Marynarze przestali być nasi

Dorota Abramowicz 13 stycznia 2015, aktualizowano: 14-01-2015 12:29

Tragedia polskich marynarzy to nie powód do ogłoszenia żałoby. Zatrudnieni na obcych statkach, rozproszeni po kraju, nie stanowią liczącej się grupy zawodowej. Żony w razie ich śmierci nie otrzymują pomocy psychologa, renty dla sierot, zdane są tylko na siebie...

Fot.: Thinkstock

Kiedy w październiku ubiegłego roku w wyniku katastrofy w kopalni Mysłowice-Wesoła zginęło 5 górników, władze Mysłowic ogłosiły dzień żałoby. Kiedy w ostatni weekend u wybrzeży Szkocji zatonął pływający pod cypryjską banderą cementowiec Cemfjord z siedmioma Polakami, wśród których czterech pochodziło z Trójmiasta, w żadnym polskim mieście nie spuszczono flag do połowy masztu. Kondolencji nie złożyli politycy ani samorządowcy. Tak jakby tragedia nie dotknęła mieszkańców Gdyni, Świnoujścia, Elbląga. Bo już dawno temu marynarze przestali być nasi.


Choć przynoszą zyski dla polskiej gospodarki, transferując do kraju 1,5 mld euro rocznie, traktowani są jak niewiele znaczący
gastarbeiterzy.

Po morzach i oceanach pływa około 40 tys. (niektórzy mówią nawet o 60 tys.) polskich marynarzy. To niewiele mniej niż osób zatrudnionych w górnictwie. Jest to jedna z najmniej widocznych grup zawodowych w Polsce. Rozproszona na niewielkich „przedsiębiorstwach”, statkach należących do zagranicznych właścicieli, nad którymi powiewa z reguły tania bandera egzotycznego państwa. Zatrudniana na kontraktach, które nie dają praw do renty dla wdów i sierot. Żony marynarzy w razie tragedii nie mogą liczyć na pomoc psychologa, przysłanego przez zakład pracy. Zdane są tylko na siebie, nierzadko w sytuacji gdy trzeba walczyć o należne odszkodowanie.
- Gdyby zestawić liczbę ofiar katastrof i śmiertelnych wypadków w górnictwie i wśród osób pracujących na morzu, nie wiadomo, czy to właśnie marynarze nie prowadziliby w tej tragicznej konkurencji - mówi Grzegorz Landowski, redaktor naczelny „Portalu Morskiego”, który jako pierwszy w Europie poinformował o tragedii polskich marynarzy. To swoisty znak czasu, że ukazujący się w internecie „Portal Morski” był jedynym miejscem, gdzie po zatonięciu cementowca Cem-fjord mogły się początkowo kontaktować rodziny zaginionych i tych, którzy szukali wiadomości o swoich bliskich.

„Mój brat, ze Świnoujścia, Jarek, tam był... potrzebuję telefonu, gdzie mogę zadzwonić po informacje” - napisał po godzinie 2 w nocy Ireneusz.
„Gdzie można się czegokolwiek dowiedzieć o załodze? Chciałabym się dowiedzieć, czy na statku nie było mojego wujka... Mam nadzieję, że nie, ale od wczoraj, kiedy przyszły pierwsze info na portale, ciągle mam niepokój w głowie. Może ktoś z Was wie, jaka była załoga?” - dopytywała się Anka.

„Proszę o kontakt kogoś z rodziny załogi, jeśli ktoś to czyta, bo nie mam do nikogo kontaktu. Jestem córką jednego z marynarzy” - brzmiał kolejny dramatyczny wpis. I następny: „Mój brat jest na tym morzu... nie mam od niego żadnych informacji”.

- Nie tęsknię za dawnymi czasami, gdy w PLO zarabiało się grosze - mówi Marcin, elektryk z 30-letnim stażem pracy. - Jednak w takich momentach myślę, że dawniej

było się na kim wesprzeć,


skorzystać z pomocy drugiego człowieka. Teraz nawet kondolencje przekazuje się przez internet.

- Mamy do czynienia z ogromną izolacją, osamotnieniem marynarzy i ich rodzin - twierdzi ojciec Edward Pracz, europejski koordynator Duszpasterstwa Ludzi Morza Stella Maris, prowadzący ośrodek dla marynarzy przy kościele redemptorystów w Gdyni. Od lat na spotkania opłatkowe przychodzi tu ze 300 osób, podobnie jest na uroczystościach zorganizowanych z okazji Święta Morza. Czasem zjawiają się ci, którzy stracili na morzu bliskich. - Muszą porozmawiać - mówi ojciec Pracz. - Jeśli dotyka człowieka tragedia, niezbędne jest wsparcie duchowe. I tu każdy je otrzyma.

Nie zawsze jednak wystarcza samo duchowe wsparcie. Potrzebna jest także pomoc prawna, socjalna, w załatwianiu skomplikowanych formalności w obcym języku.

Kiedy przed kilkudziesięciu laty Leszek Straszewski pracował w Polskich Liniach Oceanicznych na stanowisku szefa biura naczelnego dyrektora, firma miała 168 statków i zatrudniała 12 tys. pracowników. - Pamiętam tragedię Buska Zdroju, Heweliusza - wzdycha. - Trudno o tym mówić. Nie zapomnę niepokoju, czekania na cud, smutku...

