Dwie prawdy o strachu

Grażyna Ostropolska 6 marca 2015

Tomasz Rama boi się, że sprawa śmierci jego trzyletniego synka Mateuszka zostanie zamieciona pod dywan, zaś doktor Krzysztof Motyl, który uczestniczył w reanimacji dziecka, obawia się... Tomasza Ramy. Czy słusznie?

W 2013 roku, po śmierci Mateuszka, w Bydgoszczy odbył się marsz milczenia

Fot.: Tomasz Czachorowski

Pomnik Mateuszka jest usłany jego ulubionymi zabawkami i zawsze palą się na nim znicze. Rodzice zmarłego: Roksana i Tomasz Ramowie przychodzą tu codziennie.


- Obserwuję, jak pan Tomasz, z pozoru twardziel, wyje z bólu na grobie dziecka, a pani Roksana odchodzi stąd z rękami ułożonymi tak, jakby wynosiła na nich Mateuszka - opowiada Jerzy Piasecki, ich znajomy z cmentarza.

Tomasz Rama potrafi opowiadać o zmarłym synku godzinami. Wspomina jego żywiołowość i pogodne uosobienie. - Muszę się dowiedzieć,

dlaczego umarł,


bo diagnoza z sekcji zwłok Mateuszka: „zatrzymanie krążenia” niczego nie wyjaśnia - tak ojciec zmarłego tłumaczy upór, z jakim dąży do poznania prawdy. Prowadzi własne drobiazgowe śledztwo, bo to wszczęte oficjalnie stanęło w miejscu. - Czekamy na opinię biegłych - słyszymy w prokuraturze.

O tym, jak wyglądały kulisy śmierci synka państwa Ramów, pisaliśmy w sierpniu ub.r. w publikacji: „Dlaczego zginął Mateuszek?” W marcu 2013 r. chłopczyk połknął kilka suchych nitek makaronu i stracił przytomność. Rodzice nie mogli się dodzwonić na pogotowie, więc sami wieźli go z podbydgoskiej Zielonki do szpitala. Trwało to kilkanaście minut, a kolejne trzydzieści zajęła reanimacja. - Doktor Mućka użył wtedy defibrylatora i przywrócił Mateuszkowi krążenie - wspomina Tomasz Rama. Rodziców uprzedzono, że dziecko może się nie wybudzić lub być sparaliżowane wskutek długiego niedotlenienia, tymczasem...

- Nasz synek po kilku tygodniach intensywnego leczenia wyszedł z tej traumy bez neurologicznych obciążeń, a lekarze mówili, że to cud - opowiada Tomasz Rama.

W maju 2013 r. Mateuszek zaczął gorączkować, skarżył się, że boli go szyja w miejscu, w którym wkłuwano się, by odessać mu wydzielinę z płuc. Pogotowie zabrało go do szpitala, a tam podano mu antybiotyk i dwa dni później wypisano do domu.

- Gdyby wtedy zajrzano dziecku do tchawicy, która często zwęża się po intubacji, nie doszłoby do nieszczęścia - uważają państwo Ramowie. W czerwcu Mateuszek miał już poważne kłopoty z oddychaniem i trafił do szpitala z rozpoznaniem... zwężenia tchawicy, wymagającego operacji w specjalistycznym ośrodku. Zanim zorganizowano transport do Poznania, chłopczyk przeszedł tracheotomię, którą dwa razy poprawiano.

- Usypiano go aż trzy razy, a do Poznania wiozła Mateuszka karetka, w której brakowało ssaka. Ambulans prowadził ratownik, obok którego siedział w zamkniętej kabinie lekarz, a przy moim synku z rurką po tracheotomii w gardle czuwał kierowca, który ma

wyrok za fałszowanie


dokumentów, na podstawie których starał się o uprawnienia ratownika - Tomasz Rama opowiada o własnych ustaleniach, potwierdzonych przez kontrolerów NFZ. Do poznańskiego szpitala dziecko trafiło z odmą płuc i trzeba mu było założyć dren. Poszerzenia tchawicy nie wykonano, bo... - Lekarze odkryli przetokę i odłożono zabieg na trzy miesiące, by dziurka się zrosła
- tłumaczą rodzice Mateuszka.

3 lipca 2013 r. dziecko wróciło do domu z rurką tracheotomijną w gardle.

- Mateuszek nie bał się odsysania. Robiliśmy je 10 razy dziennie i mały czuł się dobrze - wspominają rodzice.

Tak było do 25 lipca, gdy przebywający pod opieką babci chłopczyk nagle stracił przytomność. Kobieta zadzwoniła do pani Roksany, a ta po pogotowie. Przyjechało po 6 minutach z doktorem Krzysztofem Motylem na czele, który po 50 minutach bezskutecznej reanimacji orzekł zgon dziecka. Państwo Ramowie mają mu za złe, że nie podłączył ich synka do defibrylatora, urządzenia, które cztery miesiące wcześniej uratowało Mateuszkowi życie. Chcą też wiedzieć, dlaczego po zrobieniu zastrzyku ich synek spuchł. „Biegłym nie są znane przypadki, aby w trakcie reanimacji, podczas której nie stwierdza się żadnych funkcji życiowych, mogło dojść do powstania obrzęków, bo w chwili zgonu zanikają wszystkie mechanizmy, związane z reakcjami organizmu na bodźce” - rodzice cytują opinię, przygotowaną na zlecenie izby lekarskiej, która orzekła, że „działania podjęte przez zespół dr. Krzysztofa Motyla były zgodne z obowiązującymi wytycznymi, a odstąpienie od defibrylacji zasadne ze względu na asystolię, zaś

śmierć Mateuszka to
efekt niepomyślnego zbiegu okoliczności,


wynikających z wcześniejszych wydarzeń, a nie resuscytacji, prowadzonej przez dr. Motyla”. Rodzice Mateuszka nie mogą się z tym pogodzić i niecierpliwie czekają na opinię, którą półtora roku temu prokurator zlecił biegłym z Łodzi.

