Błąd medyczny czy powikłanie?

Grażyna Ostropolska 20 lutego 2015, aktualizowano: 20-02-2015 13:41

- Przedziurawione jelito, ropowica i sepsa po usunięciu pęcherzyka żółciowego to norma? - pytają rodzice Tomasza Tomkutonisa z Bąkowa, oburzeni korzystnym dla szpitala orzeczeniem Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Bydgoszczy i idą do sądu. Komisja uznała, że leczenie było prawidłowe, a stan chorego jest efektem powikłań.

Na zdjęciu: rodzina Tomkutonisów pochyla się nad liczącą 370 stron szpitalną dokumentacją

Fot.: Dariusz Bloch

35-letni pan Tomasz dwukrotnie wymykał się śmierci. Pierwszy raz próbowała go dopaść, gdy miał 15 lat. Był wtedy nadzwyczaj uzdolnionym młodzieńcem. Grał na kilku instrumentach, miał własny zespół muzyczny, a nauka szła mu jak z płatka. Przygotowywał się do olimpiady fizycznej, gdy dopadła go choroba.



- Świnka - brzmiała lekarska diagnoza i na to go leczono, a chłopak czuł się coraz gorzej. Wymiotował, raziło go światło. - Jeździliśmy z nim od lekarza do lekarza i żaden nie miał innych podejrzeń - wspomina Ewa Tomkutonis, matka pana Tomasza. Zalecano choremu dietę, a jego rodzicom cierpliwość. Ta się wyczerpała, gdy niepokojące objawy przybrały na sile.

- Pewnego wieczoru było tak źle, że postanowiliśmy jechać z synem do szpitala. W samochodzie Tomek non-stop wymiotował i majaczył. Nagle krzyknął: „Jezu! Moja głowa!” i stracił przytomność - wspominają rodzice. Kolejne godziny, dni i miesiące były dla nich jedną wielką udręką i bezpardonową walką o życie syna. Tomek leżał w szpitalu w Pile w farmakologicznej śpiączce, a lekarze nie dawali żadnej nadziei. - „Wasz syn miał wylew, tak głęboki, że w każdej chwili może nastąpić zgon”, usłyszeliśmy - wspomina pani Ewa. Kolejne słowa lekarzy: „Nie ma szans, by cokolwiek zrobić, bo zbyt duży obszar mózgu został zalany” zupełnie do niej nie docierały. Siedziała przy łóżku uśpionego syna i cały czas coś do niego mówiła. - Patrzono na mnie jak na wariatkę, ale ja się uparłam. Mówiłam do Tomka:

„Musisz synku żyć,


musi być dla ciebie ratunek!” - wspomina pani Ewa. Po trzech miesiącach (w maju 1994 r.) zaświtała nadzieja. Państwu Tomkutonis udało się przenieść syna do szpitala wojskowego w Bydgoszczy; na neurochirurgię, kierowaną przez doktora Marka Harata (dziś profesora). Najpierw podratowano narządy wewnętrzne Tomka, który w pilskim szpitalu nabawił się sepsy, potem zabrano się za jego głowę. - Wprawdzie doktor Harat nie podjął się operacji, ale znalazł specjalistę, prof. Lecha Polisa z CZMP w Łodzi, który ten zabieg wykonał - opowiadają rodzice Tomka i nie szczędzą pochwał pod adresem obu lekarzy.

Operacja usunięcia skrzepów i zespojenia sieci pękniętych naczyń w głowie ich syna trwała 8 godzin i nikt nie wiedział, jaki da skutek.

- Uprzedzano, że Tomek może być skręconym, piszczącym zwierzątkiem i nie będzie mnie poznawał - wspomina matka. Była przerażona, gdy 6 tygodni później usłyszała, że na dalsze leczenie syn powinien wrócić do szpitala w Pile, najbliższym jego miejscu zamieszkania. - Udało się nam wywalczyć, by Tomek ponownie trafił do szpitala wojskowego w Bydgoszczy, bo tam pracowali wspaniali ludzie, do których mieliśmy zaufanie - mówi pani Ewa. - Syn faktycznie przypominał zwierzątko. Był poskręcany, karmiony kroplówką, nie mówił, ale... żył i to było najważniejsze - dodaje matka. Gdy Tomasz, pół roku po wylewie, wrócił do domu, ważył 29 kg. - To była

sama skóra i kości


Zanikł u niego odruch gryzienia i łykania. Wszystkiego trzeba go było uczyć od nowa. Myślałam, że dostanę w głowę - wyznaje matka.

Państwo Tomkutonis sprowadzali z zagranicy specjalne odżywki. - Takie dla kulturystów, z ogromną ilością białka i witamin. Rozpuszczałam je, nabierałam do strzykawki i karmiłam Tomka. Po milimetrze, bo jak podałam mu więcej, to się dławił - wspomina pani Ewa. W końcu nauczyła go gryźć. Była wielka radość, gdy syn pogryzł ciastko i jeszcze większa, gdy po wielu miesiącach ćwiczeń wypowiedział pierwsze słowo. Potem z roku na rok było coraz lepiej. - Szliśmy do przodu, a codzienna rehabilitacja sprawiła, że można było syna wziąć pod pachy i przeprowadzić z miejsca na miejsce.

