Kwiatki w polskim wazonie [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 16 stycznia 2015

Związki polegają na tym, że zaczynają się, trwają, a potem kończą. Może czasami lepiej jest odejść niż trzymać coś na takim sztucznym palniku? To się przecież przepali i będzie gorzej.

Fot.: Sławomir Kowalski

Rozmowa z JANUSZEM RUDNICKIM, pisarzem, eseistą.



Kim powinien być w Polsce mężczyzna? Chamem czy dżentelmenem?
Prawa noga cham, lewa dżentelmen. Wyłącznie dżentelmen? Podejrzewam, że bym się z tym męczył. Wyłącznie cham? Nie, to też jest nudne jak flaki z olejem. Wolę danie, które składa się z dżentelmeństwa, ale z przyprawami chamstwa. Może być też odwrotnie: chamstwo z przyprawami dżentelmeństwa. Wtedy to wszystko jest jakieś ciekawsze: cała paleta, bukiet smaków, a nie jedno i to samo. Trochę bym się z panią pokłócił o to moje chamstwo, bo jeśli ono występuje, to jest wcześniej zapowiadane. Poza tym, dla mnie to rodzaj kreacji, pewnej chuliganerii. Tak bym to określił. U mnie ciężko jest znaleźć przykład na czyste chamstwo.


Za to ze znalezieniem wulgarności nie ma problemu...
Jestem za wulgarnością. Pod tym się podpisuję. Jestem fanem naszych wulgaryzmów. Piszę i mówię o tym już od jakiegoś czasu, bo w tej dziedzinie jesteśmy absolutnymi mistrzami świata. Niemcy mają te wulgaryzmy fekaliczne, Czesi zresztą podobnie, a my mamy pornograficzne. To jest najbardziej interesujące, że na słowie „je...ć” lub „pier...ć” można zbudować całe opowiadanie, nadając tym czasownikom określone przedrostki. To dla mnie fascynujące. Dwie literki na przodzie i mamy zupełnie inną jakość.


Słynie Pan z tych wulgaryzmów. One pojawiły się też w Pana pierwszym opowiadaniu?
A skąd. Ja wtedy miałem kilkanaście lat. Był w PRL-u taki miesięcznik „Kobieta i Życie”, ogłosił konkurs pod hasłem „Opisz niedzielę w swoim domu” i napisałem zupełne głupoty. Mama mi to wysłała, no i wygrałem. „Kobieta i Życie” napisała później, że Janusz Rudnicki z Kędzierzyna Koźla wygrał komplet garnków do gotowania. Mama się rozpłakała, bo my nic nie mieliśmy. Masło było od święta, ale tak wyglądał koniec lat 60. na prowincji. Kiedy przyszedł ten komplet garnków, to wyglądaliśmy z nim jak z plakatu z „Blaszanego bębenka”. Te garnki były bez sensu, bo nie było co do nich włożyć. Dopiero jak zrobiło się lepiej, to stały się użyteczne. Z kolei ja później pisałem głupoty. Na poważnie zacząłem pisać w Niemczech po wyjeździe z Polski. Pierwsze teksty powstały w latach 80., kiedy miałem prawie 30 lat.


Powiedział Pan kiedyś, że ma lwowsko-śląsko-niemiecką głowę, co zabrzmiało trochę jak problem z tożsamością. Kim Pan się czuje?

Gdyby mnie tak przypilić do muru, to na pewno nie Ślązakiem. Moja mama pochodzi ze Lwowa. Mogę trochę udawać po śląsku, ale taki Kuczok, prawdziwy Ślązak, od razu wyczuje, że to ściema. Czuję się takim zwykłym Polakiem. Czasem zdradza mnie akcent, ale to jednak dwadzieścia parę lat w Niemczech, dzieciństwo na Śląsku, no i ten lwowski od mamy, która do dzisiaj zaciąga tak strasznie, że aż kręci mi się w głowie. Oj, różne kwiatki są w tym moim wazonie, ale ten wazon jest polski oczywiście.


Kolejny raz wspomniał Pan o swojej mamie. Dlaczego?
Mama opowiada mi ostatnio fajne rzeczy. To dziwne, że im bardziej jest starsza, powiedziałbym nad grobem, tym bardziej jej słucham. A może to ona więcej mówi?


O czym Panu opowiada?
O ojcu, o tym jak się poznali. Ja o tym wcześniej nie wiedziałem. Jasna cholera, nie pamiętam go. Widziałem go dwa razy w życiu. Był na komunii, przyniósł jakąś oranżadę, a potem jeszcze raz przyszedł do domu, w którym mieszkałem z mamą i młodszym bratem. Był tam też ten nieszczęsny stół, na którym stało parę szklanek. On nic nie powiedział, aż w pewnym momencie podniósł ten stół zębami do góry i postawił na dół. Nikt mi nie chce w to wierzyć. Ja zresztą sam nie wiem, jak można coś takiego zrobić, ale te zęby zostały na tym stole odciśnięte. Matka chciała go później „wyp...”, żeby już nic ojca nie przypominało, ale ja się uparłem i ten stół z zębami wylądował na strychu. Teraz gdzieś zaginął, ale to było wszystko, co mi po nim zostało.


