tamci koperty pobrali? - rzuca nagle przebiegająca obok portierni urzędniczka i buch, stertę papierów na ladę!

- Tak Reniuchna, tak - odpowiada z uśmiechem portier. Za chwilę do lady przycumowuje kombatant, który przybył o kuli w sprawie odznaczenia. Sypie anegdotami jak z rękawa. Za nim przelatuje schodami były dyrektor ważnego wydziału. Wita się w biegu. Ktoś inny pyta o klucz do toalety. W tym samym czasie ktoś wjeżdża. Rzut oka na monitor i przyciśnięcie guzika podnosi szlaban. I tak przez cały dzień. Zmiana trwa 12 godzin, od siódmej do dziewiętnastej. Prawie cały czas na stojąco.

Nie każdy może wejść


Na Czesława Kamińskiego, portiera Drugiego Urzędu Skarbowego w Bydgoszczy (na służbie od 20 lat) wpada prawie każdy, kto przekracza próg urzędu, bo jego stanowisko z wielką kamienną ladą znajduje się na wprost wejścia. Szczupły, drobny, z hiszpańską bródką, w czarnym swetrze z napisem „ochrona”, wysłuchuje każdego, kto stanie przy ladzie. Nie musiałby tego robić, bo punkt informacyjny jest obok, ale...

- Jeśli człowiek może, to czemu ma drugiemu nie pomóc? - pyta skromnie były zawodowy żołnierz. O swoim urzędzie i pracujących tu urzędnikach wie dużo (z wieloma pracownikami jest po imieniu). W razie czego ma pod ręką ściągę z nazwami wydziałów i spraw.Bezbłędnie kieruje ludzką rzekę (wzbierającą właśnie teraz, w okresie składania rocznych rozliczeń podatkowych) do odpowiednich wydziałów, a czasem do kolejki obok, co nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. „Dlaczego tylko jedno okienko jest czynne, jak tyle ludzi stoi?” - denerwują się interesanci. Ale pan Czesław stoicko milczy. Żartuje, że kolejka rośnie, kiedy w telewizji kończą się poranne seriale i wtedy, gdy ludzie wyruszają na zakupy na pobliskie targowisko.

- Zakład mi PIT-u nie dał. Zakładu już nie ma. I co teraz? - nagle wyrasta przed ladą mężczyzna w średnim wieku i rozkłada ręce zrozpaczony.

- To pod trójkę proszę. Do kierowniczki - odpowiada spokojnie pan Czesław i naciska pod ladą przycisk, otwierający specjalne drzwi. Nie każdy może tam wejść samodzielnie. Klienci wydziału egzekucji, zwłaszcza ci z rozbieganym wzrokiem, muszą czekać na dole, aż ktoś po nich zejdzie. Nigdy nie wiadomo, jak duży mają żal w sercu. Lepiej, żeby sami po urzędzie nie biegali.

- Był u mnie w firmie ktoś na kontroli, ale mama nazwiska nie zapamiętała - rzuca przejęta kobieta.

- Dobrze, to pod trzysta dziesięć zapraszam. Tam jest kontrola skarbowa - nie traci rezonu portier.

Kokosów nie ma


Do pracy w portierni nie każdy się nadaje. Od wielogodzinnego siedzenia po latach dają się we znaki stawy kolanowe i kręgosłup. Rozmawiać z ludźmi też nie każdy potrafi. Poza tym, jak przyznają wszyscy portierzy, w tym zawodzie kokosów się nie zbije. Pensja na poziomie najniższej krajowej to norma.

Po wyjściu ostatniego klienta i zamknięciu obiektu trzeba zrobić tak zwany obchód. Światła pogasić. zakręcić kurki z wodą w toaletach, pozamykać okna.

- Raz z klimatyzatorów lała się woda, kiedy indziej czajnik by się spalił - mówi Barbara Kłos, z zawodu krawcowa, podnosząc wzrok znad krzyżówki. W portierniach spędziła już 28 lat. Pośród wykładowców i studentów. Bo jej miejsce pracy to uniwersytet. Oprócz zwykłych obowiązków portiera, ma jeszcze pod opieką szatnię (na szczęście zimy w tym roku prawie nie było).

- Gdy proszę, żeby wieszaki w kurtkach sobie poprzyszywali, to się obrażają - mówi kobieta. Zauważa, że kiedyś studenckie bractwo było mniej obraźliwe i bardziej otwarte.

- Marta, Krzysiek, Wojtek, Ania - pani Barbara przywołuje imiona dawnych studentów, z którymi do dziś łączy ją przyjaźń. Z wykładowcami też jest blisko, ale nie aż tak. Z panią profesor pogada się o piesku, z panią adiunkt o dzieciach, z większością po prostu o życiu, czyli o zdrowiu przeważnie.

- Zenia - rzuca półgębkiem jakiś student, wychodzący z uczelni. To znaczy „do widzenia”.

- Obyczaje studentów bardzo się zmieniły przez te lata. Kiedyś częściej do mnie przychodzili, pogadali, piosenkę zaśpiewali, wiersz jakiś powiedzieli. Większy szacunek też był do człowieka - zamyśla się pani Barbara. Ale nie, żeby miała narzekać na swoją robotę. Jak mówi, uwielbia być wśród ludzi.

- Fajnie się w portierni pracuje - Grażyna Oleszak całe swoje życie zawodowe „robiła” w słodkościach. Od roku, w błękitnej koszuli z emblematem firmy ochroniarskiej i służbową miną zawiaduje ruchem w ogromnym wieżowcu w centrum miasta. Obok niej codziennie przemyka tłumek ponad stu pracowników: banku, biura projektowego, spółek z branży handlowej, budowlanej, architektonicznej i jakiej się tylko chce. Żaden z nich dla portierki nie jest anonimowy.

Uwolnić urzędnika


- Trzydzieści lat przepracowałam jako cukiernik. A teraz tu sobie pykam
- mówi żartobliwie kobieta, podnosząc za pomocą przycisku szlaban na parkingu. Tajemnic z życia biurowca zdradzać nie może, ale przyznaje, że niejedno człowiek widzi. - Raz dzwoni do mnie po południu jeden z pracowników i mówi, że miał przed chwilą telefon od kolegi z biura, żebyśmy go wypuścili, bo zasnął i został zamknięty w pokoju - wspomina z uśmiechem pani Grażyna

Krzysztofowi Krauzemu codziennie rano kłania się marszałek województwa Piotr Całbecki: „Dzień dobry, panie Krzysiu, co słychać?” i czterystu innych ważnych urzędników.

Pan Krzysztof jest z zawodu technikiem elektronikiem, studiował ekonomię i zaliczył kursy psychologiczne. Od trzech lat pracuje jako portier w toruńskim Urzędzie Marszałkowskim przy placu Teatralnym.

- Dzięki znajomości psychologii widzę od razu, w jakim kto jest nastroju i czy przyszedł się awanturować, czy normalnie załatwić sprawę. Chociaż tutaj, w większości przychodzą poważni ludzie - mówi mężczyzna.