Najpierw dobry rzemieślnik, później artysta

Paulina Błaszkiewicz 8 grudnia 2014

Rozmowa z KATARZYNĄ BONDĄ, pisarką, autorką powieści kryminalnych, m.in., „Sprawy Niny Frank”, i „Pochłaniacza”

Katarzyna Bonda jako pisarka zadebiutowała siedem lat temu, wydając powieść kryminalną „Sprawa Niny Frank”. Dziś ma na koncie kilka innych książek, m.in: „Polskie morderczynie”, „Tylko martwi nie kłamią”, „Pochłaniacz”.

Fot.: Jacek Smarz


Krytycy mówią o Pani: „nowa królowa polskiego kryminału”. Długo Pani czekała, by zasiąść na tronie?
Zadebiutowałam w 2007 roku, ale piszę już od 10 lat. To dziwne, że dopiero teraz mówią o mnie, że jestem topową pisarką. Oczywiście uśmiecham się z tego powodu, bo jeśli ktoś uważa, że jestem pisarką bestsellerową, to przecież znaczy, że dobrze wykonuję swoją pracę. Uprawiam literaturę popularną, stworzoną ku rozrywce, która do niedawna uważana była za tę niższą - nigdy się z tym nie zgadzałam, ponieważ dla mnie znaczenie ma jakość, a nie rodzaj literatury. Dla mnie istotnym wyznacznikiem jest to, że ludzie kupują moje książki, że chcą je czytać. To jest niezwykle ważne, ponieważ znalazłam własne miejsce i to w czasach, gdy polscy pisarze konkurują z zagranicznymi autorami. W Polsce każdy pisarz uprawia to poletko na innym poziomie. To zaszczyt, jeśli ludzie chcą wydać te 40 złotych właśnie na mnie. Bardzo szanuję Czytelnika i uważam, że on ma zawsze rację. Nie obrażam się na krytykę. Chętnie przyjmuję wszystkie uwagi, bo chcę, aby moje książki były lepsze. Tylko takie podejście, według mnie, jest zdrowe i słuszne.

Na ile w pisaniu książek pomogło Pani dziennikarskie doświadczenie?
Na początku strasznie przeszkadzało mi to, że jestem dziennikarką. Bardzo trudno jest przeistoczyć się z dziennikarza w pisarza. Musiałam zrzucić skórę. To był, paradoksalnie, problem, bo przecież wcześniej napisałam mnóstwo tekstów dziennikarskich; pamiętam jeszcze czasy, kiedy dyktowałam przez telefon sprawozdania z sądu, bo nie było mejli, dziś technologia bardzo pomaga dziennikarzom... Ale wróćmy do tego, dlaczego było trudno. Dziennikarz musi mieć skrótowe podejście do sprawy i wybierać tylko najważniejsze rzeczy. Mało tego, w tym zawodzie ważne jest tylko to, co jest faktem, co jest potwierdzone. Kiedy przychodzą do mnie dziennikarze, by nauczyć się pisać, to nie mogą pogodzić się z tym, że muszę zniszczyć to, co było ich dewizą. Pisanie książek to uniwersalna opowieść, w której zanurza się przestrzeń emocji; przeciwieństwo faktu. Ja przestałam mieścić się w dziennikarstwie i dlatego łatwiej było mi od niego odejść.

A nie było tak, że nie chciała Pani uprawiać dziennikarstwa, bo zapłaciła Pani zbyt wysoką cenę... 10 lat temu, jadąc na reportaż, miała Pani wypadek samochodowy. W jednym z wywiadów powiedziała Pani: „Byłam przemęczona i nie zdążyłam wyhamować. Potrąciłam i zabiłam 80-letniego człowieka”. Takie zdarzenie wiele zmienia...
To nie było tak, że straciłam pracę i nie miałam dokąd pójść. Mogłam przecież wrócić. Kroplą, która przelała czarę, była ta sytuacja, ale już rok wcześniej doszłam do wniosku, że wielu rzeczy nie jestem w stanie opowiedzieć w gazecie i tylko fabuła może je udźwignąć. Jeżeli panią interesują rzeczy ostateczne, uniwersalne, ważne, mocne, to z perspektywy faktu mogą być mrzonką, ponieważ nie ma pani dowodów.
Ja w powieści mogę używać wszystkich mechanizmów: przez subiektywne patrzenie z perspektywy postaci, używanie różnego typu narracji, np. wszechwiedzącego narratora, który wyjaśni czytelnikowi, co tak naprawdę jest grane. Jest takie chińskie przekleństwo: „Aby wszystkie marzenia się spełniały”. Myślę, że jeżeli czegoś bardzo pragniemy i spychamy to marzenie do naszej podświadomości, to ono i tak jest. Na mnie nie wpłynął jeden czynnik, było ich wiele.

Wielu moich znajomych mówi, że zna Panią jako autorkę „Pochłaniacza”.
Cieszę się z tego. Na niektórych autorach ciąży szybki sukces. Wielu z nich nie jest w stanie rozwinąć się na tyle, by ich książki były coraz lepsze. Cały czas trzeba się rozwijać i to potwierdzać. Za każdym razem jest to wtłaczanie tego syzyfowego kamienia na górę. Pierwsza książka zwykle wychodzi z nas intuicyjnie. To jest przyjemność. Ja za debiut nie dostałam, niestety, Nagrody Wielkiego Kalibru, bo był Zygmunt Miłoszewski, ale zostałam zauważona i doceniona. Nie było jednak spektakularnego i przede wszystkim sprzedażowego sukcesu. Dziś mówię o tym z uśmiechem na ustach, ale wtedy się zżymałam, bo zderzyłam się z prozą życia - nie ma z czego żyć, za co opłacić rachunków, a jednocześnie nie bardzo można pisać.

Jak Pani potraktowała takie doświadczenie?
To był test, sprawdzenie, ile jestem w stanie wytrzymać. Postawiłam jednak na pisanie i bardzo intensywnie się rozwijałam. Chodziłam na wiele kursów zagranicznych, bo w Polsce nie miałam gdzie się uczyć. Z tego, m.in., powodu powstała „Maszyna do pisania” (agencja usług pisarskich, przyp. red.) - by ludzie mogli się rozwijać. Chirurga też od razu nie dopuszczą do operacji serca.

Czyli warsztat na pierwszym miejscu...
Tak, bo udajemy się w nieznane. Najważniejsza jest opowieść i dobra historia, ale uważam, że nie ma błahych historii, są tylko źle opowiedziane, a żeby były dobre, to trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Najpierw trzeba być dobrym rzemieślnikiem, dopiero później bywa się artystą. Bywam nim. Fabuła mnie ponosi i wchodzę w przestrzeń metafizyczną. Każdy pisarz tego doświadcza, a nawet musi tego doświadczyć, bo inaczej nie pisałby. To uzależnia, ale najpierw trzeba wtłoczyć kamień na górę.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-12-2014 19:48

    Brak ocen 0 0

    - czytelnik: Pani Paulino a gdzie Bonda i kiedy będzie podpisywać książki w Toruniu?

    Odpowiedz

  2. 08-12-2014 10:16

    Brak ocen 0 0

    - jasio : czy ta Bonda to zona bonda ale on miał tylko dziewczyny

    Odpowiedz