Szpital pod specjalnym terrorem

Piotr Schutta 9 stycznia 2015

Młoda kobieta terroryzuje pacjentki i personel medyczny jednego z oddziałów szpitala psychiatrycznego w Świeciu. Kiedy wpada w szał, jest obezwładniana pasami i lekami. Po uwolnieniu znowu szaleje. Ta sytuacja trwa od miesięcy.

Małgorzata Łukowiak szukała w świeckim szpitalu pomocy. Twierdzi, że dwukrotnie została napadnięta na oddziale przez agresywną pacjentkę

Fot.: Marek Wojciekiewicz

Do toalety chodzą parami, a nocą, zamiast spać, trzymają wartę. Te, które mogą, wypisują się do domów na własne żądanie i zaklinają, że nigdy więcej nie skorzystają z pomocy szpitala w Świeciu. Mówią, że wyszły stąd w gorszym stanie niż przyszły.

Wszystko rzekomo przez jedną osobę. Dwudziestoparoletnią Krysię (imię zmienione - red.), która - jak wynika z relacji pacjentek, do których dotarł nasz reporter - od maja 2014 roku sieje grozę na jednym z tutejszych oddziałów.


- Kiedy Krysia chodzi po korytarzu, każdy się boi. Wczoraj dzwoniła do mamy i chyba coś jej się nie spodobało, bo urwała kabel i trzaskała słuchawką o ścianę. Każda z nas jest w strachu, gdy Krystyna szaleje. Ta dziewczyna ma kilkanaście zarzutów o pobicia i napaści. Jedną panią podźgała widelcem, napadła dziecko na spacerze, pobiła kilka razy pielęgniarki, zaatakowała kogoś pod prysznicem - wylicza Alicja, jedna z pacjentek II oddziału ogólnopsychiatrycznego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu nad Wisłą (prosi o anonimowość).

Jak na wojnie


- Hitchcock by tego nie nakręcił. Czułyśmy się tam jak na wojnie. Jedna pilnowała drugiej, żeby nic się nie stało. W końcu poprosiłyśmy, żeby pielęgniarki zamknęły nas na noc w pokoju, ale w drzwiach nie było klamki ani zamka. Raz Krysia wparowała do nas, kiedy spałyśmy. Na szczęście jedna z nas czuwała - opowiada pani Anna spod Chojnic (prosi o niepodawanie prawdziwego imienia). Kobieta spędziła na II oddziale ogólnopsychiatrycznym 2 tygodnie. Trafiła tam z załamaniem nerwowym, związanym z mobbingiem w jej zakładzie pracy.

- Wyszłam stamtąd jeszcze bardziej rozchwiana emocjonalnie. Gdy tam się znalazłam, zapomniałam o problemach, z którymi przyjechałam. Nie było zresztą żadnej terapii. Łykałam tylko tabletki, które mogę przyjmować w domu. Więcej dały mi rozmowy z dziewczynami z pokoju i z bliskimi przez telefon - dodaje kobieta. Mówi, że trudno jej zapomnieć o poczuciu zagrożenia, jakiego doświadczyła w świeckim szpitalu. - Czułam się, jak w innej rzeczywistości. Całe dnie i całe noce tylko Krysia i jej wycie:

„Zabiję cię ty suko”.

- To był kompletnie stracony czas, spędzony w dodatku w sytuacji zagrożenia życia
- nie znajduje łagodniejszych słów Małgorzata Łukowiak z Barcina. Twierdzi, że dwukrotnie została napadnięta przez Krystynę.
- Raz zostałam uderzona w twarz na korytarzu. To było wieczorem. Pielęgniarki próbowały to bagatelizować. Mówiły mi, że nic się nie stało, że mają wszystko pod kontrolą. I zapięły Krysię w pasy. Ta całą noc krzyczała, że mnie zabije. Wykrzykiwała moje imię i nazwisko - opowiada kobieta.

Groźby mogły się spełnić rano, bo pobudzona kobieta stanęła nagle w drzwiach sali, w której leżała Małgorzata Łukowiak i rzuciła się na nią.

- Dobrze, że miałam w ręku kubek z jakimś płynem. Chlusnęłam jej w twarz i odepchnęłam ją nogami. To mnie uratowało. W nocy krzyczała, że zedrze mi skórę z twarzy i miałam wrażenie, że rano właśnie to chciała zrobić - mówi Małgorzata Łukowiak. Krótko przed opuszczeniem szpitala (na własną prośbę) była świadkiem utraty przytomności przez jedną z pacjentek.
- Ja uciekłam, druga koleżanka uciekła, a ta trzecia zemdlała. Pielęgniarki, dwie malutkie dziewczyny, nie umiały sobie z Krysią poradzić i nas prosiły o pomoc. Na szczęście znalazło się kilka starszych pacjentek, silnych, krępych kobiet, które wzięły Kryśkę za ręce i przytrzymały. Dopiero wtedy pielęgniarki zadzwoniły po pielęgniarza, który przybiegł z innego oddziału - relacjonuje pacjentka z Barcina.

