Kto powie, czy był tu kiedyś Noe?

Krzysztof Błażejewski 28 grudnia 2014

Czy ogląda się ją od zachodu, z Turcji, czy ze wschodu - z doliny na styku granic czterech krajów, gdzie pełno śladów niedawnej wojny, czy też z północy - z Erewania, zawsze wygląda majestatycznie. Tę górę świat zna jako Ararat.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

- An-ne! An-ne! - szeroko roznosi się głos kilkuletniej dziewczynki, którą wystraszyło przybycie grupy obcych. Ta pierwsza w życiu, wypowiadana przez każdego sylaba, wołanie o matczyną opiekę, po turecku brzmi inaczej, obco jakoś.


Na podwórze wspólne dla kilka glinianych chatek, z antenami satelitarnymi na dachu, wychodzi matka dziewczynki, jej rodzeństwo, krewni. Przyglądają się przybyszom, ale bez specjalnego zaciekawienia. Na położony opodal parking dzień w dzień zajeżdżają osobówki, busy i autokary. Z tego miejsca, położonego niedaleko miasta Dogubayazit w Turcji znakomicie widać szczyt Agri Dagi (5137 m n.p.m.), zwany powszechnie górą Ararat.

Stary Turek z kluczem w dłoni przechodzi śpiesznie przez jezdnię. Idzie otworzyć swój sklepik dla turystów, wykuty w... skale. Dzięki temu napoje ma zawsze zimne, nie potrzebuje ani lodówki, ani prądu. Z kramu zapewne utrzymuje się cała rodzina. I z wypasu kóz, które jedzą wszystko, cokolwiek na tej półpustyni rośnie.

Śniegi w obłokach


Ararat z tego miejsca prezentuje się nadzwyczaj okazale. Wybija w niebo z płaskiego niemal podłoża. „W niebo” niemal dosłownie. Jego obydwa wierzchołki - duży i mały, pokryte śniegiem, a właściwie lodowcami, niemal zawsze spowijają obłoki. Widok niewiele mniej poruszający niż widziane z równin parku Arusha Kilimandżaro czy z plaży riwiery greckiej Olimp...

Turek, właściciel sklepiku wykutego w skale tuż przy parkingu, usytuowanym przy biegnącej u podnóża góry Ararat szosie.

fot. Krzysztof Błażejewski

Turek, właściciel sklepiku wykutego w skale tuż przy parkingu, usytuowanym przy biegnącej u podnóża góry Ararat szosie.


Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby zobaczyć tę świętą dla wielu górę w pełni krasy. Zwykle udaje się to wcześnie rano. Chwilę później słońce jest już tak intensywne, że parującą ze szczytu wodę natychmiast zamienia w obłoki...

Przypatrujący się przybyszom zza ogrodzenia miejscowi uświadamiają szybko, że to nie Stambuł, Ankara czy zeuropeizowane miasta zachodniej Turcji. To głęboka Anatolia, pogranicze z Irakiem i Iranem. Kraj Kurdów. Tu wszystkie kobiety mają na sobie czarne czadory, a mężczyźni chodzą zawsze w długich spodniach i koszulach z długimi rękawami. Jeśli któraś z kobiet nie przypomina z daleka zakonnicy, to musi to być turystka. I to nie z pobliskiej Armenii.

Mimo odległości ledwie kilkunastu kilometrów od granicy żadna szanująca się Ormianka tutaj swojej stopy nie postawi. Byłoby to zresztą karkołomne przedsięwzięcie, wymagające ogromnego objazdu - nie ma ani jednego przejścia granicznego między Turcją i Armenią. Dla Turków Armenia w ogóle nie istnieje, dla Ormian - nie ma na świecie czegoś takiego jak Turcja...

Pierwsze ludobójstwo


Dowody z przeszłości co do tego, czyje to były do niedawna ziemie, są twarde i łatwo dostrzegalne. W tej części Turcji nietrudno napotkać chrześcijańskie średniowieczne kościółki ormiańskie. Zwykle na pustkowiu czy wśród ruin. Za to meczety to same „nówki” w młodych osadach.

Kilkanaście kilometrów dalej szosa podchodzi pod sam masyw Araratu. Wspinaczka na pierwsze wzniesienie daje przedsmak tego, co czeka wędrowca dalej. Na ostrych, pokruszonych skałach, przekształconych przez czas w gruzowisko, nie brak niskiej, usychającej roślinności. Otwarta przestrzeń, z błękitnego nieba leje się żar. Dziś miało być 38 stopni w cieniu.

