Maria Szarapowa, czyli piękna i bestia

Justyna Krupa 8 lutego 2015

Jedni mówią o niej, że jest królową śniegu, inni, że to królowa decybeli na korcie. Tenisistka, celebrytka. Do Marii Szarapowej, która wczoraj wystąpiła w Kraków Arenie, pasuje wiele określeń

Fot.: from Facebook

Nazywają ją różnie. Raz tenisową księżniczką, a raz piękną i bestią w jednym. Bo Maria Szarapowa przez jednych jest kochana, a przez innych znienawidzona. Na pewno jest jednak największą celebrytką wśród tenisistek. Równie dobrze czuje się w szpilkach na czerwonym dywanie, jak na korcie. W szpilkach własnego projektu, trzeba dodać.


Pewnie ona sama najbardziej dumna jest z innego tytułu. Regularnie zdobywa miano najlepiej opłacanej sportsmenki świata. W zeszłym roku Masza po raz kolejny zajęła pierwsze miejsce w zestawieniu tworzonym przez magazyn „Forbes”. I to mimo że przecież od dawna nie jest już liderką rankingu WTA. Gigantycznych pieniędzy, jakie zarabia na umowach sponsorskich, może jej jednak pozazdrościć każda inna tenisistka świata.

W ciągu zaledwie roku, licząc od czerwca 2013 r., Rosjanka zainkasowała 24,5 mln dolarów. Z kolei, według ostatnich wyliczeń WTA, na samych tylko kortach zarobiła dotąd prawie 33 mln. W tej sytuacji może sobie pozwolić na to, by - jak chodzą słuchy - sprezentować swojemu chłopakowi najnowszy model porsche. Nie zawsze jednak tak było. Maria to przykład „self-made woman”, która doszła do tych ogromnych pieniędzy równie wielkim wysiłkiem.

Ucieczka po Czarnobylu


Niektórzy twierdzą, że życiorys zielonookiej Marii to doskonały materiał na film w hollywoodzkim stylu. Wiele w tym racji, a taki obraz - jak u Hitchcocka - zaczynałby się od mocnego tąpnięcia. A właściwie od tragicznego w skutkach wybuchu.

Nie każdy wie, że rodzice Szarapowej pochodzili z terenów dzisiejszej Białorusi. Po awarii elektrowni w Czarnobylu odnotowano tam ogromne skażenie środowiska. Gdy Jelena Szarapowa zaszła w ciążę, ona i jej mąż Jurij postanowili uciekać przed skutkami katastrofy z rodzinnego Homla. Skierowali się na Syberię, do krewnych. Tam w 1987 r. urodziła się mała Masza. Wiele lat później dorosła już Maria przeznaczy setki tysięcy dolarów na pomoc dzieciom dotkniętym szkodliwym promieniowaniem i związanymi z tym chorobami.

„Rodzice opowiadali mi, jak wszyscy desperacko chcieli z naszych stron uciekać. Zostawiali nawet najcenniejsze rzeczy, biorąc ze sobą tylko dokumenty” - mówiła w rozmowie z ESPN.
Już jako czterolatka Maria nauczyła się posługiwać rakietą tenisową. Osobą, która odkryła jej talent, była obecna doradczyni Agnieszki Radwańskiej, czyli Martina Navrátilová. Zobaczyła, jak 6-letnia Masza radzi sobie podczas turnieju w Moskwie. Przekonała rodziców Marii, że dziecko musi trenować w USA, pod okiem fachowców.

W ten sposób Szarapowa trafiła na Florydę. Dla małej dziewczynki początkowo nie był to jednak żaden raj na ziemi. Ona i jej ojciec nie znali angielskiego, a w kieszeni mieli tylko kilkaset pożyczonych dolarów. Jurij musiał pracować w restauracjach i imać się innych dorywczych zajęć. Najgorsze dla Maszy musiało być jednak to, że matka dołączyła do nich dopiero po 2 latach z powodu problemów wizowych.
Wkrótce Rosjanka dostała jednak stypendium, a swoje wpływowe skrzydła roztoczyła nad nią czołowa międzynarodowa agencja sportowa IMG.

Max odkrywa diament


Kluczowym jednak momentem był dzień, w którym 12-letnią wówczas Maszą zainteresował się niejaki Max Eisenbud. To człowiek, który od podstaw stworzył markę: Szarapowa. Zobaczył w niej potencjał nie tylko tenisowy, ale też marketingowy. To on przekonywał ludzi w IMG, że warto inwestować w ten diament. Z czasem stał się dla Marii prawie członkiem rodziny.
- Moje dzieci mówią na nią ciotka Maria - śmiał się Eisenbud. Wszystko zwróciło się z nawiązką, gdy w wieku 17 lat sensacyjnie pokonała Serenę Williams w finale Wimbledonu. Wtedy zaczął się huragan ofert sponsorskich, który nie ustaje aż do dziś.
Trudno nawet wyliczać, co reklamowała w ostatnich latach tenisowa księżniczka. Była twarzą perfum, tabletów, ale największą frajdę sprawił jej pewnie epizod w roli projektantki obuwia i torebek jednej z luksusowych firm. Zanim zaprojektowała własne modele jako życiowa perfekcjonistka skonsultowała się w tej sprawie nawet z naczelną „Vogue’a” Anną Wintour.

