Nie piszcie już na Berdyczów

Krzysztof Błażejewski 5 grudnia 2014

W polskiej pamięci Berdyczów pozostaje jako miasto z popularnego powiedzenia, które obecnie wykorzystuje się w znaczeniu zupełnie innym niż pierwotne. Dla zamieszkujących dziś miasto Ukraińców zwrot: „Pisz na Berdyczów” nie kojarzy się już z niczym.

Na placu, gdzie niegdyś odbywały się największe w Europie wschodniej targi końskie odwiedzane przez tysiące handlarzy z całego kontynentu, dziś można kupić tylko to, co oferują miejscowe sklepy

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Brzydki i bezstylowy, zaniedbany jak wszystko w tych stronach Berdyczów, 80-tysięczne miasto, zaczyna powoli odzyskiwać dawny blask. Ponad 70 lat sowietyzacji zrobiło swoje. Wypędzono w tym czasie Polaków i Żydów, zniszczono wielowiekowe tradycje różnorodności kulturowych i religijnych. Tak stało się we wszystkich miastach ziem, które my nazywamy Kresami Wschodnimi, a sąsiedzi ze wschodu zwą Ukrainą zachodnią.



Dziś, kiedy kresowe miasta usiłują odbudować swoją tożsamość i wyrazistość, Berdyczów ma w zanadrzu wielkie atuty i ogromne na to szanse. To przecież miasto Josepha Conrada Korzeniowskiego i słynnego rabina Leviego Izaaka. Miasto konfederacji barskiej i Kazimierza Pułaskiego. To tutaj, w miejscowym kościele, ślub brał Honore de Balzac. Tu odbywały się największe jarmarki Rzeczpospolitej Szlacheckiej. To tutaj w czasie wojny z bolszewikami Józef Piłsudski spotkał się z atamanem Petlurą, a w 1944 roku kwaterował sam Leonid Breżniew.

Najpotężniejsza budowla Berdyczowa wznosi się na niewielkim wzgórzu przy szerokiej przelotowej ulicy. Wśród chaotycznej zabudowy, otoczona nieuporządkowaną zielenią, stoi twierdza z imponującym ceglanym murem, ponad który wystają wieże kościoła. To wotum dziękczynne wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza za uwolnienie z niewoli tureckiej (1627 r.). Obok kościoła powstał klasztor Karmelitów Bosych.

„Ksiądz Marek” się broni


Nieco później biskup kijowski Zaremba został w tym kościele uzdrowiony za sprawą obrazu Matki Bożej Berdyczowskiej, kopii obrazu Matki Bożej Śnieżnej, przywiezionej z Rzymu. Tak powstał kolejny na kresach Rzeczpospolitej ośrodek kultu, do którego ciągnęły liczne pielgrzymki. Z czasem sanktuarium otoczono potężnym wałem - z mostem zwodzonym i bastionami uzbrojonymi w 60 armat. To tu dojrzewał słynny karmelita o. Marek Jandołowicz - duchowy przywódca konfederacji barskiej, którego Juliusz Słowacki uczynił tytułowym bohaterem dramatu „Ksiądz Marek”. To tutaj w 1768 roku Kazimierz Pułaski z 700 konfederatami i 800 cywilami przetrwał oblężenie Berdyczowa przez Rosjan.

Jak praktycznie w każdym obiekcie kultu religijnego na Kresach Wschodnich, i tutaj widać wychodzenie ze stanu ruiny. Pomieszczenia straszą pustką, wszędzie stoją rusztowania, trwa mozolna restauracja. Po 1920 roku kościół zamieniono w muzeum ateizmu, potem całą twierdzę na więzienie, jeszcze później na szkołę z internatem.

- W dawnej Rzeczpospolitej trzy sanktuaria były najważniejsze: Jasna Góra w Koronie, Ostra Brama na Litwie oraz berdyczowska „twierdza Maryi” na Ukrainie - ojciec Benedykt, karmelita rezydujący tu od lat, zachęca do zajrzenia do czynnego już kościoła dolnego i złożenia ofiary na odbudowę górnego. Po latach zniszczeń karmelitańskie sanktuarium powoli się odradza. Niestety, bez słynnego obrazu. Zaginął w czasie pożaru w 1941 roku. W dolnym kościele jest tylko jego kopia. Ojciec Benedykt wierzy jednak, że oryginał nie zginął, że doczeka jeszcze kiedyś kolejnego cudu i obraz wróci na swoje miejsce.

Conrad i Balzac - literatów dwóch


W murach klasztoru zwiedzić można nowocześnie zaaranżowane muzeum Josepha Conrada Korzeniowskiego. Stał się on najpopularniejszym na świecie pisarzem polskim dlatego, że tworzył po angielsku. Józef wyjechał z Berdyczowa w dzieciństwie, po jego domu rodzinnym nie pozostał ślad. O mieście, w którym przyszedł na świat, w swojej twórczości nie wspominał.

Zaniedbany jest też XIX-wieczny kościół św. Barbary, w czasach sowieckich zamieniony na salę sportową. To tutaj pod koniec swego życia, 14 marca 1850 roku, słynny na cały świat francuski pisarz Honore de Balzac zawarł ślub z Eweliną Hańską, dziedziczką pobliskiej Wierzchowni, upamiętniony stosowną tablicą na fasadzie świątyni. Państwo młodzi korespondowali od 18 lat, spotykali się potajemnie przez 10, nim pani Ewelina otrzymała zgodę na powtórne wyjście za mąż pod warunkiem zrzeczenia się wszelkich praw do majątku.

- Odzyskaliśmy kościół w 1992 roku - mówi ksiądz Tomasz, który przyjechał tu z Gdańska. - Trzeba było włożyć dużo pracy w przywrócenie jego dawnego wyglądu. A i tak wiele jeszcze jest do zrobienia...

