Zaprojektuj sobie ulicę

Piotr Schutta 2 stycznia 2015, aktualizowano: 02-01-2015 11:37

Piotr Wielgus i Paweł Kołacz z toruńskiej Pracowni Zrównoważonego Rozwoju wymyślili „Przepis na ulicę”. Robią coś, czego w Polsce nikt nie robi. Razem z mieszkańcami projektują drogi. I to tak, że nawet drogowcy są zadowoleni.

Archeolog i specjalista od ochrony środowiska, Paweł Kołacz i Piotr Wielgus z Torunia. Nie mają na sztandarach haseł politycznych, nie pachnie im władza ani wielkie pieniądze. Chcą tylko, żeby ludzie ze sobą rozmawiali.

Fot.: Tomasz Czachorowski

- Jeśli urzędnik mówi, że coś jest niemożliwe do wykonania, znaczy to tylko tyle, że on tego w ten sposób nigdy nie robił. A my wszystkim powtarzamy: skoro można polecieć na Marsa, to co, projektu zwykłej uliczki osiedlowej nie da się zmienić? - mówi z uśmiechem 36-letni Paweł Kołacz, z zawodu archeolog, od kilku lat zaangażowany w rozwój lokalnych społeczności. Żywo gestykuluje, mówi szybko i dobitnie, mocno akcentując słowa.


Kiedy siedem lat temu po kilkuletnim pobycie zawodowym w Irlandii zakładał w swojej dzielnicy Stowarzyszenie „Bydgoskie Przedmieście” nie miał pojęcia, że jego życie zawodowe wypełni... dialog społeczny.

Nie ma ściemy


Rozmawiamy w jednym z pomieszczeń działającej od 8 lat Fundacji Pracownia Zrównoważonego Rozwoju w Toruniu. Regał za plecami Pawła Kołacza wypełniają opasłe segregatory, pełne diagnoz ulic oraz potrzeb mieszkańców miast i miejscowości z całej Polski. Ścianę podpierają dwie żółte tablice. Napis na jednej z nich głosi: „Uwaga konsultacje ulicy!”. Dobrze ją znają ludzie z ulicy Polnej i Starej Drogi. Właśnie tam wiosną tego roku ruszyły pierwsze dwa projekty pod hasłem „Przepis na ulicę”.

- Tu nie ma ściemy. Może kuchnia całego procesu konsultacji i projektowania partycypacyjnego, bo tak się to fachowo nazywa, nie jest medialnie atrakcyjna, ale najważniejsze, że nasze metody są skuteczne. Widać to później w postaci efektów - mówi Kołacz.

Ulica Augusta Cieszkowskiego w Bydgoszczy to przykład miejsca, w którym piękno architektury zostało docenione przez mieszkańców. Założyli stowarzyszenie, organizują święto ulicy i chcą, by secesyjna ulica stała się wizytówką miasta.

fot. Tomasz Czachorowski

Ulica Augusta Cieszkowskiego w Bydgoszczy to przykład miejsca, w którym piękno architektury zostało docenione przez mieszkańców. Założyli stowarzyszenie, organizują święto ulicy i chcą, by secesyjna ulica stała się wizytówką miasta.


- A efekty to dobry projekt parku czy ulicy, bezpieczna i funkcjonalna przestrzeń publiczna, z której wszyscy są zadowoleni - dodaje 38-letni Piotr Wielgus, wysoki, szczupły absolwent wydziału ochrony środowiska, założyciel i wiceprezes PZR. Dziś ma na sobie garnitur, za co przeprasza, wyjaśniając, że przed chwilą był na oficjalnym spotkaniu z prezydentem miasta, który obiecał, że przynajmniej połowa uwag wynikających z konsultacji z mieszkańcami toruńskiej starówki (zakończony ponad rok temu projekt „Restart”), będzie uwzględniona w projekcie. To i tak sukces, bo polska praktyka w projektowaniu miejsc publicznych w ogóle nie uwzględnia udziału mieszkańców na etapie powstawania projektu.

Wiecie, jak to się nazywa?


W PZR krąży anegdota odnosząca się do dialogu z pewnym projektantem, który ku swemu niezadowoleniu został zaproszony na konsultacje z mieszkańcami dzielnicy.

