Zesłaniec na własną prośbę

Krzysztof Błażejewski 16 stycznia 2015

Kiedy okazało się, że na liście ludzi wytypowanych do wywózki nie ma jego nazwiska, dziesięcioletni Tadzio wpadł w panikę, że może zostać zupełnie sam. Udało mu się uprosić enkawudzistów, żeby i jego zabrali. Tak trafił do Kazachstanu.

Tadeusz Borysewicz podczas jednej z licznych wypraw Bractwa Inflanckiego na wschód; po kolejnym przystanku właśnie wsiada ponownie do busa

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Był człowiekiem wyjątkowo serdecznym. Życzliwym i pełnym ciepła. Na jedno tylko w jego przypadku nikt nie mógł liczyć. Unikał mówienia o sobie w skrajny wręcz sposób. Unikał też miejsc, gdzie czekały na niego złe wspomnienia. Dopiero koło osiemdziesiątki zdecydował się pojechać do małego białoruskiego dziś miasta Postawy. Tam, gdzie zaczęła się jego wojenna dziecięca gehenna. Wyszedł wówczas sam na zupełnie pusty peron i oczami pełnymi łez zapatrzył się w przestrzeń...

Sąsiad Ostrobramskiej


Tadeusz Borysewicz urodził się w Wilnie, dzień przed 12. rocznicą odzyskania niepodległości przez Rzeczpospolitą. Do pierwszej klasy chodził do szkoły na Krakowskiej na Śnipiszkach. Potem rodzice przeprowadzili się na ulicę Ostrobramską. Zamieszkali w domu bezpośrednio sąsiadującym z najważniejszym miejscem w Wilnie, na tym samym piętrze, okno w okno.


- Lubiłem patrzeć przez to okno - wspominał po latach Borysewicz. - Widok Ostrobramskiej Pani z bliska zawsze robił na mnie ogromne wrażenie. Zawsze tam się coś działo. Przez całą dobę pod bramą klęczeli żebracy i pielgrzymi. W dzień ciągnęły wycieczki. Najgwarniej było w czasie niedziel i świąt. W pobliżu Ostrej Bramy pojawiały się kramy, a sznury ludzi wędrowały do swojej opiekunki na kolanach z głośną modlitwą albo pieśnią. Także na wszystkie święta państwowe pod Ostrą Bramę schodziły się tłumy.

- Mnie jednak w dzieciństwie bardziej od mszy katolickich podobały się nabożeństwa cerkiewne
- wyznał kiedyś Borysewicz jakby ze wstydem. - Dlatego wolałem wymawiać się od pójścia z rodzicami na mszę. Mówiłem wówczas, że idę do św. Teresy, a tak naprawdę wchodziłem do sąsiadującej z kościołem cerkwi św. Ducha z grobami męczenników wileńskich. Urzekał mnie zwyczaj palenia wysokich cienkich świec, zapach kadzideł, charakterystyczne śpiewy. I ikony. Nie mogłem się na nie napatrzyć...

Ten świat pełen narodowych i religijnych uniesień zakończył się 18 września 1939 r. Rano, kiedy Tadzio wstał i wyjrzał przez okno, zobaczył przed Ostrą Bramą człowieka z karabinem w obcym mundurze, w dziwnym długim płaszczu do ziemi.
- Ruscy przyszli - usłyszał.

Po krótkim czasie panowania Rosjan Wilno trafiło w ręce Litwinów. Potem znów zajęła je Armia Czerwona.
Kiedy skończył się rok szkolny 1940/1941, dziesięcioletni wówczas Tadzio pojechał na wakacje do wujostwa, mieszkającego prawie 150 kilometrów na wschód od Wilna w mieście Postawy. Nie przypuszczał wówczas, że swojego ukochanego miasta nie zobaczy przez najbliższych dwadzieścia kilka lat...

Zaledwie po paru dniach pobytu w Postawach pod wieczór do drzwi domu wujostwa zastukali enkawudziści. „Sobirajties s wieszczami” - oznajmili. Odpowiedzią był szok i niedowierzanie.