To tutaj, w okolicach Araratu, rozegrała się prawie sto lat temu jedna z największych tragedii w dziejach Europy. Nazywa się ją zwykle „rzezią Ormian”. Podczas I wojny światowej przebywające na głębokim zapleczu Turcji oddziały wojskowe postanowiły pomścić niepowodzenia na froncie. Ormian częściowo wymordowano, a częściowo wypędzono z domu na pustynię na pewną śmierć. Ówcześni zwycięzcy sprawę bagatelizują, nigdy nie ponieśli też kary. Ormianie z kolei szacują liczbę ofiar na półtora miliona i twierdzą, że było to pierwsze zorganizowane ludobójstwo w historii.

Opodal pierwszego wzniesienia trafiam na oazę w zagłębieniu terenu. Jest tam strumyk, całkiem szeroki, są drzewa dające upragniony cień i naprawdę zielona trawa. Na niej rozłożyły się miejscowe rodziny, które przyjechały tu busami na grilla...

W poszukiwaniu arki Noego


Między drzewami mienią się kolorami namioty. Jak się okazuje, to obóz alpinistów. Z Rosji.

Jurij mieszka w Moskwie. Był już w Alpach, w Himalajach, zdobył Elbrus w Dużym Kaukazie, był także w naszych Tatrach, które mu się podobały, tylko były śmiesznie małe... Teraz chce wejść z przyjaciółmi na Ararat. - Prawie rok czekaliśmy na zgodę Turków - mówi. - Mamy 30 dni na wejście. Nie wiem, czy zdążymy wspiąć się na Duży Ararat. Może trzeba będzie zadowolić się Małym. Na razie czekamy na przybycie wojskowej eskorty. Bez nich nie możemy się ruszyć.

- Będziecie szukać Arki Noego? - pytam z głupia frant.

Jurij spogląda na mnie tak, że postanawiam więcej się nie odzywać.

Próbuję co nieco „skosztować” góry. Trawersuję do pierwszej wystającej półki masywu. Tu niespodziewanie spotyka mnie nagroda. Świstak zajęty gryzieniem swojego łupu pozwala się podejść i nieświadomie pozuje do serii zdjęć, zanim czmychnie w zarośla. Przede mną otwiera się dość wysoka ściana. Jest południe, słońce w pełni. Czas na odwrót.

Ararat to najwyższa góra starożytnej krainy Urartu. To tu, według Księgi Rodzaju, miał osiąść statek zbudowany przez Noego, kiedy opadły wody potopu. A dosłownie „na górach Ararat”. Czy chodziło po prostu o dwa wierzchołki jednego wzniesienia, czy też o coś innego? Może o całą krainę?

Biblijna opowieść o arce fascynowała ludzi od wieków. Mocnym wsparciem dla teorii potopu okazały się starosumeryjskie mity z podobnym wątkiem. To niemal dowód, że kiedyś na Środkowym Wschodzie doszło do gigantycznej powodzi. Podawane są nawet przybliżone daty tego wydarzenia.

Nic dziwnego, że wielu ludzi wierzy, iż na niezwykle trudno dostępnym szczycie góry Ararat da się jeszcze znaleźć szczątki korabu, zbudowanego przez Noego. Mocy im dodaje w praktyce niedostępność góry.

- Po II wojnie światowej, pod koniec lat 50., kiedy Turcja wstąpiła do NATO - opowiada Arsjan, ormiański dziennikarz spotkany w Erewaniu - Amerykanie wybudowali na Araracie na znacznej wysokości bazę wojskową. Dzięki ustawionym tam radarom i innym urządzeniom w czasie wyścigu w zdobywaniu kosmosu mogli śledzić każdy krok Rosjan w ich bazie Bajkonur w Kazachstanie. Dopiero od lat 90. ubiegłego wieku Turcy pozwalają różnym ekspedycjom na eksplorację góry. Ale o zgodę i tak jest trudno. Niby chodzi o ochronę środowiska...

- A czy ty, Arsjan, chciałbyś wejść na Ararat?

Ormianin zastanawia się chwilę.

- Nie - odpowiada zdecydowanie. - Dopóki będzie turecka, to nie.

Ciemny kształt koło szczytu


Takich, którzy twierdzą, iż na zboczu góry bądź pod lodową powłoką znaleźli drewno, noszące wyraźne ślady obróbki ludzką ręką, czy nawet konstrukcję o kształcie arki, nie brakuje. Jako pierwszy znalezienie drewna pochodzącego ze statku Noego zgłosił Francuz Fernand Navarra (1955 r.). Po latach zgodził się na zbadanie kawałków drewna metodą izotopu C14. Okazało się, że drewno ma kilkaset lat... W tym samym czasie amerykański inżynier Greene twierdził, iż lecąc śmigłowcem nad Araratem, sfotografował ciemny kształt wielkiego statku koło szczytu. Zdjęcia w niejasnych okolicznościach zaginęły. Arkę miał także widzieć w 1943 r. sierżant armii USA, Ed Davis, zaprowadzony do statku tkwiącego w górskiej rozpadlinie przez miejscowego przewodnika.