- Wiecie panowie, jak się nazywa to, co tutaj robimy?

- Czyli co? - zapytano.

- To, że zmuszamy projektanta do spełniania zachcianek mieszkańców.

- No jak?

- To jest prostytuowanie się projektanta - wystrzelił bez wahania pan architekt.

Przepis na przyjazną ulicę jest bardzo prosty. Wziąć ludzkie potrzeby, dodać wiedzę projektanta, wymieszać wszystko z doświadczeniem negocjacyjnym ludzi z Pracowni Zrównoważonego Rozwoju i już.

- Otrzymamy najwyższej jakości produkt. Doskonały projekt ulicy, na której każdy będzie czuł się komfortowo i nawet drogowcy będą zadowoleni ze swojej roboty - mówią w pracowni.

Zabawa w dialog drogowy zaczyna się od badania opinii i potrzeb mieszkańców oraz analizy samej przestrzeni ulicy. Są to rozmowy z ludźmi, sondaże i ankiety, oprócz tego gromadzi się dostępną dokumentację, na przykład studia i plany zagospodarowania przestrzennego. Do tego dochodzą pomiary natężenia ruchu, hałasu, analiza grup użytkowników itp. Przy czym nikt nie czeka na rozmówców w odległym biurze i w ściśle określonym czasie. W „Przepisie na ulicę” do ludzi się wychodzi. Na Polnej na przykład kilka razy rozstawiano namiot, który był mobilnym punktem konsultacyjnym. Mógł do niego zajrzeć każdy, kto przejeżdżał ulicą.

Tu nie chodzi o zachcianki


Szansę wypowiedzenia się mają wszyscy korzystający z ulicy: matka z dzieckiem, staruszek z pieskiem, rowerzysta, kierowca, rolkarz i biegacz. Dzięki tak zebranym informacjom powstaje, mówiąc krótko, fachowa diagnoza ulicy, uwzględniająca potrzeby wszystkich. Marzenia i oczekiwania mieszkańców są w niej najważniejsze, ale to nie to samo, co zachcianki.

- Nie pytamy ludzi o to, co by chcieli. Pytamy, jakie mają potrzeby jako użytkownicy tego konkretnego miejsca - mówi Paweł Kołacz.

Kiedy kilka lat temu na Bydgoskim Przedmieściu powstawał projekt rewitalizacji parku miejskiego, stowarzyszenie mieszkańców przez półtora roku nie mogło przekonać urzędników, by wysłuchali ich pomysłów.

- Ciągle słyszeliśmy tylko: „Ale o co wam chodzi? Czy nie cieszycie się, że załatwiliśmy pieniądze i wyremontujemy wam park?” - wspomina Kołacz.

Do przełomu doszło na spotkaniu „ostatniej szansy”, gdy urzędniczkę z ratusza zarządzającą projektem zapytano, czy chciałaby, żeby jej mieszkanie bez jej udziału urządził ktoś, kto nie będzie w nim mieszkał. Kobieta była zaskoczona i zdumiona.

- Ach, to o to wam chodzi - wyz- nała w końcu i w ciągu kwadransa wszystkie problemy formalne były załatwione pozytywnie. Dziś park na Bydgoskim Przedmieściu jest jednym z najładniejszych w mieś-
cie.

Uwaga! Zmieniamy stolik


Lata doświadczeń w konsultowaniu przestrzeni publicznej i zderzaniu potrzeb zwykłych mieszkańców z wyobrażeniami urzędników i projektantów doprowadziły Wielgusa i Kołacza do uznania brutalnej prawdy, że o drogach w Polsce rozmawia się najgorzej.

- Nikt sobie z tym nie radzi. Mieszkańcy boją się hermetycznego języka drogowców, a drogowcy myślą, że jak im się zacznie wtrącać do projektu zwykły obywatel, to wszystko sie wywróci do góry nogami. Są jeszcze władze samorządowe, którym przy okazji takiego dialogu zawsze się obrywa, ponieważ wychodzą na jaw wieloletnie zaniedbania i braki w planowaniu przestrzennym - dodaje Paweł Kołacz. - Naszym zadaniem jest doprowadzenie do spotkania obu stron i czuwanie, by nie zrobiły sobie one krzywdy. Wszystkie konsultacje, rozmowy czy debaty są przez nas odpowiednio moderowane.