Nie było go na liście


Rodzina Borysewicza nie mogła wiedzieć, że oto zaczyna się trzecia fala masowej wywózki Polaków z ziem zajętych przez ZSRR jesienią 1939 roku i większość mieszkańców Postaw spotka taki los. Wujek Tadzia dowiedział się, że mają czas do rana, że przysługuje im pół wagonu i co wolno im ze sobą zabrać. Potem zaczęło się wyczytywanie nazwisk członków rodziny. Z oczywistych względów Tadzia na liście nie było. Chłopiec wpadł w straszliwą panikę. Bał się, że zostanie zupełnie sam. Krewni nie mogli go przez dłuższy czas uspokoić. Zapytali więc enkawudzistę, czy mogą zabrać chłopca ze sobą. Rosjanin wzruszył ramionami.
- Jest tyle miejsca i porcji żywnościowych, ile jest osób na liście. Jak zabieracie kogoś więcej, to musicie się z nim podzielić żywnością.

Wujek Tadzia natychmiast oznajmił, że oni wszyscy będą oddawać Tadziowi po kawałku ze swojej racji. Zapewnił, że to samo zrobia sąsiedzi. Wówczas enkawudzista skinął łaskawie głową.

Noc minęła na pakowaniu się. Przed świtem zajęli miejsca we wskazanym wagonie, a z blaskiem słońca pociąg ruszył. W nieznane.
Transport z Polakami z Postaw jechał najpierw na wschód, potem skręcił na południe. Za Moskwą krajobraz zmienił się: skończyły się lasy, a zaczęły niekończące się bezleśne równiny. Po dwóch tygodniach byli na miejscu. W Kazachstanie. Tam dowiedzili się, że wybuchła kolejna wojna. Niemcy napadły na ZSRR.

Jesień nie była zła. Były ziemniaki, owoce, była chałupka w sowchozie, w którym pracowali. Ale potem przyszła zima. Z mrozami jakich nie znali nawet oni, mieszkańcy najchłodniejszego rejonu Polski międzywojennej - Wileńszczyzny. Ponieważ dorośli obywatele ZSRR poszli na front, brakowało rąk do pracy. Zatrudniano kobiety, a kiedy okazało się, że jest ich za mało, nawet dzieci. Wprawdzie od 12 lat, ale to, że Tadzio był o rok młodszy, nie przeszkodziło zarządcy sowchozu zagnać go do pracy, potem nawet wysłać do innej miejscowości, potem znów do innej.

W końcu jedenastoletni Tadzio zgubił się. Musiał sam sobie radzić w skrajnie wyczerpujących warunkach. Nie umiał trafić z powrotem do miejscowości, dokąd zesłano jego rodzinę. Na szczęście w osadzie, do której trafił, rozeszła się wieść, że szukają polskich dzieci. Tadzio miał szczęście, trafił w dobre ręce. Dopiero po latach dowiedział się, że swoje ocalenie zawdzięcza... Ordonce. To ta sławna piosenkarka wraz z mężem, hr. Tyszkiewiczem, zajęła się polskimi sierotami, zagubionymi na terenach ZSRR. Był to czas świeżo po układzie Sikorski - Majski, w kilku ośrodkach formowało się wojsko polskie, z łagrów i obozów Polacy byli masowo uwalniani i udawali się do licznych punktów zbornych.

Maharadża na ratunek


Tadzio z grupą podobnych mu dzieci polskich z Kazachstanu dojechał koleją do portu nad Morzem Kaspijskim. Stamtąd przetransportowano je łodziami do Krasnowodzka, skąd dojechały znów pociągiem do Aszchabadu, dziś stolicy Turkmenistanu. Tam właśnie zorganizowano polski sierociniec.

Pobyt w Aszchabadzie nie był długi. Rząd polski na uchodźstwie zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili sytuacja może się zmienić i że w ZSRR warunki bytowe będą trudne. Niespodziewanie z pomocą przyszedł... hinduski maharadża Nawanagaru, Jam Saheb Digvijayasinhaji. Niedaleko swojej letniej rezydencji w Balachadi koło Jamnagaru nad Morzem Arabskim w stanie Gudżarat zbudował „Polish children camp”, osiedle złożone z 60 domków. Stopniowo docierały tam polskie dzieci ewakuowane z ZSRR. Latem 1942 r. dojechał tam też 11-letni wówczas Tadzio Borysewicz. Podróż odbyła się w konwoju złożonym z kilkudziesięciu ciężarówek. Droga prowadziła przez Iran z ominięciem Afganistanu, a następnie przez tereny dzisiejszego Pakistanu do Bombaju, gdzie na przedmieściach tej metropolii w Bandrze dzieci czekały na powstanie obozu w Balachadi, dokąd następnie zostały dowiezione.
- Z jednej strony cieszyłem się, że zwiedzam tak egzotyczne kraje, jem nigdy wcześniej niewidziane owoce, a z drugiej, nieustannie martwiłem się, co się dzieje z moją rodziną - wspominał Borysewicz.

