Białko z owada, zupa z drukarki

Piotr Shutta 2 stycznia 2015

Za 20 lat naszą planetę będzie zamieszkiwać 9 miliardów ludzi. Czy damy radę się wyżywić? Co i jak będziemy jeść?

Na zdjęciu dr Anna Litwiniec pośród sadzonek buraka cukrowego, które są materiałem wyjściowym w hodowli odpornościowej, której celem jest otrzymanie rośliny radzącej sobie w trudnych warunkach

Fot.: Tomasz Czachorowski

Już teraz przeszło 800 mln spośród 7 mld mieszkańców Ziemi cierpi głód, a będzie jeszcze gorzej, gdy w ciągu najbliższych dwóch dekad ta ostatnia liczba wzrośnie o kolejne dwa miliardy. Nigdy wcześniej w dziejach naszej planety nie odnotowywano tak szybkiego skoku demograficznego. Dość powiedzieć, że między XI a XVI w. przybyło 100 mln ludzi, podczas gdy w czasach obecnych taki przyrost odbywa się zaledwie w ciągu roku!



- W dziedzinie produkcji żywności człowiek zawsze poszukiwał nowości, były różne mody. Ale teraz pojawia się prawdziwa konieczność znalezienia sposobu na jeszcze większą wydajność albo odkrycia nowych źródeł surowców żywnościowych - mówi Marek Szczygielski, dyrektor Wojewódzkiego Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych w Bydgoszczy. Na półce w jego gabinecie stoi rząd pojemników z proszkami o nieciekawych zapachach. To

hydrolizaty białkowe


- preparaty uzyskiwane z odpadów powstałych przy produkcji mięsa. Coś, co kiedyś było dla człowieka niejadalne, dziś jako produkt wysoko przetworzony staje się w 50 proc. składnikiem żywności. Można się bez tego obejść, ale haczyk tkwi w wydajności. Z żółtego proszku o zapachu starej ryby można uzyskać galaretowaty wypełniacz.

- Dawniej do kiełbasy dodawało się niewielką ilość wody. Dzisiaj tylko połowa jej składu to mięso, a reszta to dodatki w postaci hydrolizatów białek. Produkt nowoczesny, tani, ale niekoniecznie taki, który chcielibyśmy jeść - mówi Marek Szczygielski.
Wkrótce jednak może się okazać, że produkcja oparta na wypełniaczach to za mało. Jak wynika z raportów Światowej Organizacji Zdrowia, w najbliższych 40 latach zapotrzebowanie na żywność może się nawet podwoić. Dziś aż ok. 70 proc. gruntów rolnych wykorzystuje się na świecie do hodowli zwierząt. Eksperci są zdania, że tego stanu rzeczy nie da się dalej utrzymać ze względu na zbyt wysokie koszty i obciążenie dla środowiska: zużycie pasz, wody i energii elektrycznej, emisję gazów cieplarnianych itp. Szacuje się, że wyprodukowanie mięsa jest nie tylko kosztowniejsze od produkcji roślinnej, ale też zajmuje pięć razy więcej powierzchni użytków rolnych. Gdzie więc szukać

źródła wartościowego białka,


które jest dla człowieka niezbędne? Odpowiedź jest prosta. Dieta przyszłości może składać się z żywności pochodzenia roślinnego, uzupełnionej wysokiej jakości białkiem... z owadów. To dla człowieka zresztą nic nowego. W Ameryce Południowej, Azji, Afryce i Australii wartości odżywcze owadów znane są od dawna. Jada się tam od wieków smażone świerszcze, mrówki, szarańczę, larwy ciem i chrząszczy. Jedna trzecia mieszkańców Ziemi odżywia się na co dzień owadami, które, oprócz białka, są także źródłem wapnia i żelaza.