Z rynku można zejść w dół ulicą... Karola Marksa na chaotycznie zabudowany plac. Za nim rozciąga się ogromne, prawie puste pole. To tutaj odbywały się niegdyś jarmarki. Z czasem weszły do tradycji polskiej kultury i stały się źródłem popularnego powiedzenia, które przez lata całkowicie zmieniło swój sens.

Przywilej organizacji aż 10 jarmarków rocznie dał Berdyczowowi Stanisław August Poniatowski. Przyjeżdżali tu kupcy z Rosji, Austrii, Niemiec, Turcji i Włoch. Dostarczano najwyższej klasy dywany, wino, wełnę, skóry, tkaniny, biżuterię i cytrusy. Szczególnie wielkim zainteresowaniem cieszył się w Berdyczowie targ koński. Prezentowano do sprzedaży po kilkanaście tysięcy sztuk tych zwierząt jednocześnie, podobnie jak i bydła. Zjeżdżali tu bogaci handlarze z Europy, którzy na zakupy wierzchowców poświęcali nieraz wiele tygodni, rezydując w jednej z ponad stu okolicznych karczm, zajazdów i majątków. Jedyną szansą kontaktu z nimi było napisanie listu i wysłanie go... na Berdyczów, gdzie znajdowała się jedyna w okolicy poczta. To w ten sposób zrodziło się powiedzenie: „Pisz na Berdyczów”. Zadziwiające, jaką zwrot ten przeszedł ewolucję. Dziś oznacza przecież kpiące: „Pisz donikąd...”.

Conrad? A kto to?


Na placu, mimo że to niedziela, stoisk handlowych nie brakuje. Trwa akurat jakiś lokalny festyn. Na stolikach porozkładano wyroby lokalnego rzemiosła, starocie, domowe wypieki, napoje.

Młode mieszkanki Berdyczowa, jak się później okazuje nauczycielki z miejscowej szkoły, paradujące po targu w ludowych strojach, natychmiast identyfikują obcych. Podczas rozmowy w szybko powiększającym się gronie zadaję cisnące się na usta od dawna pytanie: - W Polsce mówi się czasami: „Pisz na Berdyczów”. Wiecie co to znaczy?
Ukraińcy patrzą na siebie, kręcą głowami.

- Wiecie, że stąd pochodzi słynny polski pisarz Korzeniowski? W klasztorze mieści się poświęcone mu muzeum.
- My prawosławni, do klasztoru nie zaglądamy...
- A może znacie go jako Conrada, angielskiego pisarza? Czytaliście jego powieść „Lord Jim”?
Milczenie.

Będąc w Berdyczowie koniecznie trzeba zajrzeć na pożydowski cmentarz. Jest zaniedbany, charakterystycznego kształtu „stopy” macew stoją i leżą w nieładzie. Tu jednak można spostrzec inny powrót do dawnego życia. To chasydzi. Przechadzają się w czarnych długich chałatach, w przedziwnych kapeluszach lub w myckach. Odnoszę wrażenie, że nagle znalazłem się w ortodoksyjnych dzielnicach Jerozolimy.

Żydzi przyjeżdżają tu, żeby odwiedzić dwa odrestaurowane groby. To miejsca kultu rabinów Izraela ben Eliezera i Leviego Izaaka. Ten drugi zasłynął jako jeden ze współtwórców chasydyzmu, ruchu, który ogarnął diasporę żydowską w całej Rosji pod koniec XIX wieku. Dzięki niemu Berdyczów stał się głównym ośrodkiem ruchu chasydzkiego w centralnej Ukrainie. To do jego grobu, rozbudowanego w ostatnich latach do rozmiarów mauzoleum, ciągną liczne pielgrzymki, głównie z Izraela.

Strażnicy zgadzają się, abym mógł wejść do środka. Kobiety mają osobne wejście i mogą popatrzeć tylko z daleka. Ja zostaję dopuszczony do samego grobu. Dostaję do ręki zwój modlitewny po hebrajsku. Na szczęście obok jest tekst po rosyjsku i ukraińsku, więc modlitwę rozumiem. Staram się naśladować towarzyszących mi Żydów, zachowujących się jak pod jerozolimską Ścianą Płaczu. Ceną tego jest konieczność wrzucenia banknotu do puszki, którą podsuwa mi chasyd, kiedy kieruję się ku wyjściu.

Niestety, nie ma w Berdyczowie śladu po grobach 600 zamordowanych rannych polskich żołnierzy i pielęgniarek w zdobytym przez bolszewików polowym szpitalu w 1920 roku. Nie ma też pamiątkowej tablicy na budynku dworca kolejowego, gdzie ataman Petlura spotkał się z Józefem Piłsudskim, oczekując pomocy od Polski w wyparciu bolszewików z Ukrainy. Ale dla równowagi nie ma już też tablicy, upamiętniającej pobyt w czasie II wojny dowódcy oddziału Armii Czerwonej, Leonida Breżniewa. Zdjęto ją w 1991 roku.
Po sowieckiej zawierusze w Berdyczowie powoli odnajdują się i Polacy. Organizują się w towarzystwa, uczą się zapomnianego dawno języka swoich przodków.

Nie tylko we Lwowie...


Z Berdyczowa po każdym pobycie wywożę nie tylko moc duchowych wrażeń. Także to, co mnie urzeka w małej piekarni w pobliżu klasztoru. Tutejsze wypieki, naturalne i tradycyjne, łączące w sobie wielonarodowe dziedzictwo smaków
- polskich, ukraińskich, żydowskich, ormiańskich - wzbudzać muszą zachwyt. Byłem w większości miast dawnych polskich kresów - tak smaczne wypieki spotkałem jeszcze tylko we Lwowie...