Na przykład: jak sprawić, by setka ludzi, która przyszła na dwugodzinne spotkanie naładowana emocjami, wypowiedziała się składnie na temat swojej ulicy? To łatwe. Wystarczy sięgnąć po odpowiednią technikę, choćby world cafe. 100 osób dzieli się na kilkanaście grup. Każda siada przy stoliku i przekazuje informacje kierownikowi stolika. Co kilkanaście minut grupki zmieniają stoliki. Po 120 minutach mamy mnóstwo zapisanych informacji.

Tradycyjne konsultacje wyglądają w Polsce tak: na stronie internetowej urzędu (rzadziej w prasie) pojawia się lakoniczna notka, że w takim to a takim miejscu i czasie zostanie wyłożony projekt i że można zgłaszać uwagi. Rzadko coś wpływa
do urzędów, a jeśli tak, przeważnie są to pisma organizacji pozarządowych. Niezrzeszony śmiertelnik ma małe szanse opowiedzenia o tym, jak widziałby swoją ulicę.

- Tak, chyba byłam zaskoczona - zastanawia się, jak opisać swoją reakcję Dorota Jarocka ze Starej Drogi, na wieść o tym, że każdy mieszkaniec ulicy będzie mógł wziąć udział w tworzeniu projektu drogowego. Dziś działa w grupie roboczej, która ma bezpośredni udział w projektowaniu. Pamięta, że na pierwszym spotkaniu większość była przeciwna modernizowaniu drogi. Obawiano się, że na nowej nawierzchni zaroi się od szybko jeżdżących samochodów.

- Opór mieszkańców i niedowierzanie są częścią tego dialogu. Wiadomo, jest to proces społeczny oparty na emocjach. Ale z drugiej strony obserwujemy, że niesamowicie szybko wyłaniają się liderzy społeczności, których zapraszamy do tak zwanej grupy roboczej. To oni razem z projektantem tworzą później projekt - mówi Paweł Kołacz.

Uliczka będzie czerwona


Stara Droga jest już gotowa. Na razie na papierze, ale wkrótce mają ruszyć prace. Uliczka będzie czerwona, z niebieskimi wyniesieniami, ławeczkami, zielenią i placykiem dla dzieci. Nikt jej nie wyprostuje i nie poszerzy. Będzie tak, jak chcieli mieszkańcy. Sami wybrali kolor nawierzchni i wiele innych ważnych elementów, które sprawią, że ulica będzie bezpieczna dla nich i dla ich dzieci. I miła dla oka. Przez kilka ostatnich tygodni mogli oglądać efekty swojej pracy projektowej, bo na Starej Drodze stały gabloty, w których pokazano gotowe rysunki techniczne i wizualizacje.

Działaniom Pracowni Zrównoważonego Rozwoju przyglądają się organizacje pozarządowe z całej Polski. Chcą współpracować i naśladować.

- Staramy się właśnie o grant z Funduszy Norweskich. Chcemy uruchomić stronę internetową dla mieszkańców miasta, na której będzie można zgłaszać uwagi dotyczące problemów komunikacyjnych - mówi Paweł Górny ze Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Transportu Publicznego w Bydgoszczy. Jego organizacja zgłasza od czasu do czasu propozycje zmian do miejskich projektów drogowych. - My wiemy o tych projektach, bo się tym interesujemy, ale przeciętny obywatel dowiaduje się o inwestycjach na swojej ulicy dopiero wtedy, gdy wjeżdża ciężki sprzęt. To trochę za późno - mówi Górny.

Fakty


Napiszą, jak rozmawiać

Projekt „Przepis na ulicę” ruszył wiosną tego roku. Pracownia Zrównoważonego Rozwoju po zdobyciu grantu z funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego zwróciła się do Miejskiego Zarządu Dróg z gotową koncepcją przeprowadzenia konsultacji drogowych z udziałem mieszkańców. MZD wskazał dwie ulice, na których w najbliższej przyszłości zaczną się inwestycje - tranzytową ulicę Polną i Starą Drogę na osiedlu Rudak. W styczniu przyszłego roku pracownia chce wydać podręcznik opisujący zasady prowadzenia konsultacji społecznych.