Masza elegantka


Bo Maria to największa elegantka w tenisowym światku. Sama pojawiała się już na niejednej okładce kolorowego pisma, więc wie, co w modzie piszczy. Podczas gdy najlepsze nawet tenisistki na oficjalnych galach zwykle odstawiają się jak na kiczowate wesele, Szarapowa dba o nienaganny look.

„Maria łączy osiągnięcia sportowe z elegancją i siłą” - chwaliła ją rzecznik Porsche, gdy Masza została ambasadorką samochodowej marki. A teraz wozi ją tym porszakiem sam Mark Webber, znany z Formuły 1.

Sponsorskie eldorado mogło się skończyć, bo w 2008 r. Szarapowa doznała poważnej kontuzji ramienia i - jak sama przyznaje - nie była pewna, czy wróci do tenisa. To wtedy zaczęła myśleć, że powinna mieć jakiś plan B, czyli własny biznes. Ostatecznie stworzyła własną markę… słodkich żelków i cukierków.

Jako Sugarpova


Jeśli jej wierzyć, przy tworzeniu Sugarpovej - bo tak nazwała swoją firmę - naprawdę dobrze się bawiła. Wizytowała fabrykę, patrząc na lejący się strumień tęczowych słodkości, a nawet szkicowała kształty poszczególnych cukierków.
„Mamy tu żelki w kształcie butów na wysokim obcasie, okularów przeciwsłonecznych” - wyliczała w promocyjnym filmiku. I śmiała się z Eisenbuda, że zawsze zjada od razu całą paczkę naraz.
Aby wypromować swoje żelki, w pewnym momencie wypuściła nawet plotkę o tym, że w US Open wystartuje pod nazwiskiem Sugarpova. Szybko jednak wyszło na jaw, że to tylko sztuczka marketingowa. Chyba udana, bo interes się kręci, a najwięcej żelków w kształcie tenisowych piłeczek kupują ponoć Japończycy.

Swoją drogą, cukierkami Szarapowa próbowała chyba osłodzić też swój wizerunek. Przez swój zimny typ urody i zdystansowanie Masza dorobiła się w końcu przezwiska „królowa śniegu”.
Bardzo stara się więc robić wrażenie kobiety słodkiej, jak Sugarpova. Czasami wychodzi z niej jednak ostrzejsza natura. A wtedy potrafi ciąć językiem, jak bekhendowym slajsem.

Swego czasu przekonał się o tym Gilles Simon. Francuz pozwolił sobie na uwagę, że tenisiści powinni dostawać znacznie więcej pieniędzy za wygrane turnieje wielkoszlemowe niż tenisistki, bo grają do pięciu setów, a ich mecze są bardziej pasjonujące.
- Jestem pewna, że nieco więcej osób ogląda moje mecze niż jego - natychmiast wbiła Francuzowi szpilę Maria.

Nie mniej ostro potrafiła też traktować koleżanki z kortu. Najmocniej dołożyła chyba Serenie Williams, gdy ta nieostrożnie wypomniała Rosjance jej miłosne podboje. Poszło o 23-letniego bułgarskiego tenisistę Grigora Dimitrowa, z którym wcześniej miała spotykać się Williams. Ostatecznie Dimitrow związał się z Maszą, a Serena ośmieliła się wspomnieć coś o „chłopaku o czarnym sercu”. Na reakcję Szarapowej długo nie trzeba było czekać.

- Jeśli ona chce mówić o prywatnych sprawach, może niech powie coś na temat jej relacji. I jej chłopaka, który był przecież żonaty i bierze rozwód, a w dodatku ma dzieci - miała wypalić Rosjanka. Chodziło jej oczywiście o trenera Williams Patricka Mouratoglou. Uff, gorąco się zrobiło.

Związek Dimitrowa i Szarapowej - podobno - ma się całkiem dobrze. Spekulowano nawet o możliwych oświadczynach podczas Australian Open, ale sama Szarapowa stwierdziła, że to byłoby zupełnie nie w jej stylu.

Wcześniej Masza spotykała się ze słoweńskim koszykarzem Sašą Vujacić. Bułgar ma jednak tę przewagę, że zna się na tenisie. Zresztą Maria musi darzyć Dimitrowa naprawdę dużym afektem, bo wybaczyła mu nawet to, że razem z Novakiem Djokoviciem ośmielił się ją publicznie sparodiować. Dwa lata temu Nole i Grigor dali prawdziwy popis, gdy jeden imitował zestaw tików Maszy, a drugi - jej słynny wrzask towarzyszący odbiciu piłki. Musi mieć Szarapowa do siebie dystans, że chłopakom uszło to na sucho.

105 decybeli Marii


Bo „królowa decybeli” to kolejny tytuł nadany Maszy przez media. Jej przeraźliwe okrzyki, towarzyszące odbijaniu piłki zrażają nawet do Rosjanki pewną część kibiców. Bywały mecze, w których publiczność wyśmiewała ją, a z trybun było słychać nawet niewybredne okrzyki w stylu:

„Zamknij się!”.


Podobno rekord pobiła w 2009 roku, gdy - jak wyliczono - dobiła do 105 decybeli. Według specjalistów to już hałas, który umieścić trzeba między odgłosem wydawanym przez motocykl bez tłumika a piłą łańcuchową.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-02-2015 09:26

    Brak ocen 0 0

    - jasio nietenista : napracowala sie p.Krupa cala noc /patrz godzina 7/ ale co ma piekna Szarapowa z tym gównianym miastem /patrz film z p.Bydgoszcz/

    Odpowiedz