Jestem jak depozyt ludzkich historii...

Paulina Błaszkiewicz 9 lutego 2015

Rozmowa z AGNIESZKĄ KALUGĄ, wolontariuszką hospicyjną oraz autorką książki „Zorkownia”.

Fot.: archiwum Agnieszki Kalugi


Mówi Pani o sobie, że jest hospicyjną egoistką. Dlaczego?
Robię to świadomie. Jakiś czas temu zauważyłam, że gdy mówię, iż jestem wolontariuszką w hospicjum, to automatycznie zyskuję aureolę świętej osoby. Słyszę głosy: „Ja to bym tak nie mógł jak ty”, „Jesteś taka wrażliwa i dobra”... Nie przepadam za tym podziwem z daleka i postrzeganiem mnie jako osoby nierzeczywistej.

A jaka jest Pani naprawdę?
Zwyczajna, taka, którą można spotkać na co dzień. Niektórym trudno sobie wyobrazić mnie w kinie, na koncercie, pijącą piwo, roześmianą, wygłupiającą się, bo to jakoś nie pasuje do świętej wolontariuszki hospicyjnej. Ale tak jest.

Czy to znaczy, że stereotypowo postrzegamy wolontariuszy? Spotkałam się z opinią, że ci, którzy chcą pracować w hospicjum, idą tam dlatego, iż nie potrafią poradzić sobie ze swoimi problemami...
Coś w tym jest, ale ja staram się udowodnić, że wcale nie trzeba iść taką drogą, jaką inni by chcieli, żebyśmy poszli. Jestem wolontariuszką hospicyjną od pięciu lat, ale moja dziesięciodniowa córeczka zmarła dwanaście lat temu. Minął więc już jakiś czas pomiędzy przeżyciem żałoby, a rozpoczęciem wolontariatu. Gdy mówiłam znajomym, że będę wolontariuszką w hospicjum, to oni pukali się w głowę i ze zdziwieniem pytali: „Po stracie dziecka chcesz się tam poddawać terapii?”. Rzadko mówię o swojej stracie. Uważam, że przeżyłam cudowny czas, który wykorzystałam na przepracowanie żałoby, na pogodzenie się, uspokojenie i pójście dalej. Uporałam się ze swoimi doświadczeniami i wierzę, że mogą na nich wyrosnąć wielkie sprawy. Zwróćmy uwagę na przykład Ewy Błaszczyk i jej córki.

To trochę tak, jak z przemienianiem porażek w sukcesy...
Tak, bo to nas buduje i dodaje sił. Czuję się dużo mocniejsza. Wiem, że coś przeżyłam, a nie zamknęłam za drzwiami albo zamiotłam pod dywan. Będąc wolontariuszką, cały czas jestem na tej drodze umacniania siebie. Pamiętam, gdy po stracie swojego dziecka nie miałam odwagi pójść do sąsiadki, która też przeżywała żałobę - po stracie męża. Obie byłyśmy w swoich domach i nigdy się nie spotkałyśmy. Niestety, sąsiadka jakiś czas później zmarła... Ta historia wiele mnie nauczyła. Zrozumiałam, że nie chcę żałować, że czegoś nie zrobiłam. Wolę pójść, spróbować i zobaczyć. Jeśli sobie nie poradzę, to trudno, ale nie lubię stać przed zamkniętymi drzwiami i myśleć, że stchórzyłam.

Trzeba mieć w sobie wiele odwagi, by rozmawiać z człowiekiem, który odchodzi? O co najczęściej pytają pacjenci?
Zaskoczę panią, ale mam wrażenie, że tych pytań jest niewiele. Ludzie bardziej chcą wyczuć, czy jestem podatnym gruntem do słuchania. Chętnie opowiadają o sobie, swoim życiu. Trzeba mieć na to czas i pokazać, że chce się słuchać. Nie zawsze mogę dać taki sygnał. Jeżeli wiem, że za pół godziny muszę jechać po synka do przedszkola, to w ogóle nie zaczynam rozmowy, ale jeśli mam do dyspozycji trzy godziny, to pytam: „Czy ma pani jakieś plany i czy mogę się u pani schować? Możemy posiedzieć i pogadać, ja też chętnie odpocznę”. Taka pacjentka nie czuje, że się poświęcam i wtedy zaczyna się rozmowa. Czasami rozmawiamy o rzeczach zupełnie błahych: o kinie, piłce nożnej itp. To wszystko jest potrzebne, bo powoduje, że człowiek myślami ucieka z tego miejsca i od tych trudnych myśli o testamentach, umieraniu i bólu.

Pacjent czuje się ważny?
Jeśli popatrzymy z perspektywy szpitala, to taki pacjent zalicza się do tej najtrudniejszej kategorii, bo nie wyzdrowieje, za to w hospicjum jest on gwiazdą. Czuje się dopieszczony, zauważony. To on spędza z nami czas, chodzi na spacery i dyktuje warunki.

A co Pani zyskuje na tym, że komuś pomaga?
Do pracy w hospicjum potrzebne jest powołanie. To nie jest superpłatna praca. Nie zrobi się tam wielkiej kariery, nie ma też co liczyć na wdzięczność pacjentów, bo oni odchodzą. Nie ma sukcesów i pochwał, są za to sprawy o wiele ważniejsze. Wystarczy spojrzeć na mnie - jestem jak depozyt różnych ludzkich skarbów, fantastycznych historii i podziękowań. Zaczęłam pisać bloga, który został blogiem roku, napisałam „Zorkownię”, książkę, która zawiera ocalone z hospicjum historie. Dzięki nim mogę od podszewki pokazać to wszystko, co się dzieje w takiej placówce. Wiem, że to moje pisanie nie jest autoterapeutyczne i że służy ludziom.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-02-2015 17:23

    Brak ocen 0 0

    - Kuklik: Kobieta jest ładna, a to , co robi powszechnie akceptowalne. Bruski i Doda z PSL to kańcowe przypadki ogłupianie społeczeństwa.

    Odpowiedz

  2. 09-02-2015 12:35

    Brak ocen 0 0

    - mirtza: Już sama fotografia tej Pani świadczy o Jej głębokiej wrażliwości i poświęceniu . A tak prywatnie przypomina mi Ona z dawnych lat dziewczynę z ul. Bielańskiej.

    Odpowiedz