Ewa Kopacz walczy o przetrwanie [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 23 stycznia 2015, aktualizowano: 23-01-2015 15:29

„Korzystanie z polityki historycznej rodzi różne niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest próba redefiniowania znaczenia II wojny światowej i roli, jaką odegrała w niej Polska. Często można odnieść wrażenie, że liczne grono publicystów i część polityków chce wypisać Polskę z koalicji antyhitlerowskiej”.

Fot.: Wojciech Kusiński

Rozmowa z dr. RAFAŁEM CHWEDORUKIEM, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego



Czy premier Ewa Kopacz dobrze poradziła sobie w konflikcie z górnikami i „Solidarnością”?
Po dość zaskakującym przyjęciu ustawy, dotyczącej likwidacji czterech nierentownych kopalń, można było przypuszczać, że dojdzie do spektakularnego konfliktu z górnikami, w którym rząd będzie chciał przedstawiać siebie jako twardego i zdeterminowanego reformatora. Taka taktyka miała na celu zaspokojenie oczekiwań najwierniejszego wielkomiejskiego elektoratu Platformy, raczej niechętnego związkom zawodowym, oraz kręgów biznesu. Po kilku dniach sporu Ewa Kopacz miała pokazać się jako zręczny negocjator, który wygasi konflikt, a podpisując porozumienie, zaprezentuje się jako poważny i zdolny do kompromisu polityk. To miał być ukłon w stronę tych, którzy głosują na PO sytuacyjnie i raczej oczekują dialogu, aniżeli konfliktów.


Czy można nazwać to porozumienie sukcesem, skoro rząd ustąpił górnikom właściwie we wszystkim?
Zamysł polityczny, o którym wspomniałem, nie do końca się powiódł. Okazało się bowiem, że sympatie opinii publicznej rozłożyły się inaczej, niż oczekiwał tego rząd. Wielokrotnie stosowana wcześniej praktyka stygmatyzacji różnych grup społecznych, mająca mobilizować opinię publiczną wokół Platformy, nie sprawdziła się. Protest górników stał się symbolem generalnego niezadowolenia Polaków z polityki rządu i niestabilnej sytuacji na rynku pracy, symbolem niewiary w jego reformatorskie zapowiedzi. Poza tym, właśnie na Śląsku PO, wbrew stereotypowi partii liberalnej, osiągała dotąd bardzo dobre rezultaty wyborcze i na utratę tego poparcia nie mogła sobie pozwolić. Trudno było nie odnieść wrażenia, że działanie rządu tuż przed zakończeniem konfliktu polegało głównie na dość rozpaczliwym dążeniu do porozumienia.


Polska scena polityczna odczuwa jakoś brak Donalda Tuska?
Jego nieobecność nie ma większego znaczenia. Pozycja Ewy Kopacz, oczywiście, jest dużo słabsza, niż miał ją Donald Tusk. Jednak do wyborów prezydenckich i parlamentarnych jest tak mało czasu, że oponenci Ewy Kopacz po prostu nie zdążyliby jej obalić bez zdestabilizowania partii. Porównałbym więc jej sytuację do sytuacji Janusza Piechocińskiego, który kilkanaście miesięcy temu też potrzebował przeprowadzenia poważnej batalii, żeby utrzymać swoje przywództwo w PSL. Kopacz jednak, w przeciwieństwie do niego, nie może sobie przypisać sukcesu w wyborach samorządowych, ponieważ zostały one przygotowane, jeszcze zanim została premierem. Dlatego musiała teraz stoczyć zastępczą batalię, by utrzymać swoją pozycję w PO.


