Hinduski bez makijażu

Katarzyna Bogucka 23 stycznia 2015, aktualizowano: 26-01-2015 12:07

Indie mają wiele twarzy. Wiele z nich znacznie różni się od tego, co pokazują kolorowe bollywoodzkie filmy - przekonał się Mateusz Krempa, wolontariusz w sierocińcu dla porzuconych przez rodziców dziewczynek w hinduskiej wsi Kadapa.

W Indiach dramatycznie brakuje kobiet (z powodu aborcji, zabijania lub porzucania noworodków). Córka nie zapewnia rodzinie ani dostatku, ani opieki.

Fot.: Tomasz Czachorowski

Dobroczynność w Polsce i w Indiach to dwie zupełnie inne sprawy, bo i biedy są różne.


W Indiach bogaty biznesmen wysiada z mercedesa klasy C i potyka się o umierającego z głodu żebraka, są tam miejsca bajeczne, opływające w luksus, a obok stoisko mięsne, otoczone chmarami much, dalej kurczą się zaszczurzone slumsy, na obrzeżach których powstają... małe firmy, genialne start up’y, produkujące na przykład baterie do zasilania domów w prąd. Baterie takie rodzice z uboższych dzielnic czy wsi mogą doładować wtedy, gdy wyślą swoje dziecko do szkoły, gdzie znajdują się stacje ładowania. Śmietniska z kolei zainspirowały Hindusów do produkcji brykietu z odpadów. Na tych kostkach można gotować posiłki, bezpiecznie oświetlać mieszkania, a także je ogrzewać.

Misja w Indiach


Do tego skomplikowanego, świata trafił student, kiedyś uczeń bydgoskiego VI LO - Mateusz Krempa, który swoje podróże rozpoczął jeszcze w liceum, gdy w ramach wymiany rotariańskiej wyjechał na stypendium do USA. Później były studia na SGH w Warszawie, które zresztą jeszcze kończy - jest w trakcie pisania pracy magisterskiej, poświęconej społecznej odpowiedzialności biznesu. Temat, który jak twierdzi, jest mu szczególnie bliski z uwagi na charytatywną działalność firmy Diadem Cosmetics, którą współtworzy.

Spory kawałek serca pan Mateusz zostawił w Indiach, w miejscowości Kadapa (jest wielkości Bydgoszczy, liczy ok. 330 tys. mieszkańców), w której zdobywał wolontariackie szlify i znalazł inspiracje do swojej obecnej pracy. Trafił do sierocińca pełnego dziewcząt niechcianych przez rodziców. Prowadzi go hinduska organizacja „Aarti Home”.

- Wszyscy wiemy o sytuacji kobiet w Indiach. Dziewczynki są niemile widziane, ponieważ wymagają od rodziców inwestycji, które się nigdy nie zwrócą. Dziewczynek nie posyła się do szkół, ale to chyba najlżejsza restrykcja. Okrutne praktyki, o których opowiadała mi dyrektor fundacji „Aarti Home” mrożą krew w żyłach - mówi Mateusz Krempa. Tłumaczy, że tradycja wciąż jest w tym kraju silniejsza niż przepisy prawa państwowego. Normy prawne mają regulować chociażby kwestię posagu, regulować, czyli ostatecznie zlikwidować tę praktykę, ale w praktyce rodzina panny młodej, szczególnie z obszarów wiejskich, dostarcza rodzinie pana młodego, zgodnie z jej życzeniem, rozmaite dobra materialne, np. samochód, skuter. Na taki posag cała rodzina musi niekiedy pracować kilka lat, stąd niechęć do córek.

Własność męża


Wyprowadzka z domu to preludium do dalszego cierpienia. W momencie zawarcia związku małżeńskiego kobieta odchodzi od swoich krewnych raz na zawsze. Właściwie nigdy się z nimi nie spotyka. Od zamążpójścia to rodzina męża decyduje o jej losie, o jej życiu lub śmierci. Hinduska żona z prowincji bardzo często jest niepiśmienna, nie ma własnego zdania, nie ma żadnych praw. - Przeprowadzałem wywiad z kobietą oblaną kwasem przez rodzinę męża. Okaleczono ją, bo nie pozwoliła się spalić na stosie razem ze zwłokami małżonka - wspomina wolontariusz.

Mówi też dużo o segregacji płciowej, zaczynającej się w Indiach już na etapie prenatalnym. To się dzieje naprawdę. Po wioskach jeżdżą obwoźne aparaty USG, za ich pomocą ustala się płeć poczętego dziecka. Jeśli para spodziewa się dziewczynki, małżonkowie mają kilka wyjść, w zależności od swojej majętności. W grę wchodzi albo aborcja (w ostatnich 30 latach usunięto aborcyjnie w Indiach ponad 12 mln dziewczynek, w tym 6 milionów od 2001 r. - dane Centrum Globalnych Badań nad Zdrowiem - przyp. red.), albo zabicie dziecka tuż po urodzeniu (zwłoki zakopywane są na polach, wrzuca się je do studni), albo porzucenie dziecka pod drzwiami sierocińca, o ile w okolicy taki się znajduje.

Po pierwsze nauka


Ośrodek, w którym pracował Mateusz Krempa, zajmuje się (poza zapewnieniem wyżywienia - miesięczny koszt jedzenia dla setki dzieci wynosi 40 dolarów) przede wszystkim edukacją. Celem głównym organizacji jest posłanie wszystkich wychowanek na studia, a wcześniej nauczenie ich języka angielskiego, bo na hinduskich uczelniach wykłada się po angielsku. Lekcje tego języka prowadził w Kadapie pan Mateusz, który wziął także na siebie warsztaty z asertywności, z pisania cv, uczestniczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, bo drugim, niezwykle ważnym ogniwem działalności organizacji jest kształcenie dorosłych kobiet. Chodzi o to, by miały fach w rękach, co pozwoli im wziąć swój los we własne ręce.

- Po powrocie do kraju i rozpoczęciu pracy w firmie kosmetycznej, postanowiłem, zgodnie z moimi naukowymi zainteresowaniami, zaangażować swój zakład pracy w działalność społeczną i w ten sposób zarówno wyróżnić markę firmy, jak i nadać głębszy sens jej działalności - mówi pan Mateusz. - Nasze klientki otrzymują coś więcej niż tylko kosmetyki do makijażu. Za każdą kupioną mascarę, podkład czy konturówkę, firma finansuje dwie godziny edukacji dla porzuconych córek i dyskryminowanych matek w krajach Trzeciego Świata. Mówiąc krótko
- piękny wygląd i piękna idea.

Program zainicjowany przez firmę, w której pracuje pan Mateusz, nazywa się 2H, czyli dwie godziny. Jedna z nich przeznaczona jest na naukę powszechną dla dziewczynek, druga na szkolenie zawodowe dorosłych Hindusek, chodzi o wszelkiego rodzaju kursy, np. fryzjerskie, kosmetyczne i każde inne, które da się zamknąć w 40-godzinnym szkoleniu. Taka wiedza być może nie wystarczyłaby w Paryżu czy w Mediolanie, ale na indyjskiej prowincji pomoże zapewnić godne życie. Do tej pory firma pana Mateusza sfinansowała ponad 24 tysiące godzin takiej edukacji.