Adam szuka Ewy, czyli randka dla hipokrytów

Hanna Wieczorek 13 lutego 2015

Rozmowa z doktorem PIOTREM MIKIEWICZEM, socjologiem z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, o dwoistości naszej natury, szokującej telewizji i wiktoriańskich zakamarkach naszej duszy.

Dr Mikiewicz: Wolimy oglądać scenki odgrywane przez amatorów. Uznajemy, że to prawda.

Fot.: TLC Polska


Słyszał Pan o pierwszej nagiej randce w polskiej telewizji? To nowy reality show „Adam szuka Ewy”, w którym rozebrani ludzie randkują na bezludnej wyspie.
Nie, nie słyszałem.

A teraz, kiedy już Pan usłyszał o programie „Adam szuka Ewy”, jakie ma Pan odczucia? Zdziwił się Pan choć trochę, że ktoś kręci taki reality show?
No, trochę tak... Gdzie to pokazują? W publicznej telewizji?

Nie. W TLC.
A, to jedna z tych stacji, które specjalizują się w szokowaniu widzów.

Niedawno rozmawiałam z pracownikami pierwszej prywatnej telewizji Echo. Opowiadali mi, że kiedy w 1990 roku zaczęli raz w tygodniu emitować film erotyczny, redaktor naczelny został wezwany na dywanik do kardynała Henryka Gulbinowicza. Coś się z nami stało przez te ostatnie 25 lat, że aby dzisiaj zaszokować widzów, potrzeba rozbieranego reality show?
To wszystko nie jest takie jednoznaczne. Z jednej strony mamy bowiem przekraczanie kolejnych granic w mediach - od „Big Brothera”, przez publiczne szukanie żony, po publiczne pranie brudów w różnych programach...

Mówi Pan o programach typu talk-show?
Tak, także o talk-show. Mamy więc w różnych programach, zwłaszcza telewizyjnych, wyraźny nurt szokowania, przekraczania kolejnej granicy przyzwoitości. Nie, przyzwoitość to złe słowo, raczej naszej intymności i prywatności. Im gorzej, dosadniej, bardziej obrazoburczo, tym lepiej. Ale z drugiej strony, obserwujemy też inną tendencję.


Bowiem oto stajemy się coraz bardziej purytańscy. Wystarczy popatrzeć na polskie produkcje filmowe z lat 80. ubiegłego już wieku, by zauważyć, że jest w nich znacznie więcej golizny niż w kręconych obecnie filmach. W takim mainstreamowym nurcie, bo obnoszenie się z nagością jest źle widziane w oficjalnych produkcjach.

Proszę zobaczyć, że z takich właśnie mainstreamowych produkcji, nie mówię tutaj o pornografii czy filmach erotycznych, znika nie tylko pokazywanie nagiego ciała, ale także odważne sceny erotyczne czy papierosy... To jest dzisiaj po prostu źle widziane. Mam wrażenie, że przed rokiem 1990 w sferze obyczajowej byliśmy znacznie odważniejsi. Rzeczywistość toczy się nam więc równolegle, dwoma zupełnie niekompatybilnymi kanałami. Co zapewne trudno wyjaśnić i zrozumieć.

Uuu, to Polacy są hipokrytami.
To nie jest trend obserwowany wyłącznie w Polsce. Tak się dzieje na całym świecie. Z jednej strony, cenione są bardziej konserwatywne wartości, a z drugiej, dostrzegamy coraz śmielszą pogoń za sensacją i wykorzystywanie coraz to nowszych technik, by zajrzeć przez dziurkę od klucza do cudzego życia.

I w tym trendzie - pogoni za sensacją i podglądania innych ludzi - mieści się oglądanie relacji „na żywo” z porodów, towarzyszenie umierającym ludziom, wysłuchiwanie opowieści o najbardziej prywatnych sprawach? Pana to nie dziwi?
Zależy, jak rozumiemy słowo „dziwi”. Jeśli powiem, że nie dziwi, może zostać to odebrane jako akceptacja takich zjawisk. Powiem inaczej, nie dziwię się, że nagie randkowanie pojawiło się w telewizji.

Dziwiłbym się, gdyby ten program emitowano w publicznej TV, w czasie najlepszej oglądalności. Przyznaję, że byłem zaskoczony, kiedy właśnie w publicznej telewizji zaczęto nadawać programy typu „Ukryta prawda”. Dzisiaj już właściwie każda stacja telewizyjna proponuje nam fabularyzowane nowele. To taka próba udawania, że się przygląda prawdziwemu życiu. Owe opowieści zaspokajają naszą chęć podglądania i plotkowania.

