Lodowata odskocznia od życia [ZDJĘCIA]

Piotr Schutta 2 stycznia 2015, aktualizowano: 02-01-2015 11:22

Zwykły śmiertelnik stanie na brzegu opatulony puchową kurtką i jeszcze będzie mu zimno. Mors natomiast poskacze, pokręci się w kółko i wskoczy do jeziora, morza czy rzeki. Nieważne gdzie, byle było zimno.

Fot.: Dariusz Bloch

Temperatura powietrza bliska zeru. Ludzie w zimowych paltach, czapki albo kaptury mają na głowach, przytupują z zimna.


Nad brzegiem Małego Jeziora Żnińskiego zebrał się spory tłumek. Gapie mówią niewiele, patrzą jedynie - zdumieni. Niektórzy, żeby lepiej wszystko widzieć, opanowali drewniany pomost. Młody strażak z miejscowej OSP, w woderach po pachy, wkracza z łopatą w lodowatą toń i zaczyna rozgarniać kawały lodu, tworząc miejsce do kąpieli. Tylko szaleniec wskoczyłby dzisiaj do jeziora. Albo... mors.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (66) »


- Jak będzie trzeba, to się wskoczy, czemu nie - żartuje wąsaty strażak z ekipy zabezpieczającej imprezę, ale widać, że wolałby pozostać w swoim ciepłym mundurze bojowym i nikogo dzisiaj nie wyławiać. Zresztą w wodzie są już dwaj płetwonurkowie w czarnych ocieplających piankach z neoprenu.

Są tu wszyscy


Tymczasem ponad setka ludzi, zebranych przed prowizoryczną sceną przy plaży, już zdążyła się pozbyć większości swojej garderoby. W rytm tanecznej muzyki podskakują w czerwonych czapeczkach z pomponami (wczoraj były Mikołajki) i dziarsko machają kończynami. „Sia, la, la , la” płynie z głośników. Na dłoniach rękawiczki, na stopach trzewiki pływackie albo klapki, albo nic.

W powietrzu robi się gorąco od witalności roznegliżowanej grupy. Brzuchaci, umięśnieni, starzy, dzieciaki. Są tu wszyscy, w każdym wieku, każdej prawie profesji i mają jeden cel.

Ale to za chwilę. Teraz rozgrzewka. Musi być solidna. Ojciec z 9-letnim synkiem biegają energicznie po plaży tam i z powrotem (Miłosz zaczął morsować jako siedmiolatek). Kilka osób robi szybkie przebieżki po parku. Reszta tańczy: solo, w parach i wężykiem. Nie ma smutnej twarzy, nie ma apatii.

- Kochani, porządnie się trzeba rozgrzać. Za piętnaście minut wchodzimy do wody - krzyczy do mikrofonu Marcin Nowak, miejscowy nauczyciel matematyki, jeden z organizatorów. Ma na sobie tylko kąpielówki i czapeczkę. Obok niego na scenie w taneczno-rogrzewkowych wygibasach wyginają się trzy zgrabne dziewczęta w kusych kubraczkach świętego Mikołaja.

Pierwsi wchodzą weterani


Wreszcie punktualnie o dwunastej prawie 150 osób odzianych tylko w stroje kąpielowe ładuje się do wody. Pierwsi wchodzą weterani, na końcu nowicjusze.

- Kochani. Ci, którzy dzisiaj przeżywają swoje morsowe rozdziewiczenie, proszę, żeby wchodzili na końcu i tylko na trzydzieści sekund - ogłasza Leszek Janowski, ze Żnińskiego Klubu Morsa. To on i jego przyjaciele wpadli na pomysł, by w tutejszej siedzibie Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego zorganizować dwudniowy I Ogólnopolski Zlot Morsów.

- Każdy inaczej zaczynał. Jeden przyglądał się przez dwa sezony, a drugi od razu wskakiwał, na żywioł. Można i tak, i tak. Tylko rogrzewkę trzeba zawsze zrobić - mówi Marcin Gwoździowski, przedstawiciel handlowy z Tarnobrzegu. Tamtejszy Klub Morsa liczy sobie 60 członków. Do Żnina przyjechała z klubowym transparentem jego ośmioosobowa reprezentacja. Jest w niej mistrz kominiarski, nauczyciel, pracownik firmy energetycznej i grupka młodzieży studenckiej.

- Za tydzień przepływamy Wisłę w Warszawie. To już jest wyczyn. 30 osób z całej Polski płynie na dystansie 380 metrów. Potem płyniemy Wisłą w Krakowie. Później jedziemy na zlot międzynarodowy do Mielna , a w marcu razem z morsami z Bydgoszczy planujemy zlot klubów w Bieszczadach - mówią tarnobrzeskie morsy. Chcą dobrze wykorzystać sezon, który dla każdego morsa zaczyna się z końcem września, a kończy w kwietniu.