Czy Polska popełniła błąd, nie zapraszając prezydenta Rosji Władimira Putina na uroczystości 70-lecia wyzwolenia przez wojska radzieckie hitlerowskiego obozu zagłady w Auschwitz?
Brak zaproszenia prezydenta Federacji Rosyjskiej na obchody 70. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz jest błędem. Dobrze, że Polska prowadzi politykę historyczną, bez której nie można dzisiaj funkcjonować jako państwo w przestrzeni międzynarodowej. Ktoś, kto nie bierze udziału w tej rywalizacji o polityczną pamięć i symbole, przegrywa. Jednak korzystanie z instrumentarium polityki historycznej rodzi różne niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest próba redefiniowania znaczenia II wojny światowej i roli, jaką odegrała w niej Polska. Często można odnieść wrażenie, że liczne grono publicystów i część polityków chce wypisać Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, co jest działaniem samobójczym. Wystarczy tylko przypomnieć, że polskie ziemie w czasie II wojny światowej stały się miejscem zagłady wielu grup etnicznych, nie tylko Polaków. A obecne nasze granice, prawdopodobnie najkorzystniejsze w całej ponad 1000-letniej historii państwa polskiego, zostały ukształtowane m.in. dzięki temu, że Polacy byli jednymi z najbardziej zagorzałych przeciwników III Rzeszy, walczyli z nią na wszystkich możliwych frontach. Dlatego to Polska powinna zapraszać tych, z którymi wtedy wspólnie walczyła przeciwko Hitlerowi. Przy okazji 70. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz powinniśmy pokazać nasz historyczny kapitał, jakim jest znaczący udział w koalicji antyhitlerowskiej i przypomnieć, że jesteśmy jednym z narodów, które poniosły największe ofiary. Byłoby lepiej, gdyby polscy politycy potrafili wykazywać swoją asertywność wobec Rosji nie poprzez politykę historyczną, lecz np. ograniczając dopływ taniego węgla rosyjskiego do Polski.


Czy Magdalena Ogórek jako kandydatka SLD na urząd prezydenta RP zaskoczyła Pana?
To chyba jest największy eksperyment nie tylko w historii SLD, lecz również całej polskiej polityki po 1989 roku. Duże partie dotychczas wysuwały bowiem przewidywalnych kandydatów na prezydenta, kojarzących się z głoszonymi przez siebie wartościami. W 2005 roku Donald Tusk kojarzył się z przedsiębiorczością i ludźmi w średnim wieku, a Lech Kaczyński z hasłami dotyczącymi walki z korupcją i polityką historyczną poprzez projekt Muzeum Powstania Warszawskiego. Trudno natomiast coś takiego powiedzieć o kandydatce SLD. Magdalena Ogórek bardzo różni się od typowych wyborców tej partii. Zgodnie z ich wyobrażeniem kandydatami na prezydenta są raczej politycy w stylu Janusza Zemkego czy Krystyny Łybackiej. Myślę, że SLD ma za mało czasu, żeby przedstawić nieznaną wcześniej szerzej panią Ogórek jako kandydatkę na prezydenta. Ogłoszone właśnie fragmenty jej programu są kuriozalne, odleglejsze od lewicowości niż poglądy nawet PiS, PO i PSL na podobne problemy. Oznacza to, że SLD próbuje za wszelką cenę znaleźć dojście do młodszych wyborców, których mu brakuje.


Dlaczego Leszek Miller chce wyrzucić Grzegorza Napieralskiego z partii?
SLD może przetrwać tylko wtedy, gdy będzie mocno skonsolidowany. Obecny konflikt nie leży w interesie ani Millera, ani Napieralskiego. Napieralski, co zresztą pokazują losy innych polityków, musi brać pod uwagę, że poza SLD trudno jest stworzyć jakikolwiek inny byt lewicowy. Natomiast Miller powinien sobie uświadomić, że wyrzucenie Napieralskiego może być bardziej kosztowne niż odejście Kalisza. Napieralski wywodzi się bowiem z województwa zachodniopomorskiego, gdzie Sojusz, obok Lubuskiego i Kujawsko-Pomorskiego, ma najlepsze wyniki w skali kraju.


Dlaczego ludowcy zwlekają z podaniem swojego kandydata na prezydenta?
Mam nadzieję, że werdykt PKW, odrzucający sprawozdanie finansowe PSL, nie ma z tym nic wspólnego. Ale mówiąc serio, ludowcy stoją przed poważnym dylematem. Niewystawienie własnego kandydata i poparcie urzędującego prezydenta dawałyby komfort bycia w obozie zwycięskim. Problemem byłaby jednak możliwość utraty przez PSL kontaktu z wyborcami, wielu z nich mogłoby na znak protestu zagłosować np. na kandydata PiS Andrzeja Dudę. Wystawienie własnego kandydata rodziłoby natomiast ryzyko, co pokazały wszystkie poprzednie kampanie prezydenckie, uzyskania przez niego słabego wyniku i w efekcie podważenia przywództwa Janusza Piechocińskiego i pogorszenia relacji z ośrodkiem prezydenckim. Myślę, że wewnątrz PSL toczy się zacięta walka. Liczne grono zwolenników poprzedniego lidera PSL Waldemara Pawlaka dąży do wystawienia własnego kandydata, widząc w tym możliwość zmiany układu sił w partii. Natomiast Piechociński bliższy jest opcji poparcia Komorowskiego.