Afryka pierwszego kontaktu

Katarzyna Bogucka 6 stycznia 2015

Rozmowa z EWĄ SZTUCZKĄ, koordynatorką pielęgniarek operacyjnych Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Toruniu, która w ramach misji „Medici Homini” pracowała w Czadzie.

Fot.: Ewa Sztuczka


Jaki jest afrykański pacjent?
Podczas wielu roboczych spotkań kadry medycznej prezes Fundacji „Medici Homini”, Katarzyna Gieryn, wielokrotnie podkreślała, że tamtejsi pacjenci różnią się od naszych podopiecznych w kraju. Uprzedzała, że chorzy traktować nas będą z rezerwą i dystansem. Zaskoczona więc byłam bardzo, gdy pacjenci przybywali tłumnie i to z bardzo odległych od Dono Manga miejscowości. W najlepszym razie poruszali się prymitywnym zaprzęgiem (wielkorogie woły), najczęściej jednak docierali piechotą. Dużym utrudnieniem była bariera językowa. Rejon Dono Manga zaludniony jest przez około 40 różnych plemion, władających kilkunastoma dialektami tamtejszego języka. Niewielu porozumiewało się w języku francuskim. Pomimo to, pacjenci z wielkim zaufaniem poddawali się naszym działaniom. Odważnie kładli się na stół operacyjny i cierpliwie znosili niedogodności związane z operacją. Przeprowadzając zabiegi w znieczuleniu miejscowym, zaobserwowaliśmy, iż tamtejsza populacja jest bardziej niż nasza, europejska, odporna na ból. Narastanie dolegliwości bólowych odczytywaliśmy obserwując raczej zapisy na urządzeniach monitorujących czynności życiowe aniżeli bezpośrednie reakcje operowanego pacjenta.

Medycyna jest w tej części Europy na niskim poziomie...
Nie spodziewałam się, że w warunkach sali operacyjnej trzeba będzie sobie radzić bez prądu, a niejednokrotnie i bez wody. Wyeksploatowane agregaty prądotwórcze nie były serwisowane od momentu ich zainstalowania wiele lat temu. Filtry pozapychane, pompy paliwa uszkodzone, chałupniczymi sposobami udawało nam się je czasowo uruchamiać, by móc operować przy świetle, a nawet korzystać z będącej na wyposażeniu szpitala diatermii (urządzenie zamykające krwawiące naczynia).

Z jakimi wyobrażeniami Pani wyjechała z Polski, a co zobaczyła Pani na miejscu?
Pani doktor uprzedzała nas, że czeka nas trudne zadanie, gdyż tamtejsi mieszkańcy borykają się z wieloma bardzo poważnymi problemami zdrowotnymi. Dodatkowo dużym obciążeniem i utrudnieniem w realizacji misji była głęboko zakorzeniona i wciąż najważniejsza dla tubylców medycyna ludowa. Zanim tamtejsi mieszkańcy dotarli do szpitala, szukali pomocy u czarowników, co skutkowało zaostrzeniem objawów i niejednokrotnie powikłaniami.

Udawało się naprawić to, co zepsuł szaman?
Nie zawsze. Wszystkie porody odbierane są w wioskach przy asyście szamanów i tzw. „starszych babek”. Śmiertelność noworodków i położnic jest więc bardzo wysoka, podobnie jak niespotykane właściwie w Europie okołoporodowe zakażenie beztlenową laseczką tężca. Podobnie wygląda pomoc szamańska w dość powszechnych tam ukąszeniach przez jadowite afrykańskie węże. Trujący jad, wstrzyknięty przez gady, wydłuża czas krwawienia i krzepnięcia, więc ugryziony człowiek może śmiertelnie krwawić z wszystkich błon śluzowych, np. z przewodu pokarmowego. Ukąszony udaje się po ratunek do miejscowego lekarza najczęściej wtedy, gdy jest już za późno. Nie udało się nam, niestety, uratować ukąszonej przez węża kobiety, leczonej zasypką z ziół przez wioskowego czarownika. Dotarła do nas po kilku dniach od kontaktu z jadem, surowica już nie pomogła.

W jakich warunkach mieszkaliście, pracowaliście?
W Dono Manga mieszkaliśmy w murowanych pawilonach wśród cytrusowych drzew na zapleczu szpitala. Każdy z nas miał swój skromny, ale wygodny pokój z łazienką. Siostry zakonne zadbały też o to, byśmy nie byli głodni. Dwa razy dziennie przygotowywano nam ciepłe i smaczne dania. Sami przyrządzaliśmy sobie śniadania. Zabiegi wykonywaliśmy w szpitalu należącym do katolików, wybudowanym przez Hiszpanów, a zarządzanym przez mieszkające na jego terytorium siostry zakonne z Meksyku . Dziennie wykonywaliśmy od 5 do 12 operacji. Czynnościami związanymi z wyjaławianiem instrumentów, sprzątaniem sal zajmowali się tamtejszy pracownik - sanitariusz i siostra zakonna, pielęgniarka o imieniu Mercedes; odpowiadała za funkcjonowanie bloku operacyjnego; pomagała mi w codziennych czynnościach jako pielęgniarka tzw. lotna. Po kilku dniach rozumiała nawet kilka podstawowych komunikatów w języku polskim.

Która z interwencji najbardziej zapadła Pani w pamięć?
Najwięcej procedur operacyjnych polegało na beznapięciowym zaopatrywaniu olbrzymich przepuklin pachwinowych i mosznowych, czyli wszczepieniu siatki zapobiegającej ich nawrotom. Wykonaliśmy też amputacje nowotworowego podudzia i gruczołów piersiowych z zaawansowanym rakiem, wiele nacięć i ewakuacji ropni w różnych regionach ciała oraz kilka operacji ginekologicznych. Właśnie one zapadły mi głęboko w pamięć. Podczas cięć cesarskich z macicy wydobywaliśmy martwe, nieżyjące od paru dni i rozkładające się już dojrzałe płody. W krajach cywilizowanych nie ma takich zdarzeń. W Czadzie po pomoc do szpitala kobieta przychodzi w ostateczności, wyczerpana wieloma próbami „leczenia” przez uzdrawiaczy...

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 06-01-2015 10:55

    Brak ocen 0 0

    - medyk : pani Kate !! po eboli to moze byc ostatni kontakt

    Odpowiedz