Ofiary przemocy i systemu

Piotr Schutta 27 lutego 2015, aktualizowano: 27-02-2015 14:09

Politycy i kościelni hierarchowie spierają się o ratyfikację europejskiej konwencji „antyprzemocowej”. Polskie ofiary przemocy domowej mają tymczasem bardziej przyziemne problemy: - Po opuszczeniu ośrodka wsparcia nie mamy gdzie się podziać.

Fot.: Thinkstock

Aleksandra J. od ponad czterech lat tuła się po mieście z trójką dzieci, na własnej skórze doświadczając „opiekuńczości” państwa polskiego i gminy Bydgoszcz wobec ofiar przemocy domowej. Niedawno od jednego z urzędników usłyszała, że jej sytuacja nie kwalifikuje sie do udzielenia pomocy mieszkaniowej i że ma przyjść, kiedy znajdzie się w gorszym położeniu. Zapytała więc, czy znalezienie się z dziećmi na ulicy będzie odpowiednią sytuacją. Urzędnik nie wyprowadził jej z błędu.



Nie mogąc doprosić się w gminie choćby najskromniejszego mieszkania socjalnego, w desperacji postanowiła przyjść do naszej redakcji.

- Wychowuję dzieci, pracuję, muszę sobie radzić. Nie o to chodzi. Nie narzekam. Najgorsze jest to, że w ciągu 4 lat zmieniałam już pięć razy miejsce zamieszkania, a dzieci trzykrotnie zmieniały przez to szkołę. Mieszkamy kątem u znajomych albo coś wynajmujemy, ale wszystko jest na jakiś czas. Nie mam żadnej stabilizacji - kobieta tłumaczy, że przychodząc do redakcji chciała pokazać, na ile faktycznie może liczyć w Polsce samotna matka wychowująca dzieci, która opuszcza ośrodek wsparcia dla ofiar przemocy.

Nierealna samodzielność


Ma 33 lata i jest kilka lat po rozwodzie. Ma za sobą nieudany związek z mężczyzną i półroczny pobyt w ośrodku wsparcia dla ofiar przemocy w Jaksicach pod Inowrocławiem. Nie dało się tam pomieszkać dłużej, ponieważ placówka ma swoje limity czasowe i lokalowe. Ośrodek obsługujący cały powiat inowrocławski dysponuje tylko dziesięcioma miejscami hostelowymi (wliczając dzieci).
- Po wyjściu z ośrodka wynajęłam mieszkanie, korzystając z dopłaty, jaką zaoferowała mi gmina. To się akurat udało. Ale od razu zaczęłam też pisać do urzędu miasta wnioski o przydział mieszkania socjalnego, bo wiedziałam, że w wynajmowanych lokalach długo nie wytrzymam między innymi ze względu na finanse - opowiada kobieta.

Miejska Komisja Mieszkaniowa przy Prezydencie Miasta Bydgoszczy wnioski Aleksandry J. za każdym razem odrzuca, odpisując, że sytuacja, w jakiej znajduje się kobieta, nie spełnia kryteriów zapisanych w uchwale rady miasta. Te kryteria to nie więcej niż 5 metrów kw. na osobę i niski dochód, nie przekraczający ok. 400 zł na każdego członka rodziny.

- W tej chwili mieszkam u krewnej w pokoju o 12 m kw. Jest nas czwórka (dzieci w wieku 7, 12 i 14 lat - red.), więc warunki naprawdę są ciężkie. Ale całe mieszkanie ma ponad 60 metrów, więc znowu nie spełniam kryteriów. Dla komisji mieszkaniowej nie liczy się to, że w sumie w tym lokalu mieszka 8 osób - mówi Aleksandra J. Zwraca uwagę na fakt, że komisja nie pofatygowała się, by na miejscu sprawdzić, jak mieszka się z trójką dzieci w tak małym pokoju.

Kobiecie nie umiała pomóc komisja mieszkaniowa, ani rejonowy ośrodek pomocy społecznej z jej dzielnicy, ani była wiceprezydent Grażyna Ciemniak, która odpisała „na okrągło” na jeden z jej listów.

Po omacku


Szukając instytucjonalnych źródeł wsparcia dla naszej czytelniczki, trafiliśmy na powołany niedawno Interdyscyplinarny Zespół ds Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie. Dzwoniąc tam zadaliśmy jedno pytanie: Czy w Bydgoszczy albo regionie są mieszkania chronione dla ofiar przemocy lub inna tego rodzaju pomoc?

