Zbrodnia czy kamuflaż

Grażyna Ostropolska 6 lutego 2015, aktualizowano: 06-02-2015 12:12

Prokuraturze nie udało się ustalić, czy Adam Frąszczak, biznesmen z Janikowa, który zaginął w maju 2013 roku, został porwany i zamordowany, ale na jaw wychodzą inne przestępcze wątki.

Jest to ostatnie zdjęcie Adama Frąszczaka, wykonane na przyjęciu z okazji komunii syna. Biznesmen zniknął sprzed swego domu w Janikowie 23.05.2013 r. Miał 44 lata.

Fot.: Nadesłane

Przed rokiem było o tej sprawie głośno, bo na zlecenie Igi Frąszczak poszukiwaniem jej zaginionego ojca zajął się prywatny detektyw i medialny showman, Krzysztof Rutkowski.


- Moja ocena jest taka: to było porwanie ze skutkiem śmiertelnym, prawdopodobnie na czyjeś zlecenie. Uprowadzenia dokonała profesjonalna grupa i dobrze ukryła zwłoki. Szukamy tropu, by dojść do sprawców i znaleźć Adama Frąszczaka żywego lub martwego - mówił nam detektyw w marcu ubiegłego roku.

Dziś Rutkowski przyznaje, że zagadki zaginięcia janikowskiego biznesmena nie udało mu się rozwiązać. Spasowała też prokuratura, która w grudniu ub.r. umorzyła śledztwo „w sprawie podejrzenia bezprawnego pozbawienia wolności” Adama Frąszczaka.

- Nie możemy się z tym umorzeniem pogodzić - mówią córka i siostra zaginionego. - Policja z Janikowa zbagatelizowała zawiadomienie i nie zabezpieczyła śladów na miejscu porwania, a kiedy zajęli się tym kryminalni z Bydgoszczy, było na to za późno.

Kulisy zaginięcia Frąszczaka ujawniliśmy w publikacji „Porwali, a potem zabili?” z 21 marca 2014 r. Teraz poznajemy nowe wątki, które stawiają tę tajemniczą sprawę w nieco innym świetle.

- Śledztwo wykazało, że świadkowie kłamali, a Robert W., najlepszy

przyjaciel, go okradł


- mówi pani Liliana, siostra zaginionego. Jest przekonana, że brata zamordowano, a prokuratura zbyt szybko rezygnuje z szukania sprawców.

Wiele wskazuje na to, że 44-letni Adam Frąszczak został uprowadzony 23 maja 2013 r. między 23.00 a 23.30 sprzed domu w Janikowie, bo o 22.30 dzwonił do córki z Gniezna, a o 23.00 wjazd jego skody fabii do Janikowa zarejestrowały kamery.

24 maja miał jechać z inowrocławianinem Robertem Ł. do Niemiec. Podobno po katalizatory, bo firma Frąszczaka „AAF Trans II” zajmowała się sprowadzaniem używanych aut i handlem częściami samochodowymi. Nie pojechał, bo, jak twierdzi Ł., Adama w domu nie zastał (choć stało przed nim auto Frąszczaka) a jego telefon milczał.

- To dziwne, bo następnego dnia dwa telefony ojca, w tym jeden roztrzaskany, Robert W., przyjaciel taty, znalazł na kamiennym podejściu pod drzwiami domu, a trzeci leżał nieopodal w samochodzie, więc Ł. ,dzwoniąc do niego, musiał je słyszeć - mówiła nam Iga przed rokiem. Dziś ta sprawa jeszcze bardziej ją niepokoi, bo w śledztwie wyszło na jaw, że Robert W., którego jej ojciec uważał za największego przyjaciela, kłamał. - Robert okradł też Adama z pieniędzy, a jego żona Małgorzata, pedagog szkolny w janikowskim gimnazjum, o wszystkim wiedziała i składała

fałszywe zeznania


- oburza się siostra zaginionego. Rodzina i znajomi Adama Frąszczaka zgodnie twierdzą, że państwo W. „siedzieli w jego portfelu”.

- Adam wspomagał ich finansowo, ale gdy dług przekroczył 50 tys. zł i zażądał jego oddania, usłyszał, że W. mają problem, bo nie mogą otrzymać kredytu - wspominają świadkowie. Idze wydało się podejrzane, że Robert W., z którym jej ojciec widywał się codziennie (mieszkali po sąsiedzku), na jej prośbę, by sprawdził, co się z tatą dzieje, bo nie może się do niego dodzwonić, odpowiedział, że 24 maja widział auto Adama przed domem, ale z jej ojcem się nie spotkał.