Po potwierdzeniu złych informacji do rodziny udawała się delegacja odpowiednio przygotowanych pracowników działu socjalnego. - Ludzie się znali, nie było tak, że na morzu zginęły obce, anonimowe osoby - mówi emerytowany pracownik PLO. - To byli koledzy, z którymi jeździliśmy na wczasy do ośrodka w Szarlocie, których dzieci bawiły się z naszymi dziećmi na firmowych choinkach, razem jeździły na obozy i kolonie. Znali ich lekarze, pielęgniarki z naszej przychodni, pracownicy biura. Rodziny ofiar otrzymywały wsparcie,

dzieci dostawały rentę


i stypendia. Chłopcom po maturze, jeśli chcieli, pomagaliśmy w dostaniu się na studia do Wyższej Szkoły Morskiej. Jeśli po tragicznej śmierci lub wypadku, powodującym kalectwo męża marynarza, niepracujące żony pozostawały bez środków do życia, firma oferowała im zatrudnienie. Niektóre kobiety trafiały na statki, gdzie pracowały jako stewardessy lub kucharki.

Oczywiście nie wszystko jednak wyglądało tak różowo, o czym może świadczyć wieloletnia walka rodzin ofiar katastrofy promu Jan Heweliusz, które żądały rzetelnych informacji, dotyczących przyczyn zatonięcia jednostki. Sprawa zakończyła się dopiero w 2004 r., wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który nakazał też rządowi RP wypłatę około 4,6 tys. euro odszkodowania każdej z rodzin.

Dziś szansę na otrzymanie renty mają tylko rodziny marynarzy pływających pod narodową banderą. Jak ocenia Janusz Maciejewicz z Organizacji Marynarzy Kontraktowych NSZZ Solidarność, jednak ponad 80 proc. marynarzy pływa pod tzw. tanimi banderami. Kontrakty przewidują za śmierć na morzu jednorazowe odszkodowanie. - I z tym też różnie bywa - wzdycha jeden z moich rozmówców. - Słyszałem, że po jednej z większych katastrof, w której zaginęli Polacy, do wdów przyjeżdżali prawnicy i składali propozycje nie do odrzucenia. Albo przyjmą od razu 50 tysięcy złotych, albo mogą się nawet 5 lat procesować. Tylko jak przez te pięć lat się utrzymać?

Po zmianach systemowych obecne PLO to tylko cień dawnego armatora. (...) Zmieniło się środowisko marynarskie. Zniknęło z rynku wydawane od przedwojnia „Morze” (później zastąpione przez nieistniejące już „Nasze Morze”), zamierają organizacje zrzeszające marynarzy.

Kapitan, proszący o niepodawanie nazwiska: - (...) Etos zawodu? To się skończyło wiele lat temu. Kapitan jest dziś wyrobnikiem na kontrakcie, kimś w rodzaju urzędnika, który musi przystawić z 200 pieczątek, wypełnić papiery, formularze.

- Społeczność ludzi morza jest dziś zupełnie inna niż przed laty - przyznaje prof. kpt. Daniel Duda, emerytowany rektor Wyższej Szkoły Morskiej (dziś Akademii Morskiej). - Wtedy wprawdzie ponad 90 proc. studentów przyjeżdżało z głębi Polski, by studiować w Gdyni, ale potem absolwenci tu zostawali. Zakładali rodziny, wiązali się z miejscowymi armatorami. Teraz większość szuka pracy za granicą, więc nie muszą mieszkać nad morzem.

- Z roku na rok środowisko marynarskie jest coraz bardziej
wyobcowane - twierdzi oficer mechanik, pamiętający jeszcze czasy PLO. - Nie znamy się wzajemnie, bo często trafiamy na statki, gdzie nie ma Polaków.

Prof. kpt. Daniel Duda mówi, że stowarzyszenia kapitanów i starszych mechaników zrzeszają dziś głównie ludzi w wieku emerytalnym. - (...) Pokolenie 30-, 50-latków nie angażuje się w działalność. Zresztą, ile osób uczestniczyło w obchodach Święta Morza... Kiedyś Gdynia żyła tym świętem, teraz miasto i jego mieszkańcy odwracają się od morza.
Aleksander Gosk, publicysta morski, pracujący w Akademii Morskiej, mówi, że to odwracanie się mieszkańców od morza oznacza czasem po prostu brak wiedzy o sprawach morskich. I opowiada, jak to kapitan Hieronim Majek, który dowodził Stefanem Batorym, został jakiś czas temu zaproszony do jednego z gdyńskich liceów na spotkanie z młodzieżą.
- Czy wiecie, co to Batory? - spytał na wstępie kapitan.
W klasie zapadła cisza. Gdy już wydawało się, że nie padnie odpowiedź, zgłosiła się odważna uczennica.

- Czy chodzi o dom towarowy w Gdyni? - spytała...
PS Skróty pochodzą od redakcji.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 13-01-2015 14:02

    Oceniono 2 razy 2 0

    - Obywatel: Po uzyskaniu niepodległości po I Wojnie Światowej zwracano szczególną uwagę na gospodarkę morską tworząc etos ludzi morza. Również po II Wojnie Światowej podtrzymywano tą tradycję uważając, że porty morskie to okno na świat. Podtrzymywano tradycje związane z morzem. Niestety, z wielką przykrością to piszę, przemiany, które dokonały się po 1989 roku skutecznie zniszczyły to o co walczyliśmy od prawie 100 lat. Obecnie stajmy się najemną siłą roboczą. Pogratulować "skutecznego" zarządzania. Jest to skandal!

    Odpowiedz

  2. 13-01-2015 10:00

    Oceniono 7 razy 4 3

    - ja: władze niszczą co POlskie, szczególnie przoduje w tym PO

    Odpowiedz

  3. 13-01-2015 09:31

    Oceniono 1 raz 0 1

    - jasio maly : Ja wiem prose pani !! Batory jest na Fabrycznej w miescie nazywanym Bydzia

    Odpowiedz