Wracała mu częściowo pamięć, miał z nami coraz lepszy werbalny kontakt - opowiadają rodzice Tomasza. Ich gehenna zaczęła się od nowa, gdy syn wkroczył w 33 rok życia i zapadł na zdrowiu. - Miał kolki, a lekarz zamiast zlecić dokładne badanie, zapisywał mu antybiotyki. Dopiero, gdy Tomek zrobił się żółty, padła trafna diagnoza: kamienie w pęcherzyku i zapchane przewody żółciowe - wspomina pani Ewa. Konieczna była operacja, a państwo Tomkutonis wybłagali, by wykonano ją w bydgoskim szpitalu wojskowym. - Mieliśmy do tej placówki ogromne zaufania, bo tam przecież naszego syna po wylewie uratowano - tłumaczą. Pan Tomasz trafił do kliniki chirurgii 20 maja 2012 r., a 3 dni później - na operacyjny stół. Biorąc pod uwagę niepełnosprawność chorego (padaczka, porażenie kończyn) zdecydowano się na oczyszczenie złogów kamienia z dróg żółciowych oraz laparoskopowe usunięcie woreczka w ramach jednego znieczulenia. Zdaniem operujących

zabieg się udał, ale


„W przebiegu pooperacyjnym doszło jedynie do powikłania pod postacią zakażenia powłoki jamy brzusznej w okolicy rany po trokarze pępkowym, pochodzącego najprawdopodobniej z nieznanego pochodzenia mikroperforacji poprzecznicy, z następowym zakażeniem tkanki podskórnej przedniej jamy brzusznej” - to fragment odpowiedzi szpitala na pozew Tomasza Tomkutonisa, którego w sądzie reprezentuje ojciec. Pełnomocnik szpitala podkreśla, że „zakażenie jest powikłaniem, a nie błędem medycznym”.

Pan Wiktor był z synem cały czas (szpital przydzielił im wspólny pokój) i zamierza dowieść, że doszło do błędu lekarskiego, czyli przebicia jelita, a jego syn nie miał po zabiegu należytej kontroli. - Po operacji lekarz mi powiedział, że wszystko jest w porządku i za 2 dni Tomasz wróci do domu. Uprzedził też, że jego przy wypisie nie będzie, bo wyjeżdża do Warszawy. Dzień po operacji pielęgniarki wyciągnęły Tomkowi dren i założyły opatrunek. Syn miał wzdęty brzuch, narzekał, że go boli. Nie pomagały środki przeciwbólowe, więc zastępca ordynatora uznał, że zatrzyma go w szpitalu - relacjonuje Wiktor Tomkutonis. W nocy Tomasz trafił na OIOM, bo spadało mu ciśnienie i tracił przytomność.

Następnego dnia był Dzień Matki, którego pani Ewa nigdy nie zapomni. - Wpada dyżurny lekarz, zrywa synowi opatrunek, widzi krwawosiny ropień na jego brzuchu i krzyczy: „Czy tu k... nikt nie zaglądał”. Wybiega, zleca komputerowe badanie, a tuż po nim zabiera Tomka na blok operacyjny - matka relacjonuje zdarzenie, którego świadkiem był również jej mąż. Zabieg trwał ok. 1,5 godziny, ale dla nich była to wieczność. Pan Wiktor twierdzi, że co do joty zapamiętał to, co lekarz powiedział po operacji. - „Zespoiłem dwa otwory, wyskrobałem gnijący naciek z powłok brzusznych i usunąłem martwicę skóry na brzuchu”- powtarza jego słowa.
Ponad miesiąc trwa szpitalna walka o życie Tomasza.

Ropowica, zapalenie otrzewnej, sepsa, ostre zapalenie płuc, płyn w worku osierdziowym, trzykrotna intubacja... - Syn wracał do życia i odchodził. Wypisano go z dziurą w brzuchu, którą przez 5 miesięcy trzeba było opatrywać. I bez odporności, którą należało odbudować. Zmarnowane zostało to, co przez 18 lat intensywnej pracy z Tomkiem udało się nam uzyskać. Jego rehabilitację trzeba było zacząć od nowa, ale do stanu, w jakim był przed zabiegiem, nigdy nie wróci - oceniają rodzice. Zanim wystąpili przeciw szpitalowi z pozwem o odszkodowanie, zwrócili się do Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych o ustalenie, czy to, co spotkało ich syna, było „zdarzeniem medycznym, mającym wpływ na zakażenie, uszkodzenie ciała oraz rozstrój zdrowia ich syna”. - Nie możemy się z jej stanowiskim pogodzić - komentują niekorzystny dla nich werdykt.

Komendant szpitala i lekarze do czasu wydania wyroku postanowili się w tej sprawie nie wypowiadać.

Wojewódzka Komisja ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Bydgoszczy ustaliła:


„W opiniach biegłych, prowadzone w szpitalu leczenie było właściwe i prowadzone zgodnie z obowiązującą wiedzą medyczną. Biegli podkreślają, że niemożliwe jest jednoznaczne wskazanie przyczyny perforacji i powikłań, skutkujących rozwojem wstrząsu septycznego u Tomasza Tomkutonisa.

Prawidłowo została przeprowadzona kwalifikacja pacjenta do pierwszego zabiegu, a sam zabieg wykonano z należytą starannością (…) Biorąc pod uwagę całość dokumentacji medycznej, zeznania świadków i niezależne opinie biegłych Komisja orzekła o braku zdarzenia medycznego z uwagi na brak przesłanek, o których mowa w Ustawie o prawach pacjenta”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 25-02-2015 18:06

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Ewa: Oczywiście , że to norma. Ja po usunięciu wyrostka gniłam 10 miesięcy i zataczałam się chodząc z rozprutym zapuchniętym , rozgniłym brzuchem. A co do sądu to szkoda czasu i nerwów z lekarzem się nie wygra.

    Odpowiedz