- Wysłał mu SMS: „Sąsiad, gdzie jesteś, bo cię wszyscy szukają?” i dopiero po moich kolejnych naleganiach podszedł pod dom - wspomina córka. Przed drzwiami W. zobaczył rozbitą donicę, sportową torbę, rozrzucone dokumenty i dwie komórki. Zatelefonował do żony i poprosił o wezwanie policji. - To było 25 maja, więc jak to możliwe, że 24 maja rano nie widział tych rzeczy i nie słyszał sygnału telefonów pan Ł., z którym brat miał jechać do Niemiec? - pyta siostra Adama. Śledczy na podstawie billingu ustalili, że Ł. łączył się z telefonem Frąszczaka 12 razy.

- Zdziwiło mnie, że kiedy na miejscu pojawiła się nasza rodzina, Robert W., wcale o to nie pytany, zapewniał, że oddał mojemu ojcu dług i jest z nim rozliczony - wspomina Iga.

W. trzymał się tej wersji podczas pierwszych przesłuchań. „W ostatnim czasie wszystko, co wisieliśmy Adamowi, to mu oddaliśmy”, zapewniał i to samo mówiła śledczym jego żona Małgorzata. Zmienili zeznania

po badaniu wariografem.


Analiza ich reakcji psychofizologicznych na niektóre pytania wykazała, że kłamią. Robert W. na kolejnym przesłuchaniu przyznał się do... kradzieży. Zeznał, że w bocznej kieszeni torby, leżącej przed domem Adama, zobaczył pieniądze, więc je zabrał i schował do kieszeni. Udał się do domu, przekazał pieniądze żonie, a ona je przeliczyła i ukryła. Potem wspólnie wrócili na posesję sąsiada. - Nie umiem powiedzieć, dlaczego to zrobiłem.


Myślę, że dlatego, że byliśmy z żoną w dołku finansowym i mieliśmy długi - tłumaczył śledczym. Małgorzata W. potwierdziła, że mąż przyniósł jej pieniądze zawinięte w rulon i kazał schować. Przeliczyła je i wyszło, że wzbogacili się o 11 tys. zł i dwa banknoty po 100 euro. W zeznaniach jej męża pojawia się kwota: 13 tys. zł i kilkanaście euro. Oboje wyznają, że wcześniejsze zeznania, jakoby oddali Adamowi dług, też były kłamliwe.
- Mówiłam nieprawdę, bo bałam się, że zostanę posądzona o współudział w uprowadzeniu Adama
- tłumaczyła pani pedagog po badaniu wykrywaczem kłamstw.

Roberta W. obciążają też zeznania Anny Z., właścicielki agencji towarzyskiej i bliskiej znajomej zaginionego. Kobieta twierdzi, że przez kilka lat byli z Adamem parą, ale w 2012 r. Frąszczak z nią zerwał. - Oświadczył, że chce innego życia - zeznała. Nie mogła się z tym pogodzić i wierzyła, że Robert W. namówi ukochanego, by do niej wrócił. W zamian za to przekazywała Małgorzacie i Robertowi W. pieniądze - ok. 3,5 tys. zł miesięcznie. - Pieniądze wpłacałam na konto ich syna Huberta, ponieważ konto państwa W. było zajęte przez komornika - zeznała.

Na umorzenie śledztwa w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności Adama Frąszczaka mogło mieć wpływ zeznanie Mirosława Z., który kilka miesięcy temu sam zgłosił się na policję i oświadczył, że

Adam żyje, bo on go widział


w ubiegłym roku i to aż dwukrotnie. Pierwszy raz na początku 2014 r. w poznańskiej Galerii M1 Franowo, gdzie rozmawiał z nim ok. 10 minut i ponownie w czerwcu w Galerii „Malta” w Poznaniu. - Był bardzo zadbany, miał śnieżnobiałą koszulę, spotkaliśmy się w toalecie. Chciałem z nim porozmawiać, ale wyszedł pierwszy i potem gdzieś się rozmył - zeznał Mirosław Z. w październiku Świadek przekonywał, że o zaginięciu Adama dowiedział się dopiero latem 2014 r. od Wiesława J. Spotkał się z nim na kawie i J. mu się zwierzył, że był podejrzewany o zabójstwo Frąszczaka. - Ja mu powiedziałem, że niedawno widziałem Adama, więc niemożliwe, by nie żył. Wiesiu mnie wtedy spytał, czy może zadzwonić na policję w Bydgoszczy i zgłosić mnie jako świadka, a ja oczywiście wyraziłem zgodę - zeznał Z. Monitoring w Galerii „Malta” nie potwierdził jego informacji.

Wiesława J. i Adama Frąszczaka łączy wspólny pobyt w zakładzie karnym, związany z podejrzeniem o udział w aferze paliwowej. Frąszczak miał podobno wziąć całą winę na siebie i poddał się dobrowolnej karze, a zobowiązania na rzecz państwa, ok. 270 tys. zł, miał za niego spłacać uratowany przed procesem boss. Śledczy badali ten wątek, lecz wiedzę na ten temat trzymają w tajemnicy, bo proces mafii paliwowej w szczecińskim sądzie jeszcze się nie zakończył.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.