Morsów coraz więcej


Nikt tego porządnie nie policzył, ale trudno nie zauważyć, że morsowanie w ostatnich latach przybrało w Polsce na sile. Przybywa klubów, na mapie imprez pojawiają się nowe zloty. W styczniu 2014 roku na zlocie w Kołobrzegu ustanowiono nowy rekord Guinnessa. Do zimnej wody weszło jednocześnie około 1400 osób. Poprzedni rekord należał do Mielna. W lutym 2015 roku ma tam powrócić. Organizatorzy spodziewają się ok. 1700 morsów z Polski i zagranicy.

- Po co to robimy? To jest odskocznia od życia. Lepsza niż rodzina - mówi Marcin Gwoździowski.

- Taka kąpiel resetuje organizm po trudach tygodnia. Skacze adrenalina, wydzielają się endorfiny, człowiek się cały regeneruje. Komputer, gdy zamula, to też trzeba go wyłączyć i potem szybciej działa. Podobnie jest z nami - śmieje się kominiarz Piotr Śledziona i od ręki wylicza korzyści wskakiwania do zimnej wody: ujędrnia ciało, pomaga na stawy, podnosi odporność, rozładowuje stres, poprawia krążenie.

- To wszystko prawda. Ale oprócz tego, mamy ważny aspekt społeczny; ludzie budują fajną, wspierającą się grupę i bardzo efektywnie spędzają czas. Podczas zlotów promuje się różne formy aktywności sportowej. Wielu morsów biega maratony i półmaratony. To świetny przykład dla innych, jak można dbać o zdrowie. Taki styl życia - mówi Ałła Bazarowa, lekarz kilku specjalności, od roku mors jeziorny, od lat osoba zajmująca się hartowaniem zimną wodą.

Jak mówią doświadczone morsy, co zresztą potwierdzają lekarze, morsowanie jest dla każdego. Jedynym przeciwskazaniem są schorzenia układu krążenia i choroba nadciśnieniowa.

- Na pewno nie zaleca się nowicjuszom wskakiwania do przerębla. Jeśli chodzi o hartowanie organizmu w ogóle, to stopniowe hartowanie się zimną wodą może rozpocząć nawet bardzo chory człowiek - uważa doktor Bazarowa. - Przeciwskazaniem dla zaawansowanego morsowania jest na pewno nadciśnienie i choroba serca - powtarza lekarka. Dla człowieka cierpiącego na wymienione schorzenia wejście do zimnej wody może skończyć się zatrzymaniem akcji serca.

- To jest krioterapia za darmo - mówi Andrzej Lichodziejewski, zażywny, niewysoki mężczyzna w czapeczce w szkocką kratę. Przyjechał na zlot ze Swarzędza, razem z żoną, dziećmi i wnukami. Wszyscy morsują i jeżdżą na zloty po całej Polsce. Nie boją się zimna i chorób.

- Żona wchodziła do przerębla przy temperaturze powietrza minus siedemnaście, a woda miała zero stopni. I co, żyje? - żartuje 65-letni pan Andrzej.

- Latem to ja w życiu do Bałtyku nie wejdę, bo mi za zimno. To mi nie pasuje - mówi Karolina Jurkiewicz ze swarzędzkiego klubu morsów. - W powietrzu 25 stopni ciepła, a woda ma tylko osiem. Za duża różnica temperatury.

Lodołamacze się nie rozgrzewają


Morsowanie w Polsce ma długą tradycję. Pierwsze kluby morsów powstawały już w latach 70. ubiegłego wieku.

- Żartujemy sobie, że na początku to były kluby krzaczaste, bo morsy kryły się po krzakach. Ludzie się podśmiewali, nie traktowali nas poważnie - mówi Maria Kłosińska z istniejącego od 12 lat klubu „Lodołamacze” z Margonina. Pracuje w administracji leśnictwa. Po raz pierwszy do zimnej wody weszła przed 10 laty, prawie z marszu, namówiona przez jednego z margonińskich morsów.

- My nie jesteśmy wielbicielami rozgrzewek. Robieramy się, może tam zrobimy jedno kółeczko i buch do wody. Każdy organizm działa inaczej. Jedni muszą się rozgrzać przed, drudzy biegają po kąpieli, a jeszcze inni wcale. Za to do wody wchodzę bardzo powoli. Ale nasze chłopaki wskakują i nic się nie dzieje. Uważamy natomiast zawsze, kiedy wchodzimy do lodu.

- Strasznie to wciąga. Jeśli spodoba się po pierwszym razie, to później nie da się przestać. A z tymi endorfinami to prawda. Wystarczy obejrzeć filmiki z naszych wejść
- mówi Jarosław Pozorski, mors od 5 lat, z zawodu mechanik samochodowy.