- Niestety, nie zrobiono badań toksykologicznych, które by wykluczyły, że zamiast adrenaliny podano naszemu dziecku inny lek, po którym spuchło. Zniknęło też ponad 20 minut wydruku EKG, bo prokuratura zbyt późno zabezpieczyła urządzenie, na którym pogotowie rejestrowało przebieg reanimacji, i trudno będzie udowodnić, że Mateuszek dawał jeszcze oznaki życia, a użycie defibrylatora było zasadne - mówi pan Tomasz. Twierdzi, że śledczy ignorują jego wnioski dowodowe, a biegli z opinią (czeka na nią 19 miesięcy) też się nie śpieszą.

- W tym czasie z osoby pokrzywdzonej, poszukującej prawdy, sam stałem się oskarżonym, a nawet... skazanym - dodaje.
Tomasz Rama ma na myśli wyrok nakazowy z grudnia. Sąd uznał go wtedy winnym uporczywego nękania dr. Krzysztofa Motyla i wymierzył mu...

tysiąc złotych grzywny.


Nękanie, zdaniem sądu, miało polegać na tym, że Tomasz Rama „pojawiał się pod miejscem zamieszkania dr. Motyla i podrzucał mu znicze oraz zdjęcie zmarłego syna Mateusza, rzucał jajkami w kierunku okien pokrzywdzonego, napisał wyraz angielski: „Death” po wewnętrznej stronie kabiny samochodu jego córki, zainicjował powstanie reportażu, wyemitowanego w TV Polsat, który miał przedstawić dr. Motyla w niekorzystnym świetle i podrzucił mu do skrzynki pocztowej przed domem kartkę z informacją o dacie emisji, a nadto kontaktował się z obecnymi i byłymi pracodawcami Motyla, chcąc przedstawić go w niekorzystnym świetle, czym wzbudził w pokrzywdzonym poczucie zagrożenia i naruszył jego prywatność”.

- Ja na opinię biegłych czekam już półtora roku, a pan Motyl ma taką siłę przebicia, że badania linii papilarnych na dostarczonych przez doktora dowodach - zniczach i kartkach papieru - przeprowadzono błyskawicznie. Na wniosek doktora występowano o billingi telefoniczne, a nawet zwracano się do mediów z pytaniem: „kto zainicjował publikację?” - wylicza Tomasz Rama.

Para poszła w gwizdek, bo fachowcy orzekli, że śladów papilarnych na kartkach i zniczu nie da się zidentyfikować, zaś media nie ujawniły swoich informatorów.

- Dowodów na moją winę brak, bo tego nie zrobiłem, a i tak mnie ukarano - kwituje Tomasz Rama. Wniósł sprzeciw od nakazowego wyroku i teraz sprawa będzie się toczyć w sądzie normalnym trybem.

Krzysztof Motyl o sprawie domniemanego nękania go przez Tomasza Ramę nie chce z mediami rozmawiać.

„Mam odczucie, że rodzice oskarżają za śmierć dziecka wszystkich uczestniczących w leczeniu” - zeznał rok temu w prokuraturze. W kwietniu informował śledczych, że czuje się zaszczuty, bo Tomasz Rama odwiedza jego przełożonych i psuje mu opinię, a na dodatek wszedł w posiadanie nielegalnie nagranych rozmów ze stacji pogotowia ratunkowego, co stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i powinna się tym zająć ABW. W lipcu poprosił o ochronę swojego domu podczas urlopu, bo... „obraźliwe telefony z aparatu Tomasza Ramy utwierdzają mnie w przekonaniu, że muszę się liczyć z dalszymi działaniami Ramów przeciw mojej osobie” - tłumaczył.

Śmierć Mateuszka w „Sprawie dla reportera”


We wtorek nad dokumentacją w sprawie śmierci Mateuszka Ramy pochylili się prawnicy, lekarze i psycholodzy, zaproszeni do telewizyjnego studia przez Elżbietę Jaworowicz, prowadzącą program „Sprawa dla reportera (planowana emisja - 26 marca).

Zgodnie orzekli, że Tomasz Rama ma prawo szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego zmarło jego dziecko. Ma też prawo wyrażać swoje emocje i zadawać niewygodne pytania odpowiedzialnym za służbę zdrowia urzędnikom. Znakomity chirurg prof. Krzysztof Bielecki wyraził opinię, że błędy lekarskie się zdarzają, ale ten, kto je popełnia, musi umieć się do nich przyznać i powiedzieć: „przepraszam”.

Psycholodzy nie mieli wątpliwości, że emocje Tomasza Ramy są naturalne, a jego walka o poznanie prawdy godna podziwu i ważka społecznie. Prawnicy radzili rodzicom zmarłego, by sprawę jak najszybciej skierowali do sądu, bo zbyt długie oczekiwanie na opinię biegłych prowadzi do jej przedawnienia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.