Solecka bakteria - cud czy blef?

Grażyna Ostropolska 23 stycznia 2015

Jeśli eksperymentalna metoda oczyszczenia terenu dawnej nasycalni podkładów kolejowych się uda, jej autor zyska światowy rozgłos. Klęska oznacza złą sławę, a dla gminy... stracone miliony.

Biotechnolog Józef Czechowski pokazuje basen, w którym namnażana jest solecka bakteria, wyselekcjonowana z pobranych na miejscu szczepów

Fot.: Dariusz Bloch

Medialne doniesienia o „soleckiej bakterii ze smakiem zjadającej skażoną ziemię” okazały się świetnym chwytem marketingowym, bo wśród internetowych komentarzy pojawiła się propozycja: „Bardzo chętnie zajmę się rozprowadzaniem bakterii soleckich” oraz numer telefonu potencjalnego dealera.


Entuzjaści to jedna strona medalu, drugą tworzą sceptycy. Ostrożnie podchodzą do informacji, że wyizolowane ze skażonego gruntu i laboratoryjnie rozmnożone mikroorganizmy są w stanie zneutralizować wszystkie toksyczne związki. A tych na 16-hektarowym terenie po zlikwidowanej Nasycalni Podkładów Kolejowych w Solcu Kujawskim jest niemało, bo w działającym od 1876 r. przedsiębiorstwie stosowano do impregnacji drewna kreozot, oleistą mieszankę niebezpiecznych związków, mającą je chronić przed wodą, owadami, grzybami itp.

W 2011 r. Komisja Europejska uznała kreozot za toksyczny związek chemiczny o działaniu rakotwórczym i zaostrzyła przepisy dotyczące jego stosowania. W ślad za tym poszły fundusze na neutralizację kreozotowych skażeń, bo te, dostając się do gleby lub wody, stają się

szczególnie niebezpieczne.


Władze Solca Kujawskiego wykorzystały tę okazję, występując do NFOŚ o dotację na rekultywację terenu po nasycalni. Gminie przyznano ponad 25 mln zł. W zatwierdzającej tę inwestycję uchwale rady miejskiej z 12.01.2012 r. znalazła się m.in. informacja o tym, że przeprowadzone w 2009 r. badania wykazały obecność w glebie szczególnie niebezpiecznych chlorofenoli, w stężeniu znacznie przekraczającym standardy. W pobranych z terenu nasycalni próbkach wykryto ich od 3,020 do 9156,520 miligramów na kilogram suchej masy, podczas gdy stężenie chlorofenoli dopuszczalne dla gruntów klasy B wynosi 0,0001 mg/kg.

Równie porażające były wyniki dotyczące innych rakotwórczych związków, zwłaszcza wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), których stężenie w gruncie tysiąckrotnie przekraczało normę. O tym, że ziemia po nasycalni musi uzyskać bezpieczną klasę B zdecydował fakt, że zaplanowano tu tereny rekreacyjne, m.in. boiska i korty. Sceptycy twierdzą, że uzyskanie takiej czystości w ciągu 20 miesięcy od rozpoczęcia rekultywacji, (taki termin narzuca wykonawcy specyfikacja przetargowa) metodą bioremediacji; przez płukanie gruntu wodą i doczyszczanie go za pomocą bakterii, nie jest możliwe, bo...

- Brakuje skutecznej możliwości oddziaływania na skażone grunty, występujące poniżej wód gruntowych, a bioremediacja związków WWA trwa zazwyczaj od kilku do kilkunastu lat - mówią chemicy z regionu.
Władze Solca Kujawskiego wierzą, że

eksperyment się uda.


- Zdajemy sobie sprawę, że to nowatorska metoda, ale zatwierdzono ją w RDOŚ, czyli jest sprawdzona - tak to ujmuje wiceburmistrz Barbara Białkowska. Ma w pamięci to, co działo się na tym terenie po upadku nasycalni. - To była rabunkowa działalność. Rozbierano, co się dało, wycinano nawet stalowe zbiorniki (w których był kreozot), by je sprzedać na złom - wspomina.

