Zakusy na majątek czy miłosierdzie?

Grażyna Ostropolska 16 stycznia 2015

Przyjaciele pani Urszuli są zbulwersowani tym, że szpital psychiatryczny w Świeciu nie zadbał o sądowe ustanowienie kuratora dla niezdolnej do samodzielnej egzystencji, samotnej pacjentki.

Fot.: Thinkstock

17 grudnia ub.r. dyrektor Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu otrzymał list od jednego z zaniepokojonych przyjaciół pani Urszuli: „(...) Jej stan zdrowia mnie zasmuca, lecz z jeszcze większą obawą obserwuję sytuację prawną Urszuli. Zgłaszają się do niej (do szpitala) jakieś osoby, z którymi nie utrzymywała bliskich kontaktów, chcące się nią zaopiekować. Obawy budzi fakt, że osoby te nie interesowały się nią do tej pory, a teraz ich zainteresowanie objawia się m.in. wypytywaniem o rachunki bankowe. Obawiam się, że może to być

próba „zaopiekowania się” jej majątkiem,


a to w myśl prawa jest usiłowaniem wyłudzenia od osoby niepełnosprawnej umysłowo. Ta osoba znajduje się pod opieką pańskiego szpitala i to na panu spoczywa obowiązek zadbania o jej sprawy (...)” - pisze pan Ryszard, zaniepokojony informacjami, że szpital zamierza samotną i niezdolną do samodzielnej egzystencji pacjentkę wypisać. „Aby zapewnić Urszuli opiekę domową ze środków, które posiada, konieczna jest inicjatywa szpitala, prowadząca do sądowego ustanowienia dla niej kuratora. Dzięki temu środki, które zgromadziła przez wiele lat pracy, posłużą do zapewnienia jej bezpieczeństwa i profesjonalnej opieki” - podpowiada.


Pani Urszula jeszcze 3 lata temu była sprawną kobietą. Prowadziła kancelarię prawną, wspinała się na górskie szczyty, była aktywna towarzysko. Symptom choroby - zanik krótkotrwałej pamięci - pojawił się nagle i zmienił jej życie. Zrezygnowała z pracy, zamknęła się w domu z ukochanym kotem i była wdzięczna wspólniczce z kancelarii, że pomaga jej w porę regulować rachunki oraz załatwiać sprawy, z którymi ona już sobie nie radziła. Do szpitala w Świeciu trafiła na początku sierpnia. Była w strasznym stanie. Nie przyjmowała pokarmów, nie wiedziała, gdzie jest, a mówienie sprawiało jej trudność.

- Byłam przerażona jej stanem - wspomina jedna z jej przyjaciółek. Mieszka w pobliżu, więc odwiedzała panią Urszulę codziennie. Przynosiła jej domowe jedzenie, karmiła. - Jej stan stopniowo się poprawiał - wspomina. Zna panią Urszulę od lat. Wie, że nie ma bliskiej rodziny, a z dalszą nie utrzymuje kontaktu, więc zdziwiło ją, gdy jesienią pojawiły się przy jej łóżku obce osoby. Zaniepokoiła się, gdy zobaczyła, że chora przyjaciółka podpisuje im jakieś pisma, a potem nie pamięta, co podpisała. Starsza z kobiet twierdziła, że jest kosmetyczką pani Urszuli. - Powiedziała mi, że spotkała się z nią 28.08., co wzbudziło moje podejrzenia, bo Ula była wtedy w szpitalu - wspomina przyjaciółka. Ten fakt oraz wypytywanie chorej o rachunki bankowe spowodował, że przyjaciele postanowili interweniować u dyrektora szpitala, a gdy to nie odniosło skutku, pan Ryszard

złożył w prokuraturze doniesienie


o możliwości usiłowania popełnienia przestępstwa wyłudzenia korzyści od osoby niesprawnej umysłowo. Jego zdaniem, dyrektor świeckiego szpitala zaniedbał swoje obowiązki, nie zapewniając sądowej kurateli nad majątkiem pacjentki. „Z informacji, jakie do mnie dotarły, wiem, że 29.12. moja przyjaciółka ma być przekazana pod opiekę znajomej, do której chodziła kiedyś na zabiegi kosmetyczne (…). Uważam, że wstrzymanie przez prokuraturę jej wypisu ze szpitala i oddania pod opiekę osób o niejasnych motywach działania może zapobiec popełnieniu przestępstwa. Zwłoka w podjęciu działań prawnych, jakiej dopuścił się dyrektor szpitala (pacjentka przebywała tam od początku sierpnia 2014 r.) prowadzić może do wykorzystania nieświadomościprzebywającej pod jego opieką chorej w celu wyłudzenia od niej majątku”.

Prokuratura wypisu nie wstrzymała. Szpitalna karetka zawiozła panią Urszulę do domu, a tam zajęły się nią była kosmetyczka z córką. - Ta kobieta odizolowała od nas Urszulę - twierdzą jej przyjaciółki. Próbowały ją zabrać na jedno z „babskich spotkań”, w których kiedyś chętnie uczestniczyła, ale... - Urszula ucieszyła się i była chętna, a pół godziny później oddzwoniła, że nie przyjdzie - relacjonują. Próby odwiedzenia pani Urszuli w domu też kończyły się fiaskiem.

