Syntetyczna śmierć w natarciu

Piotr Schutta 19 grudnia 2014

Gdy w 2010 roku odnotowano w Polsce rekordową liczbę 258 przypadków zatruć dopalaczami, rząd wytoczył ciężkie działa. Przez rok polityczne armaty się wypaliły i sytuacja błyskawicznie wróciła do normy. Dziś sklepy z narkotykami działają niemal w każdym mieście.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Narkotyki zapakowane są w czarną folię. Czerwony napis na opakowaniu głosi, że nie jest to produkt nadający się do spożycia przez człowieka. Jego oficjalna nazwa brzmi: rozpałka do pieca koloru czarnego.


W środku znajduje się „strunówka” z zielonym czymś, przypominającym marihuanę. Kupiliśmy to w sklepiku z pamiątkami przy ulicy Śniadeckich w Bydgoszczy, miejscu dobrze znanym narkotykowym klientom, sanepidowi i policji. Ale równie dobrze moglibyśmy pojechać na zakupy do Torunia, Grudziądza, Inowrocławia, Włocławka, Radziejowa czy jakiegokolwiek miasta w Polsce. W każdym z nich bez trudu udałoby się nam zlokalizować działający pełną parą sklep z dopalaczami, w którym sprzedawane są rozmaite rozpałki, dodatki do piasku, absorbery promieniowania, odświeżacze do bidetów oraz amulety i talizmany, będące w rzeczywistości niezwykle silnymi środkami odurzającymi.

Tysiące porcji z grama


- Kokaina czy heroina to przy tym nic. Są takie substancje, w przypadku których jednorazowa dawka mierzona jest w mikrogramach. To znaczy, że z jednego grama można otrzymać tysiące porcji. Dlatego czasem tak to się kończy, że ktoś wyskakuje z okna albo z pędzącego pociągu, demoluje sklep czy szpitalny oddział lub po prostu umiera, ponieważ pomoc przyszła za późno - nie ukrywa frustracji profesor Zbigniew Fijałek, kierujący Narodowym Instytutem Leków, człowiek, który o zalewających Europę narkotykach nowej generacji powinien wiedzieć już wszystko, ale ciągle się ich uczy.

- To jest przerażające, każdego roku przybywa nam kilkadziesiąt nowych narkotyków. Rok 2014 był rekordowy pod tym względem. W Europie pojawiło się 120 nowych substancji narkotycznych - dodaje profesor.

Dane pochodzą z raportów lizbońskiego Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA). Ostatnia aktualizacja liczby dostępnych w Europie nowych narkotyków syntetycznych, znanych u nas pod popularną nazwą dopalaczy: 430 substancji!

Wykładamy na biurko zieloną zawartość czarnych torebek. Jedna kosztowała zaledwie 10 złotych, druga piętnaście. W jednej powinien być gram substancji, w drugiej pół grama, jak napisano na opakowaniu. Składu nie znamy, bo go nie podano. Tak naprawdę nie jest to marihuana, lecz prawdopodobnie narkotyk nowej generacji, syntetyczny kannabinoid, wyprodukowany w którymś z działających na terenie Polski nielegalnych laboratoriów. Może zawiera UR-144 albo RCS-2, a może ktoś dodał do niego zabójczy mefedron, taki sam, jaki wykryto w organizmie zmarłego rok temu chłopaka z Grudziądza.

Można zgadywać bez końca. Równie dobrze może tam być fentanyl, który uzależnia już po dwóch dozach. Prawdziwy skład substancji da się ustalić jedynie w laboratorium Narodowego Instytutu Leków, w którym w ciągu ostatnich 4 lat przebadano ponad 6 tysięcy próbek nowych środków psychoaktywnych. Tylko w ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Sanitarna pobrała ok. 1400 próbek, pochodzących z prawie 30 tysięcy sztuk zabezpieczonych produktów (ich zbadanie to koszt ponad 700 tysięcy złotych!). W ciągu ostatnich czterech lat przebadano w NIL ponad 6 tysięcy próbek, wydając z budżetu państwa ok. 3 mln zł.

Gdyby dziś wyruszyć w podróż po Polsce szlakiem powiatowych stacji sanepidu, okazałoby się, że przy każdej z nich znajduje się pęczniejący magazynek z dopalaczami, które miesiąc w miesiąc pracowici inspektorzy zabierają ze sklepów z pamiątkami, podobnych do tego, który działa w Bydgoszczy przy ul. Śniadeckich. Zabierają, wysyłają do badania, a otrzymane wyniki razem z ekspertyzą NIL i doniesieniem o popełnieniu przestępstwa przekazują potem miejscowej prokuraturze, która raz za razem sprawę umarza lub odmawia wszczęcia postępowania. Powód jest prosty. Ukarać można za to, co zakazane. Tymczasem wykaz zakazanych substancji, dołączony do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, jest od 2 lat nieaktualny. Producenci bowiem na bieżąco modyfikują skład wytwarzanych przez siebie środków, tak, by nie znajdowały się w nim substancje figurujące w aktualnym załączniku do ustawy.

- Skoro nie ma tych środków w ustawie, to nie ma mowy o działaniu niedozwolonym - uważa prokurator Dariusz Bebyn z Prokuratury Bydgoszcz-Północ, która wyjaśnia okoliczności śmierci 21-letniego studenta.