Zamiast biegać na ploty do sąsiadki, biegniemy do telewizora? A jaką to potrzebę zaspokaja? Przecież dookoła mamy prawdziwe życie?
Wiąże się to zapewne z faktem, że na co dzień coraz mniej podglądamy i plotkujemy. Coraz częściej chowamy się we własnych mieszkaniach i atomizujemy. Szukamy więc czegoś, co nam zastąpi obgadywanie bliźnich. I znajdujemy to w telewizji.

Po co? Mało mamy własnych problemów?
To naturalna potrzeba. Chcemy zobaczyć, jak się żyje innym. Czy mają takie same problemy jak my. Przekonać się, że wcale nie są lepsi, a niektórzy to nawet gorsi. Bo kiedy już przekonamy się, że innym wiedzie się gorzej niż nam, możemy sobie powiedzieć: ja wcale nie mam tak źle, albo ocenić, że inni są tacy dziwni, bo nie dość, iż mają problemy, to jeszcze przyjdą do telewizji i publicznie o tym opowiadają. W ten sposób budujemy sobie lepsze samopoczucie i wyższą samoocenę. Więc kiedy pojawiają się nowe programy, wydawałoby się, że szokujące, wielu z nas biegnie do telewizora, żeby zobaczyć, co tym razem nam pokażą.

Pan także?
Ja mam raczej poczucie niesmaku, kiedy widzę na przykład „Kto poślubi mojego syna”. Choć z drugiej strony, taki program może być też interesującą socjologiczną lekcją.

Interesującą lekcją? A w jaki sposób?
Choćby dlatego, że podobne produkcje pokazują różne style życia. Choć pod tym względem ciekawszy jest chyba program „Rolnik szuka żony”. Oczywiście i on przekracza przyjęte ogólnie granice intymności, ale z drugiej strony, przedstawia też kulturę pewnej części naszego społeczeństwa. I, co akurat jest pozytywne, nie ośmiesza tych ludzi i ich nie krytykuje.

Pokazuje, jak się tam sprawy mają. Innym pytaniem natomiast jest, czy mi się to podoba, bo może wolałbym, żeby w telewizji więcej bajek dla dzieci było. Takie ambiwalentne odczucia prawdopodobnie dotykają niejednego współczesnego widza.

Rozumiem, że zamiast reality-show, życie i kulturę polskich rolników wolałby Pan poznać dzięki filmom dokumentalnym.
Poruszyła Pani ciekawy problem. Okazuje się, że ludzie mniej chętnie oglądają filmy dokumentalne niż fabularyzowane opowieści „z życia wzięte”. I jedne, i drugie mówią o problemach społecznych, ale wolimy oglądać scenki odgrywane przez amatorów. Niby wiemy, że jest to film, że niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, ale mimo wszystko uznajemy, że pokazuje samą prawdę...

To jak to jest, hipokryci z nas pełną gębą czy nie? Bo oficjalnie jesteśmy bardzo poprawni i konserwatywni, a w zaciszu domowym pokazujemy już inną twarz...
Przecież tak zawsze było, ostatecznie termin „dulszczyzna” nie wziął się z powietrza.

Mówi Pan, że jesteśmy z natury wiktoriańscy?
Tak, na zewnątrz bardzo grzeczni i poukładani, przestrzegamy reguł, a wewnątrz nas aż się kotłuje. I robimy wszystko, by nie pokazać tego, jakie emocje nas zżerają. Ale też jesteśmy bardzo zainteresowani tym, żeby się z tej klatki konwenansów wyrwać po cichu i gdzieś na boku dać upust owym emocjom i pragnieniom. To nic nowego, proszę zauważyć, że zawsze, w każdej epoce były takie enklawy, gdzie się można było, mówiąc kolokwialnie, wyżyć. Pewnie i dzisiaj ma to znacznie.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że zmieniają się enklawy, a nie ludzka natura. Dzięki technologii są bardziej prywatne, kiedyś trzeba było wyjść z domu, żeby dać upust nagannym zachciankom. Zajrzeć, nie wiem, choćby do kabaretu, gdzie tańczono kankana.
I może o to chodzi, dzięki temu mamy poczucie, że nasza moralność mniej cierpi...

Pierwsza rozbierana randka to program dla wiktoriańskich hipokrytów?
Nie wiem, powstrzymam się od głosu w tej sprawie.