- Nie otwierano nam drzwi, nikt nie odbierał telefonu albo po wykręceniu numeru Urszuli zgłaszała się kosmetyczka i informowała, że jej podopieczna jest w trakcie rehabilitacji i ma taki nawał wizyt u lekarzy, że nie może się z nami spotkać - skarżą się przyjaciele prawniczki i proszą o zainteresowanie się jej losem.

Zaczynamy od pytania, dlaczego szpital nie zadbał o prawnego opiekuna dla niezdolnej do samodzielnego funkcjonowania pacjentki?

- Mamy wyspecjalizowaną komórkę socjalną, która skontaktowała się z MOPS w Bydgoszczy, bo opieka nad pacjentką, której proces leczenia się zakończył,

to rola MOPS, a nie szpitala,


- tłumaczy Wiesław Kiełbasiński, dyrektor szpitala w Świeciu.

- Pierwszą informację o tym, że samotna, niezdolna do samodzielnej egzystencji pacjentka wraca do domu i trzeba jej zapewnić całodobową opiekę, otrzymaliśmy tydzień przed planowanym wypisem, czyli 11 grudnia. Byliśmy zbulwersowani tym, że szpital w Świeciu, widząc, co się z tą kobietą dzieje, od sierpnia nie podjął żadnej decyzji, która uregulowałaby jej stan prawny - słyszymy w bydgoskim MOPS. Poinformowano ośrodek, że u pacjentki zdiagnozowano Alzheimera, więc pracownicy socjalni zaczęli szukać Domu Pomocy Społecznej, który chorą z taką ułomnością przyjmie. - Znaleźliśmy taki w Wichulcu i nagle przewidziany na 18 grudnia wypis pacjentki odwołano - wspominają pracownicy MOPS. Poinformowano ich później, że panią Urszulą ma się zająć kuzynka. - A potem usłyszeliśmy, że krewna się wycofała, zaś pacjentka wraca do domu 29 grudnia. - Nie jesteśmy przygotowani do świadczenia całodobowej opieki nad podopieczną, a takiej właśnie wymaga pani Urszula - tłumaczy Ewa Taper, wicedyrektor MOPS. Z ulgą przyjęto informację, że chorą zaopiekuje się jej kosmetyczka, pani K.

- Dostaję od niej codziennie mailem obszerne sprawozdania z tego, jak zajmuje się panią Urszulą - mówi Marta Frankowska, pracownica socjalna z tego rejonu. Pani K. z detalami opisuje u jakich lekarzy z chorą bywa i jak ci oceniają leki, zapisane przez szpital.

- Ten lek odstawiliśmy, bo szkodził pani Urszuli, a ten trzeba było zmienić - tłumaczy nam pani K., gdy odwiedzamy ją w towarzystwie pracownicy opieki społecznej. Zarzuca nas potokiem słów. Opowiada, że gabinetu kosmetycznego już nie prowadzi, ale zanim pani Urszula trafiła do szpitala,

spotykała się z nią towarzysko.


- Miałam się nią zaopiekować do 6 stycznia, bo od 9 zamierzałam zmieniać mieszkanie i zarejestrować działalność gospodarczą - mówi, ale na pytanie pracownika MOPS, jakie są jej dalsze plany, odpowiada: - To mogłaby być umowa na czas nieokreślony. Panią Urszulą opiekowałaby się moja córka, która teraz u niej nocuje - tłumaczy. Pytamy, jakie córka ma kompetencje do opieki nad osobą ułomną psychicznie. - Ma 26 lat i ojca lekarza - brzmi odpowiedź. Pani K. ma jeszcze dwójkę dzieci, w tym 4-letniego synka. - Jak pani Urszula jest u mnie, to śpi ze mną i z nim w jednym łóżku - opowiada.

Z czego pani K. się utrzymuje? - Dostaję pieniądze ze Szwecji, ale to moja sprawa - ucina kolejne pytanie. Twierdzi, że
jest artystką i dyplomowaną pielęgniarką.

Pytamy, co podsuwała pani Urszuli w szpitalu do podpisu. - To była skarga na szpital i prośba o rehabilitację - twierdzi.
Dlaczego nie wpuszcza do domu przyjaciół prawniczki?

- Bo oni przedstawiają mnie w złym świetle, a ja i moja córka działamy z potrzeby serca - oznajmia.
Pani Urszula mówi niewiele i z trudem. Wspomina, że w szpitalu czuła się strasznie i nie chce tam wracać. Pragnie być w domu, mieć przy sobie kota.

- Dlaczego nie widuje przyjaciół?

- A gdzie byli, gdy ich potrzebowałam? - odpowiada.
- Nie pamięta, więc pewnie powtarza to, co jej się wmawia - sugerują przyjaciele.