Cztery lata pod palmami


Dzieci w obozie miały namiastkę prawdziwej Polski. Dzień zaczynał się od apelu, na którym wciągano na maszt biało-czerwoną flagę. Wszyscy musieli ustawiać się wówczas twarzą na północny zachód - w stronę Polski. Śpiewano hymn. Potem były dla starszych dzieci zajęcia szkolne, po południu gry i zabawy sportowe, kwitło życie artystyczne i religijne, działało harcerstwo.

W Balachadi Tadzio wydoroślał. Spędził tam prawie 4 lata życia. Dopiero rok po zakończeniu wojny zapadła decyzja o likwidacji obozu. Urządzono tam szkołę wojskową, a polskie dzieci przeniesiono do Valivade w księstwie Kolhapur, na południu Indii. Tam Tadzio spędził kolejny rok. Do Europy wyruszył specjalnym statkiem wiozącym polskie dzieci wiosną 1947 r. Podróż zajęła wiele miesięcy, statek nie skierował się bowiem przez Kanał Sueski, tylko opłynął Przylądek Dobrej Nadziei. Jesienią 1947 r. po raz pierwszy od wielu lat Borysewicz poczuł znów klimat swojej rodzinnej części świata. Statek zawinął do portu w Genui.
Tam, na ziemi włoskiej, decydowały się losy dawnych sierot z Aszchabadu. Borysewicz natychmiast udał się do siedziby Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, aby zasięgnąć wiadomości o losie rodziny. Kiedy dowiedział się, że rodzice przeżyli wojnę i zostali z Wilna wysiedleni, udając się zbiorowym transportem do Bydgoszczy, gdzie zamieszkali, postanowił na nic nie zważać, tylko udać się do nich, do Polski. Rozstał się z przyjaciółmi, z którym zżył się przez ostatnie lata. Większość z nich wybrała jako miejsce zamieszkania Wielką Brytanię. Był 1948 rok, kiedy 17-letni już wówczas Tadeusz znów połączył się w uścisku z najbliższymi...

Inżynier przewodnik


W Bydgoszczy Borysewicz osiadł na stałe. Tu poszedł do pracy, tu skończył zaocznie studia inżynierskie. Jak tylko stało się to możliwe, pojechał zobaczyć Wilno, a potem do Włoch. A potem jeszcze raz i jeszcze...

- Tyle świata przejechałem w dzieciństwie, to i muszę dalej jeździć - mówił.

Miał świetną orientację terenową i topograficzną. Został nawet zupełnie przypadkiem przewodnikiem i pilotem wycieczek.
- Kiedy pierwszy raz byłem w Mediolanie - opowiadał Tadeusz Borysewicz - w pewnej chwili przewodniczka grupy straciła orientację. Nie wiedziała ani gdzie jesteśmy, ani gdzie stoi autokar. Nie było jeszcze komórek, więc nie miała jak się dowiedzieć. Na domiar złego lunął deszcz. Wtedy powiedziałem, że ja wiem, jak trafić do autobusu. Wystarczyło mi odtworzyć drogę. Doszliśmy w kilka minut. Kiedy dyrektor oddziału biura dowiedział się o tym, zapytał, czy nie chciałbym zostać pilotem. Powiedziałem, oczywiście, „tak”. Dzięki temu za darmo wiele razy pojechałem do Włoch, a nawet zarabiałem w ten sposób.
W latach 80. Borysewicz wyjechał na kontrakt zagraniczny. Został kierownikiem budowy rurociągu gazowego w ZSRR. Przez pięć lat zwiedził niemal całą europejską część tego kraju. Zarabiał sporo, ale właściwie wszystkie pieniądze ładował w swoje zbiory. Był bowiem kolekcjonerem, jakich mało. Zbierał w zasadzie wszystko, co zbierać można. Zbiory dokumentował i drobiazgowo opisywał. Był chodzącą encyklopedią kolekcjonerstwa.

W ostatnich latach swego życia bardzo dużo podróżował, przeważnie na Wschód, z biurem „Europejczyk”, w którym działał i z Bractwem Inflanckim, którego był jednym z najaktywniejszych członków.