W latach 2003 - 2008 liczne wycieki karbolu i pożary na sprzedanych przez syndyka terenach nasycalni były normą, zaś wymierzane przez WIOŚ grzywny - niewielkie i nieskuteczne. W 2009 r. zdewastowany teren wykupiła gmina. Zleciła kolejne badania i projekt rekultywacji. Jego autorem jest geolog dr Wojciech Irmiński z firmy Geo-Logik. Przekonał soleckie władze, że czyszczenie skażonej ziemi za pomocą płukania i zasilania jej pożerającymi groźne związki bakteriami będą skuteczne. Pomagał gminie w sporządzeniu specyfikacji przetargowej. Ofertę na rekultywację gruntu metodą Irmińskiego złożyły dwie spółki: Hydrotechnika z Kielc i Prote Technologia dla Środowiska z Poznania. Wygrała ta drugą z ceną 7445628 zł, ponad 3 miliony niższą od konkurencji. Z przystąpienia do przetargu w ostatniej chwili zrezygnowała kielecka Dekonta: - Zwróciliśmy się do zamawiającego, czyli gminy Solec Kujawski, z pytaniem, czy w poddawanym rekultywacji gruncie znajdują się związki chloroorganiczne, ponieważ w SIWZ tej informacji nie było, i odmówiono nam odpowiedzi - słyszymy od przedstawiciela tej firmy.

Ta informacja była dla niego istotna, bo, jak tłumaczy: - Związki te są bardzo toksyczne i charakteryzują się dużą trwałością, co utrudnia

proces biodegradacji.


Gdyby go zapewniono, że tego typu związków w skażonej glebie nie ma, złożyłby ofertę. - Informacja, że chlorofenole tam są, mogłaby nas do tego zniechęcić ze względu na wątpliwości, czy 20-miesięczny termin realizacji inwestycji poskutkuje osiągnięciem zakładanego przez gminę efektu ekologicznego w postaci uzyskania gruntu klasy B i wody III klasy czystości - wyjaśnia przedstawiciel Dekonty, posiłkując się pisemną opinią eksperta. - Skoro chloru używa się do zabijania bakterii, to jego obecność w chemicznych związkach wyklucza bakteriologiczne metody - zauważa.

Dekonta złożyła odwołanie do KIO, a tam orzeczono, że pytanie wpłynęło zbyt późno (dzień przed terminem składania ofert) i zamawiający miał prawo nie odpowiedzieć. Można odnieść wrażenie, że pytanie o obecność związków chloroorganicznych na terenie dawnej nasycalni nadal parzy. Wiceburmistrz nie pamięta wyników badań i radzi zapytać o nie dr. Wojciecha Irmińskiego. Geolog wygrał gminny - wart pół miliona złotych - przetarg na nadzór nad realizacją swojego projektu i optymizm go nie opuszcza: - Wyniki są dobre, a jest to na skalę polską nowa rzecz, bo jeszcze nie oczyszczono żadnej z siedmiu krajowych nasycalni - mówi. Ujawnia, że badanie starych skażeń jest jego pasją, a mówienie o beznadziejnych przypadkach mobilizuje do znalezienia recepty. - Solecki eksperyment polega na połączeniu kilku technologii, m.in. płukania gruntu i doczyszczania go za pomocą mikroorganizmów, które umownie nazywamy bakterią solecką. To kompozycja specjalnie

dobrana do tego miejsca


i w innym nie musi się sprawdzić - tłumaczy twórca metody, a ideę, która mu przyświeca, przedstawia tak: - Założyłem, że będzie to oczyszczanie bez wywożenia skażonej ziemi. Oczywiście w procesie płukania pojawiają się zagęszczone brudy, z którymi bakterie sobie nie poradzą. Będą wywożone i utylizowane w specjalnych silosach albo przejmą je od nas producenci paliwa alternatywnego, a to dowód na to, że nie ma w nich związków chloroorganicznych, wydzielających dioksyny - tak odpowiada na pytanie o chlorofenole, których obecność sygnalizowano 3 lata temu soleckim radnym. Wojciech Irmiński słyszał o jakimś badaniu, które wykazało obecność tych związków, ale... - Ktoś z Bydgoszczy zbadał jedną próbkę i wyciągnął taki wniosek, więc te badania są dla mnie absolutnie niewiarygodne - oświadcza. I tu dr. Irmiński ujawnia problem z pamięcią, bo w projekcie, który wykonał na zlecenie soleckiej gminy, powołuje się na badania firmy ALAB z 2009 r. Na str. 21 swojej pracy geolog pisze o znaczącym zakresie analiz, przeprowadzonych przez tę firmę (na zlecenie referatu ochrony środowiska w soleckim urzędzie). Wspomina o 30 sondach umieszczonych na głębokości od 5 do 7 metrów oraz analizie 60 próbek gruntu i wody z 5 otworów, a także o 300 pomiarach atmogeochemicznych, na podstawie których firma ALAB sporządziła mapy z ogniskami skażenia. To właśnie z tych badań pochodzą dane o poważnym skażeniu terenu nasycalni niebezpiecznymi chlorofenolami, które w styczniu 2012 r. przekazano soleckim radnym. Dlaczego nie ujęto tej informacji w specyfikacji przetargowej? To pytanie pozostaje otwarte...