Nowa dostawa rozpałki


Jest wtorek 16 grudnia. Stoimy przed sklepikiem przy Śniadeckich, który od dwóch lat systematycznie dręczony jest nalotami sanepidu. Dokładnie tydzień temu, kilka ulic stąd umierał w męczarniach 21-letni student, Adam G. z Iławy. Lekarze znaleźli przy nim opakowania po dopalaczach. Nie szkodzi, że inspektor znowu przeprowadził tu wczoraj kontrolę i zabrał cały podejrzany towar - ponad 400 sztuk dodatku do piasku i rozpałki. Prowadzący punkt przerabiali to wiele razy i są świetnie przygotowani (mają w biurku gotowe formularze zażaleń, które zaczynają wypisywać jeszcze przed wyjściem kontrolerów). Nie wiadomo, gdzie przechowują zapasy, ale nowa dostawa już jest. Klienci co chwilę przybiegają po „upominki”.

- Potrzebuję coś na imprezę. Ale coś bardziej wystrzałowego niż te gadżety - zagaja nasz reporter do młodej kobiety siedzącej za szklanymi drzwiami, znajdującymi się wewnątrz sklepu. Z klientami dziewczyna porozumiewa się przez uchylne okienko w drzwiach. Dzisiaj jest bardziej nieufna niż zwykle.

- Nic innego nie mam - odpala, pokazując sprośne imprezowe upominki zamknięte w gablotkach. Obok niej siedzi za szklaną taflą dużo młodsza towarzyszka i młodziutki chłopak. Wyglądają na spiętych. Lustrują naszego dziennikarza. Mimo że początkowo rozmowa się nie klei, w końcu jednak dochodzimy do porozumienia.

- Mamy rozpałki do pieca - proponuje wreszcie sprzedawczyni, a my czujnie podchwytujemy temat. Jest też dodatek do piasku, ale kosztuje aż 40 złotych. Wychodzimy ze sklepu z dwoma woreczkami i kolorową instrukcją obsługi. W formie komiksu jest w niej pokazane, co należy zrobić z dodatkiem, rozpałką i „Cząstką Boga” (tego towaru chwilowo nie było w sklepie) - pomieszać z piaskiem, wrzucić do ognia itp.

- Nikt nie będzie tego nigdzie wrzucał. Wszyscy wiedzą, po co tak naprawdę idzie się do takiego sklepu i co robi się z tym towarem. Wiadomo, że się pali, połyka albo rozpuszcza w alkoholu, bo i takie są wynalazki - mówi nasz informator, dwudziestoparoletni student. Prosi, żeby nie podawać jego prawdziwych danych. Powiedzmy, że ma na imię Marcin.

- Przecież w takiej rozpałce może być wszystko. Nie boisz się? Skąd wiesz, jaką dawkę przyjąć? - pytamy.

- To prawda, całkowitej pewności nie ma się nigdy. To jest testowanie na własnej skórze. Strach jest zawsze - przyznaje szczerze chłopak. Raz popełnił błąd w dawkowaniu. - Wymiotowałem, bolała mnie głowa, fatalnie się czułem - mówi. Błędu nie udało się uniknąć, mimo że wcześniej Marcin sprawdzał dawkowanie na jednym z narkotykowych forów w Internecie. - Zanim coś zażyjesz, szukasz informacji w Internecie i zawsze znajdzie się ktoś, kto przed tobą już tego próbował - dodaje student.

Premier zniknął, problem nie


Państwowa Inspekcja Sanitarna walczy z dopalaczami od końca 2010 r., kiedy to w blasku fleszy wojnę handlarzom wydał Donald Tusk, ówczesny premier. Światła zgasły, premier wyjechał do Brukseli na nowe stanowisko, a sanepid został z nieudolnie znowelizowanymi przepisami i nowymi obowiązkami, za którymi nie poszły dodatkowe pieniądze ani etaty w terenie (o dodatkowe pieniądze na badania trzeba prosić wojewodów). Jedynie w Warszawie utworzono Departament Nadzoru nad Środkami Zastępczymi, który rzekomo monitoruje problem, pisząc co roku raporty, z których ma wynikać, że sytuacja jest pod kontrolą.

Wynika co innego. Statystyki pokazują, że rośnie liczba zatruć (tylko w naszym województwie było ich w 2013 r. ponad 170, cztery razy więcej niż rok wcześniej), przybywa sklepów stacjonarnych i internetowych, puchnie kwota grzywien, których dopalaczowi przedsiębiorcy prowokacyjnie nie płacą (w ub.r. było to 10 mln zł).

- Trudno ich nawet nazwać przedsiębiorcami, mimo że mają legalne spółki. Nie płacą, bo się ciągle odwołują, zresztą zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego. Mają świetnych prawników. To trwa latami. Nie widać końca tej walki - mówi inspektorka z naszego województwa. Oficjalnie jednak tego nie powie. - Ja jestem tylko urzędnikiem, który musi wykonywać polecenia przełożonych - tłumaczy.

Fakty


Kraków pokazuje

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie jako pierwsza w kraju rzuciła rękawicę dopalaczowym baronom, wykorzystując jednak nie znowelizowaną ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, lecz Kodeks karny.

Przy okazji likwidacji 3 laboratoriów, w których wytwarzano dopalacze oraz amfetaminę, zatrzymano kilkadziesiąt osób. Sześciu z nich postawiono zarzuty, dotyczące produkcji i rozprowadzania dopalaczy.

Jak poinformował nas prokurator Piotr Kosmaty, wobec podejrzanych zastosowano przepisy z artykułu 165 Kodeksu karnego, który za wprowadzanie do obrotu szkodliwych substancji przewiduje karę więzienia do lat 8. - Te przepisy były zawsze, wystarczyło z nich skorzystać.

Ekspertyzą Narodowego Instytutu Leków potwierdziliśmy, że substancje używane do produkcji dopalaczy stanowiły zagrożenie dla życia i zdrowia człowieka. Do końca roku akt oskarżenia powinien być gotowy.