- Nie zgadzam się z tym absolutnie, że personel nie radzi sobie z pacjentami. Jeśli widzimy taka potrzebę, to przydzielamy dodatkowy personel. Oczywiście, bywają pacjenci, których zachowania są nieprzewidywalne. Na przykład przez dwie doby pacjent jest spokojny i nie przejawia agresji, a w jednej chwili zaczyna być pobudzony i rzuca się na personel, niszczy otoczenie lub przejawia agresję w stosunku do innych pacjentów. Nadzór nad pacjentami sprawuje personel szpitala. Jeśli były sytuacje , że inny pacjent brał udział w ograniczeniu pobudzenia u osoby agresywnej, to rozumiem, że zdarzyły się one w okolicznościach bezpośredniego zagrożenia czyjegoś życia - wyjaśnia Sławomir Biedrzycki, zastępca dyrektora do spraw lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu.

O tym decyduje sąd


Dyrektor Biedrzycki zaznacza, że nie może rozmawiać o konkretnych pacjentach ani komentować ich stanu zdrowia. Przyznaje natomiast, że w świeckim szpitalu przebywają pacjenci pobudzeni, którzy, pomimo stosowania farmakoterapii, nie poddają się leczeniu.

- W naszej ocenie tacy pacjenci powinni być umieszczani w oddziałach o wzmocnionym zabezpieczeniu. Tam są wydzielone sale, dodatkowy personel. Są to specjalne miejsca dla osób niebezpiecznych z powodu chorób psychicznych. O umieszczeniu tam nie decyduje jednak szpital, lecz sąd w osobnym postanowieniu - wyjaśnia dyr. Biedrzycki i zapewnia, że świecki szpital zawsze zabiega o jak najszybsze przeniesienie pacjenta wymagającego specjalnego nadzoru, ale nie za każdym razem spotyka się to ze zrozumieniem sądu. W Świeciu jest tylko oddział męski dla pacjentów szczególnie niebezpiecznych. Żeńskiego trzeba szukać w kraju.
- Z drugiej strony, jesteśmy odpowiedzialni za taką osobę i nie możemy jej wypuścić do domu, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że stwarzałaby zagrożenie dla innych - dodaje dyrektor.

- Pewna pani chciała się powiesić, bo Krysia najpierw na nią napadła, a potem wrzeszczała, że zabije jej wnuczkę. Biedna kobieta nie wytrzymała presji - opowiada Wiktoria (imię zmienione), która spędziła na oddziale 11 dni. Przyjechała do szpitala z własnej woli i na własne żądanie została wypisana. Mówi, że pobyt w Świeciu dał jej tyle, że... na pewno nigdy tam nie wróci.
- Nie mamy nawet szczególnych pretensji do pielęgniarek. Mimo że w nocy, zamiast pilnować sali obserwacyjnej, w której leżała Krysia, często spały. Niektóre chrapały tak, że niosło się po całym oddziale. Ale co one mogą? W prywatnych rozmowach same się przyznawały, że dla nich ta sytuacja też jest nienormalna. Prosiły nas, żebyśmy same na siebie uważały - opowiada jedna z pacjentek.

Co jest w regulaminie?


- Pani ordynator i pielęgniarka wprost powiedziały mi, że za bezpieczeństwo pacjenta na sali i w łazience nie odpowiada personel. Twierdziły, że jest to zapisane w regulaminie oddziału. Nie czytałam, bo mi tego dokumentu nie dano. Podpisałam go jedynie bez czytania w dniu przyjęcia, a byłam wtedy w kiepskim stanie - mówi Małgorzata Łukowiak.
- To nieprawda, nie ma w regulaminie takiego zapisu - ripostuje dyr. Sławomir Biedrzycki.

- Gdyby się potwierdziło to, co mówi pacjentka o regulaminie oddziału, byłoby to niedopuszczalne - ocenia jednoznacznie prof. Aleksander Araszkiewicz, konsultant wojewódzki ds. psychiatrii i zapowiada skontrolowanie opisanej sytuacji na II oddziale ogólnopsychiatrycznym.

Tu Świecie, prosimy o pomoc!


W połowie grudnia 2014 roku na terenie świeckiego szpitala 23-letni pacjent zabił innego chorego, 57-letniego mężczyznę. Postawiono mu również
zarzut usiłowania zabójstwa pielęgniarki. Podejrzany nie miał zdiagnozowanej choroby psychicznej, natomiast przyznawał się do używania substancji psychoaktywnych, w tym dopalaczy. Hospitalizowany był sześciokrotnie, ostatni raz przyjęto go do szpitala dzień przed zabójstwem. Zapięto go wówczas
w pasy, ale uwolniono, bo po jakimś czasie mężczyzna się uspokoił.

Szpital w Świeciu często odwiedzany jest przez tamtejszą policję. w 2014 roku interweniowano tam 106 razy. Interwencje dotyczą w większości agresywnych pacjentów, z którymi nie umie sobie poradzić personel medyczny. Sporadyczne wezwania dotyczą innych sytuacji, na przykład kradzieży.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 12-01-2015 22:06

    Oceniono 1 raz 0 1

    - Biały personel: Pracuję w szpitalu psychiatrycznym w Warszawie i znam te sytuacje z codziennej pracy. Niestety, ale winien jest tutaj cały system leczenia, ponieważ są redukowane ilości leków dla pacjentów i lekarz w tym momencie ma związane ręce, bo musi stosować się do obowiązujących przepisów. Pacjenci szaleją i jest im wszystko wolno, bo są chorzy a personel może tylko ponarzekać.

    Odpowiedz