Jak przekonują naukowcy z holenderskiego ośrodka w Wageningen, hodowla owadów jadalnych jest energooszczędna, ekologiczna i niezwykle wydajna. Z 10 kg paszy można wyprodukować do 7 kg jadalnych w całości larw, ale tylko 1 kg wołowiny.

Niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości insektożercami staną się również na szeroką skalę Europejczycy. Komisja Europejska przeznaczyła 3 mln euro na program badawczy, mający dać odpowiedź na pytanie, czy owady mogą stać się dla Europy alternatywnym źródłem białka.

Nie wiadomo, czy jadalne owady wywołają w Europie taki przełom, jaki w przeszłości był dziełem ziemniaka, przywiezionego przez hiszpańskich konkwistadorów z Andów. Ta niepozorna bulwa (znamy dzisiaj ponad 1000 jej odmian, w tym w Polsce ok. 130) w minionych wiekach wielokrotnie ratowała całe państwa przed klęską głodu. W Niemczech była rośliną nakazaną przez państwo, niezwykłą popularność zyskała w XVIII-wiecznej Irlandii.

Trudno orzec czy ziemniak (źródło skrobi i witaminy C) będzie warzywem przyszłości, ale na pewno przetrwa, a może nawet opuści naszą planetę razem z ludźmi, by dać początek uprawom gdzieś w kosmosie. - Kto wie? Na razie udoskonalamy odmiany, które poradzą sobie z patogenami oraz w trudnych warunkach klimatycznych, np. w Afryce - uśmiecha się Mirosław Nowakowski, kierujący bydgoskim oddziałem Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, w którym pracuje się nad nowymi odmianami ziemniaka i buraka cukrowego. - Szukamy takich form, które będą odporne na niedobory wody w glebie oraz rozmaite szkodliwe czynniki. Geny wykazujące tego typu zdolności można znaleźć wśród odmian dzikich. Problem polega tylko na tym, że przynoszą one mały plon. Pracujemy nad tym, by był jak największy, krzyżując ze sobą różne genotypy roślin - mówi Nowakowski.

Poszukiwanie naturalnej odporności różnych gatunków roślin jadalnych poprzez choćby krzyżowanie odmian (nie mylić z GMO - genetyczną modyfikacją organizmów, której wpływ na człowieka nie jest do końca wyjaśniony) to kierunek mocno rozwinięty w nauce, dający szansę na rozwój rolnictwa ekologicznego, na które zapotrzebowanie jest coraz większe.

- Prowadząc uprawy na coraz większych obszarach musimy liczyć się z rosnącym ryzykiem porażenia roślin przez choroby i szkodniki. To z kolei wymusza stosowanie na coraz większą skalę chemicznych środków ochrony roślin. Alternatywą może być tu jedynie rolnictwo ekologiczne, które wcale nie jest tak mało wydajne, a na pewno, gdy policzymy uczciwie wszystkie koszty, również te społeczne, okazuje się być dużo tańsze od tradycyjnego - nie ma wątpliwości Marek Szczygielski z IJHARS.
Ekologiczna ma być też produkcja mleka przyszłości. W pracowni mikrobiologicznej spółki Muufri, założonej przez dwóch hinduskich bioinżynierów, dzięki ingerencji w genom krów mlecznych, wyprodukowano

mleko z drożdży.


Podobno tak samo zdrowe, jak to od krowy, a przy tym pozbawione laktozy.

Mleko z drożdży nie trafiło jeszcze do produkcji masowej, ale za to mamy na rynku już pierwsze drukarki 3D do... żywności. Firma Natural Machines, producent drukarki Foodini, twierdzi, że możlwe jest „wydrukowanie” każdego rodzaju żywności: ciastek, makaronu, krewetek, a wszystko z wykorzystaniem naturalnych składników. Nową technologią zainteresowała się już amerykańska agencja NASA, przyznając grant w wysokości 125 tys. zł na badania nad drukarką, która zapewni kosmonautom dostęp do żywności na kilkadziesiąt lat.