Nie chciał się Pan dowiedzieć, dlaczego odszedł?
Ach! A dlaczego ja odchodziłem? Dlaczego się odchodzi? Bo coś się kończy. Ja ojca rozumiem, bo niby co miał robić z jakimiś dwoma bachorami takimi, jak ja i mój brat? Może kogoś poznał? Związki na tym polegają, że zaczynają się, trwają, a potem kończą. Może czasami lepiej jest odejść niż trzymać coś na takim sztucznym palniku? To się przecież prędzej czy później przepali i będzie jeszcze gorzej.


A co z odpowiedzialnością?
Moja mama pracowała, on zresztą też. Może coś tam nawet na mnie płacił, ale nie sądzę. On wszystko miał gdzieś. To był prostak, jakiś chłopo-robotnik. Ślub mojej mamy to był mezalians. Jej ojciec, a mój dziadek nie mógł przełknąć tego, jak ona mogła wyjść za mąż za kogoś takiego. To był lump, ale podobno poczucie humoru miał fajne. Był żołnierzem - w koszarach w Kędzierzynie-Koźlu. Mama mieszkała w pobliżu, a nawet przez płot. Pewnego wieczoru on stał na warcie, a matka kradła w nocy węgiel - wtedy było cienko z jego dostawami, a wojsko go miało. Właśnie tej nocy ojciec opuścił posterunek i do niej podszedł. Ona się przestraszyła, myślała, że chce ją zatrzymać za kradzież węgla, a on wyciągnął rękę i powiedział: „Jestem Tadziu, chciałabym zaprosić cię na zabawę”. Mama nawet ręki mu nie podała, ale powiedziała, że się zastanowi i tak dalej stała z rękami założonymi do tyłu. Tak się poznali, a później zostali małżeństwem. Ciężko jest z tymi małżeństwami. Jezus Maria, to też jest temat, kobiety...


Jaką rolę odegrały w Pańskim życiu. Zaczął Pan opowiadać o mamie...

...i na matce chyba skończę, jak tak dalej pójdzie.(śmiech). To moje przemieszczanie, miasta, w których byłem: Praga, Luksemburg, teraz Warszawa, jest z kobietami związane. To nie jest tak, że ja sam gdzieś mieszkałem.


Myślałam, że jest Pan wolnym ptakiem?

O nie! Ja miałem bardzo długie związki. Małżeństwo z pierwszą żoną, Ewą, trwało parę lat, potem byłem rumuńskim kochankiem przez trzy lata - napisałem też takie opowiadanie. Przez osiem lat byłem związany z Czeszką, co znalazło swoje odzwierciedlenie w „Spowiedzi czeskiego psa”, no i teraz w Warszawie, na Powiślu, jestem z kimś.


Do jakich kobiet Pana ciągnie?
W sumie do wszystkich (śmiech). Nie, żartuję. Kobiety mnie nudzą niezależnie od tego, czy są głupie, czy mądre, ale dla zachowania równowagi powiem, że tak samo nudzę się w towarzystwie mężczyzn. Kobiety mnie fascynują, ale do jakich mnie ciągnie? Czy ja wiem, czy to dobre określenie? Ciągnie mnie do tych, które są aktywne. Ja jestem pasywny. Wbrew pozorom nie jestem podrywaczem. Jeśli ona jest aktywna jak kołnierz wokół szyi, to ja się daję ujarzmić.


Naprawdę? Przecież nawet Pana dziadkowi to się nie udało...
Ze mnie było takie małe chamidło, taki diabełek. Moja mama w pewnym momencie chciała mnie oddać do domu dziecka albo poprawczaka. Dzięki dziadkowi, który był jedynym mężczyzną w domu, zrozumiałem na czym polega taka konstelacja męsko-męska. On nawet jak był chory, to trzęsącymi rękami wycinał 24 litery z alfabetu, żeby mnie nauczyć czytać. Położył je na stole w kuchni. Dumny z tego, co zrobił, zawołał mnie, a ja to zdmuchnąłem i wszystko spadło na ziemię. To okropne. Niby szczeniackie, ale do dziś to pamiętam i nie jestem z tego dumny.

Janusz Rudnicki


Pisarz i eseista. Urodził się 13 listopada 1956 roku w Kędzierzynie-Koźlu. Był działaczem „Solidarności”, internowany po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1983 roku wyjechał do Niemiec, gdzie spędził ponad dwadzieścia lat. Na uniwersytecie w Hamburgu (w tym mieście mieszkał) studiował slawistykę i germanistykę.

Na swoim literackim koncie ma dziewięć książek i kilka nominacji do najważniejszych nagród literackich, m.in. Nike. Jego ostatnia książka „Trzy razy tak” ukazała się w 2013 roku.

Z kolei w 2014 roku Rudnicki został laureatem nagrody literackiej Miast Partnerskich Torunia i Getyngi.