Po zimnowojennej przerwie poszukiwacze arki wrócili na Ararat. W 2008 roku uczestnicy wspólnej ekspedycji chińsko-tureckiej ogłosili znalezienie na wysokości 4 tys. metrów konstrukcji wykonanej z drewna ludzką ręką, datowanej na 3000 rok p.n.e. Na razie inni naukowcy wolą zachować w tej sprawie dystans i milczenie. Niemal równocześnie powstała nowa grupa entuzjastów poszukiwania arki, która usiłuje przekonać świat, iż Noe nie lądował na Araracie, lecz na górze Sabalan (4811 m n.p.m.) w północno-zachodnim Iranie, w pobliżu miasta Ardabil.

Nadzieja była w Stalinie


Podobnie jak oglądany w Turcji, ale jeszcze bardziej majestatycznie, Ararat prezentuje się z perspektywy Armenii. Doskonale jest widoczny z żyznej doliny, gdzie zbiegają się granice Azerbejdżanu, Armenii, Iranu i Turcji. Widoku nie zakłóca nawet najmniejsze wzniesienie, a tło stanowią rozległe sady cytrusowe i granatowe. Śnieg na szczycie Araratu widać też doskonale z Eczmiadzynu, zwanego „ormiańskim Watykanem”, gdzie przechowywany jest grot Włóczni Przeznaczenia, która miała przebić bok Chrystusa. Górę w pełnej okazałości widać też z niemal każdego miejsca w Erewaniu, stolicy Armenii. Dla Ormian to nadal „ich” góra. Produkują koniak „Ararat”, nazwę tę noszą miejscowe wina, zakłady, teatry, kina, obiekty kultury.

- Po wojnie, przed konferencją w Poczdamie - twarz Arsjana się rozjaśnia - Stalin obiecał, że upomni się o Ararat i okolice. Jeśli Turcy nie oddadzą dobrowolnie - twierdził - to odbierze Wielką Armenię siłą. No i kiedy miał o tym powiedzieć Rooseveltowi, ten go poinformował, że właśnie skonstruował bombę atomową. I już nic Stalin nie mógł zrobić - kończy Arsjan z żalem i prawie łzami w oczach.

Kiedy zapadał zmierzch, rozwiały się na krótko chmury i Duży Ararat na chwilę zalśnił w pełnej okazałości, odbijając ostatnie promienie słońca. Jakby wszystkich zapraszał, oferując każdemu szukającemu wszystko to, co tylko ten chciałby znaleźć.

Fakty


Góra, która zawsze wszystkich fascynowała

- Góra Ararat (Agri po turecku) to masyw wulkaniczny znajdujący się na Wyżynie Armeńskiej na terytorium Turcji w pobliżu granic z Armenią i Iranem.

- Traktat pokojowy w Sevres podpisany w 1920 r. przyznawał Ararat wraz z okolicznym terenem Armenii. Trzy lata później mocarstwa zachodnie w traktacie podpisanym w Lozannie przekazały jednak Ararat Turcji w zamian za wprowadzenie przez Kemala Ataturka świeckości państwa tureckiego
i innych ustępstw.

- Ararat ma dwa wierzchołki liczące 5137 m i 3896 m n.p.m., dość znacznie od siebie oddalone.

- Nazwa pochodzi prawdopodobnie od Ary - wyznawanego na tych terenach w starożytności bóstwa życia i śmierci.

- Pierwszego odnotowanego wejścia na szczyt Dużego Araratu dokonali w 1829 r. Francuz Parrot i Ormianin Abowian. W 1850 r. na wierzchołku postawił stopę Polak w służbie carskiej - topograf i geodeta Józef Chodźko.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 29-12-2014 13:17

    Oceniono 2 razy 0 2

    - ja: A może nie było tam Noego, tylko Kubuś Puchatek? Co za ciemnogród. Jak można wierzyć w XXI wieku w bajki o arce Noego?

    Odpowiedz

  2. 29-12-2014 09:54

    Oceniono 1 raz 1 0

    - O, key.: Ocena Carlosa na wyrost. Dopiero po dokonaniu następującej korekty, można ją uznać za bdb a artykuł za obiektywny :.. na 3000 rok p.n.Ch.

    Odpowiedz

  3. 29-12-2014 00:52

    Brak ocen 0 0

    - CARLOS: BARDZO DOBRY I OBIEKTYWNY ARTYKUŁ

    Odpowiedz