Wiedzą, czego chcą

Od miesiąca atmosfera twórczego fermentu nie opuszcza mieszkańców secesyjnej ulicy Augusta Cieszkowskiego w Bydgoszczy. Ich ukochana ulica będzie wreszcie remontowana. Przygotowywali się na ten moment przez ostatnich siedem lat, pracując wytrwale
w założonym przez siebie Stowarzyszeniu Mieszkańców Ulicy Cieszkowskiego „SMAC”. Od dawna wiedzą, czego potrzebują i jak ma wyglądać ich ulica. Właśnie zaczęli to konsultować z miejskimi urbanistami. Na razie jednak rozmowy
z urzędnikami bardziej przypominają walkę niż dialog.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 22-01-2015 12:59

    Brak ocen 0 0

    - hahaha: Akurat z Panem Kołaczem miałem do czynienia i pieniądze to 99% jego zainteresowań.

    Odpowiedz

  2. 06-01-2015 14:40

    Oceniono 11 razy 4 7

    - mieszkaniec: Nie sni im się kariera polityczna? A czy pani Wielgusowa nie startowala na prezydenta Torunia? Troche to smieszne. Od tego sa pracownie urbanistyczne. Samorzdnosc powinna polegac na zlozeniu uwag do planow pracowni, a nie na curku ulicznym. Widocznie panowie sa bogaci i maja czas na komedianctwo uliczne. Wielu ludzi musi po prostu ciężko pracować by utrzymać rodzine. Panowie się zajmują problemami luksusowymi a zarabiają budując sobie popularność by....wskazani lub popierani przez nich ludzie weszli do władz.

    Pokaż odpowiedzi (2) Odpowiedz

    1. 02-01-2015 17:24

      Oceniono 4 razy 2 2

      - Projektant dróg.: Wbrew pozorom konsultacje społeczne są powszechne. Sam wielokrotnie takowe przeprowadzałem. Odbywało się to na spotkaniach z mieszkańcami i przedstawicielami/zarządcami dróg/ulic/osiedli, gdzie poruszane były tematy potrzeb mieszkańców. Niestety jednak część mieszkańców na siłę chce coś zablokować lub się sprzeciwić, co jest nielogiczne, bo sami blokują inwestycje. Niejednokrotnie spotkałem się z zablokowaniem/wstrzymaniem inwestycji spowodowanym przez jednego niezadowolonego mieszkańca. Taka sytuacja jest całkowicie niedopuszczalna i powoduje ogólne zniechęcenie inwestorów do przeprowadzania takowych konsultacji. Proszę mi wierzyć, projektant również chce zaspokoić oczekiwania mieszkańców, musi jednak pogodzić je z obowiązującymi przepisami i wymogami - np: konieczność zachowania odpowiedniej szerokości jezdni, chodnika. Strona trzecia - opisywana w artykule jako mediator jest potrzebna, jednak trzeba pamiętać, że konsultacje wiążą się z uzyskaniem kompromisu, na który muszą pójść mieszkańcy/użytkownicy drogi i urzędnik wydający pozwolenie na budowę. Zadaniem projektanta jest wykonanie sprawnego projektu. Stwierdzenie iż osoba trzecia wykonuje projekty dróg jest moim zdaniem dużą nadinterpretacją. By zostać projektantem dróg trzeba posiadać odpowiednie uprawnienia i doświadczenie. Dodatkowo trzeba znać całą masę przepisów prawnych. Jestem projektantem dróg z wieloletnim doświadczeniem, posiadam uprawnienia do projektowania dróg. Brałem udział w wielu projektach infrastrukturalnych, szkoleniach w Niemczech dotyczących kształtowania przestrzeni ulicznej. Uważam siebie samego za projektanta nowej epoki. Niestety na rynku nadal działa sporo projektantów "starej ery" którzy projektują kierując się starymi schematami myślowymi, co skutkuje brakiem optymalnego wykorzystania przestrzeni publicznej.

      Odpowiedz