- Nie wiem. Administracja Domów Miejskich będzie tutaj raczej adresatem - odesłała nas kobieta dyżurująca w sekretariacie. Przekazała wprawdzie numer komórkowy do przewodniczącego zespołu, ale ten nie odbierał.

W ADM z kolei dowiedzieliśmy się, że miasto przekazało 5 mieszkań chronionych Miejskiemu Ośrodkowi Pomocy Społecznej, ale to tam należy pytać, czy jest w nich miejsce da ofiar przemocy. Nawiązaliśmy więc kontakt z kierowniczką działu wsparcia rodziny, utworzonym w MOPS, ale... - Proszę dzwonić do dyrekcji - usłyszeliśmy. Do dyrekcji jednak nie można było się dostać przez dwa dni. - Pani dyrektor jest na spotkaniu w terenie. Pani dyrektor ma gości - słyszeliśmy co jakiś czas.

Na ulicę nikt nie pójdzie


W Toruniu nie było takich rozmów. - Dobrze pan trafił. Udzielamy wszechstronnej pomocy osobom, które doświadczają przemocy domowej - powiedziała Agnieszka Borawska, kierująca działem interwencji kryzysowej, funkcjonującym w ramach Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu. MOPR dysponuje hostelem z 8 miejscami dla ofiar (z dziećmi włącznie). Można tam przebywać do 3 miesięcy i starać się o przedłużenie pobytu. Zbyt długie przebywanie w tego typu placówce, jak mówi Borawska, nie ma sensu. - Chodzi o to, żeby taka osoba doszła u nas do równowagi psychicznej i fizycznej, a potem zaczęła się usamodzielniać. Ale na ulicę nikt od nas nie pójdzie. Staramy się też pomagać w uzyskaniu mieszkań z zasobów gminnych.

- Nam w kilku sytuacjach to się udało, ale jest to naprawdę bardzo rzadkie. Nie jesteśmy instytucją, która ma załatwiać mieszkania podpiecznym. Dużo zależy tutaj od współpracy z urzędami gmin - mówi Zyta Woźniak, kierująca ośrodkiem wsparcia w Jaksicach, w którym dla ofiar przemocy przygotowanych jest 10 miejsc. Zauważa, że ubiegłoroczny Krajowy Program Przeciwdziałania Przemocy może bardziej zdopingować lokalne samorządy do angażowania się w pomoc ofiarom przemocy. - Teraz gminy muszą co jakiś czas zdawać raport z tego, co udało im się zrobić na swoim terenie.
Siostra przełożona Fides Lemańczyk, prowadząca w Żołędowie Archidiecezjalny Dom Matki i Dziecka dysponuje 7 pokojami. - Nasze zasoby się uszczupliły niedawno, ale działamy dalej - mówi. W ośrodku można zostać do roku, z możliwośćią przedłużenia pobytu nawet do 3 lat. Nieletnie matki czekają tu na pełnoletność. - Jedna z naszych podopiecznych otrzymała niedawno mieszkanie od gminy. Miała większe szanse jako wychowanka domu dziecka. Skorzystała ze środków na usamodzielnienie - dodaje siostra.
- Nasze podopieczne, które próbują stanąć na nogach, wynajmują pokoje w tanim prywatnym hotelu w Bydgoszczy. Warunki nie są super, ale kosztuje to 550 zł miesięcznie - podpowiadają w noclegowni dla kobiet, prowadzonej przez Polski Komitet Pomocy Społecznej w Bydgoszczy.
Nic nie trzeba płacić za to za mieszkanie w... Paryżu. Ale pod Żninem. To jedyne
- które udało nam się znaleźć - mieszkanie chronione dla ofiar przemocy w regionie.
- Paryż nazwa szumna, ale w rzeczywistości położenie kiepskie, bo na uboczu. Ale jest - mówi dyrektor żnińskiego MOPS Maria Bursztyńska. W mieszkaniu są dwa pokoje dla ośmiu w sumie osób. Miejsca są prawie zawsze zajęte.
Po dwóch dniach poszukiwań udało nam sie w końcu zlokalizować w Bydgoszczy przy Dunikowskiego 2 hostel, działający w ramach Bydgoskiego Zespołu Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych, dysponujący 30 miejscami dla osób dotkniętych przemocą. Nie było łatwo, ponieważ placówka dwukrotnie zmieniała w ostatnim czasie nazwę.
- Długość pobytu u nas zależy od sytuacji. Może to trwać nawet i pół roku. Jesteśmy placówką inerwencji kryzysowej i nikt, kto stanie w naszym progu, nie zostanie odesłany. Choćby to był środek nocy - zapewnia szefowa ośrodka Magdalena Grzybowska.cp

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.