Nie gonię za marzeniami, doceniam to, co mam

Paulina Błaszkiewicz 29 grudnia 2014

Rozmowa z ANITĄ SOKOŁOWSKĄ znaną z seriali „Na dobre i na złe” i „Przyjaciółki”, aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy.

Fot.: MWMEDIA


Po tym, jak trudno było nam się umówić na ten wywiad, stwierdziłam, że jest Pani jedną z najbardziej zapracowanych aktorek. Teatr, serial - naprawdę dużo się dzieje. To był dla Pani dobry rok?
Nieskromnie powiem, że nie tylko ostatni rok był dla mnie dobry, ale kilka ostatnich lat. Nie chcę jednak myśleć o życiu w ramach pewnego rodzaju podsumowań. Cały czas coś się dzieje, ale na tym polega życie. Nie wiem, czy to jest sukces, czy taka jest jego miara?

Co jest dla Pani sukcesem?
To, że jestem mamą, że mam udane życie prywatne. Praca, kolejne role nie są moimi życiowymi priorytetami. Owszem, to wszystko jest ważne, ale przede wszystkim skupiam się na tym, co mam i co jest przede mną. Wierzę, że to, co robię, ma sens. Nie gonię za marzeniami, ale staram się doceniać to, co jest tu i teraz.

Coś w tym jest, że największy sukces osiągają ci, którzy za nim nie gonią. Pani też czekała na rolę, która przyniosła dużą popularność, czyli postać Zuzy w serialu „Przyjaciółki”...
Tak, ale to nie była rola, która powstała z myślą o mnie. Serial był już napisany, a reżyser z producentem dobierali aktorki. Cieszę się, że po tak długim czasie grania doktor Leny w serialu „Na dobre i na złe” mogłam pokazać widzom swoje inne, nieznane dotąd oblicze. Lubię wykorzystywać nowe środki, pokazać temperament i to, że nie boję się ról komediowych. Powiem więcej, bardzo takie lubię. To, że serial „Przyjaciółki” się podoba, uważam za swój osobisty sukces. Rzadko się w Polsce zdarza, że popularność serialu rośnie w trakcie jego trwania.

W „Przyjaciółkach” jest Pani wyzwoloną singielką. Dobrze nią być?
W serialu tak, a w życiu? Nie wiem. To złożone pytanie. Wydaje mi się, że to kwestia pewnego wyboru, który zależy od osobowości kobiety. Chyba nie mogłabym być singielką. Lubię się dzielić, współdzielić z kimś czas, przeżywać i być z kimś. To nie chodzi tylko o związek z mężczyzną. Pamiętam, że zawsze chciałam być w zespole teatralnym. Wolę współpracować, współtworzyć niż grać solo. Owszem, samotność jest nam potrzebna i ja też od czasu do czasu tęsknię do takich chwil, ale do pełni szczęścia potrzebuję drugiego człowieka.

Od ośmiu lat jest Pani aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Podobno budzi Pani zainteresowanie nie tylko wśród widzów, którzy przychodzą na spektakle, ale także wśród mieszkańców?
Rzeczywiście, to już osiem lat! Czas leci... Pamiętam swoje pierwsze przedstawienie na deskach tego teatru. To było „Przebudzenie wiosny” - Paweł Łysak został nowym dyrektorem... A wracając do pani pytania, to faktycznie bardzo często jestem zaczepiana na bydgoskich ulicach. Mieszkańcy pytają mnie, co robię w ich mieście, a ja odpowiadam, że jestem w nim od ośmiu lat! Z kolei w teatrze zawsze spotykam się z dużą sympatią ze strony widzów. Nigdy nie odczułam, że jestem aktorką warszawską na gościnnych występach. To, że ludzie chcą przyjść na taki spektakl jak „Komornicka. Biografia pozorna”, bardzo mnie cieszy.

Zaskakuje Panią, że jednak najbardziej jest Pani kojarzona z rolami serialowymi?
Nie, a już na pewno nie w sytuacjach, kiedy ktoś oglądając mnie w serialu postanawia przyjść do teatru i zobaczyć, jak gram. To pozytywne, ale nie ukrywam, że trochę dziwne jest dla mnie to, że ktoś nie był w teatrze od ośmiu lat. Chociaż... Ostatnio podczas rozmowy z koleżanką aktorką dowiedziałam się, że jej babcia po raz pierwszy poszła do teatru w wieku osiemdziesięciu lat. Różne mamy historie i doświadczenia.

17 stycznia 2015 roku w Teatrze Polskim odbędzie się premiera „Murzynów” Geneta. Zapowiada się bardzo kobiecy spektakl z Pani udziałem...
Tak, to będzie bardzo feministyczny i kobiecy spektakl, który reżyseruje Iga Gańczarczyk. Wiem, że to przedstawienie chodziło za nią od dłuższego czasu, no i na szczęście doskonale zbiegło się z linią programową teatru. Dzięki temu mogę dotknąć Geneta. To będzie spektakl na wielu poziomach, dlatego radzę, by przyjść dwa razy i zobaczyć go z dwóch perspektyw. Mogę zdradzić, że na scenie zobaczymy aż osiem aktorek, które wcielą się w Murzynów. To jest bardzo wyraźny komunikat do odczytania.

Albo rodzaj pewnego rodzaju prowokacji. Ale chyba o to chodzi w teatrze, który staje się coraz bardziej kobiecy...
Zadaniem teatru od zawsze było badanie zjawisk współczesnego świata, a nie tylko starej literatury. Rzeczywiście, teatr staje się coraz bardziej polityczny, ale nie w tym sensie, że zajmuje się polityką w potocznym tego słowa znaczeniu. On dotyka problemów społecznych, niezwykle ważnych kwestii. „Komornicka" też jest spektaklem feministycznym, ale chciałabym zwrócić uwagę na to, byśmy we właściwy sposób odczytywali określenie „feministyczny”. Wiemy doskonale, że feminizm nie walczy tylko o sprawy kobiet, ale przede wszystkim człowieka. To ruch społeczny, który dziś nie wszystkim najlepiej się kojarzy.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 03-02-2015 19:43

    Brak ocen 0 0

    - dziewczyna jasia : z takich nog tez bym sie czula doceniona

    Odpowiedz