Lekcja ostrego cięcia

Katarzyna Bogucka 28 listopada 2014

Zwykły śmiertelnik od sali operacyjnej ucieka jak najdalej, ale nie reporterzy i pasjonaci medycyny! Stanęliśmy przy stole z chirurgami Szpitala Uniwersyteckiego nr 1. Zaczęło się od rytualnego mycia rąk, a skończyło niemal omdleniem podczas krojenia... dyni udającej wzdęty brzuch pacjenta.

Szycie rany pooperacyjnej. Igła jest półokrągła, a o wyborze grubości nici decyduje rodzaj tkanki. Najcieńsze nici (mają najwyższe numery) stosuje się w okulistyce

Fot.: Dariusz Bloch

Chorego nie interesuje, czy w czasie operacji lekarz będzie ciąć nożyczkami Metzenbauma, czy użyje klemów naczyniowych typu buldog, kleszczyków Peana (od nazwiska Francuza, który przeprowadził pierwszą na świecie resekcję żołądka) albo Kochera (czyli austriackiego prekursora operacji tarczyc), a może haka świętego Marka. Nas interesuje. Pacjent może nie wiedzieć, że jego powłoki brzuszne rozdęte zostaną gazem wprowadzanym przez specjalny port - do rozmiaru dyni, widocznej na zdjęciu obok, a do środka, przez dziurkę, wprowadzony zostanie laparoskop, ale o tym za moment, bo chirurg dopiero zaczyna się myć.

Higiena - genialne odkrycie


Sama historia mycia rąk zajęłaby całą stronę, na szczęście dr Wojciech Szczęsny, doświadczony chirurg ze Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 w Bydgoszczy, robi wykład w pigułce: - W XIX w. Ignacy Semmelweis, ginekolog z Budapesztu, zauważył, że na jego oddziale kobiety po porodzie bardzo często umierały z powodu gorączki połogowej, czyli zakażenia. Śmiertelność sięgała kilkudziesięciu procent, natomiast obok, na oddziale prowadzonym przez zakonnice zgony były nieliczne. Jaka była tego przyczyna?
Dr Szczęsny wyjaśnia, że w tym czasie powstawała nowa gałąź nauki, zwana patomorfologią, chodzi o badanie zwłok pacjentów, badanie pod mikroskopem wycinków z ciała pacjenta w celu stwierdzenia, jaka była przyczyna śmierci. Ci sami lekarze, którzy badali i operowali pacjentów, szli później na salę sekcyjną i znów wracali do żywych pacjentów.


Podczas jednej z sekcji kolega Semmelweisa skaleczył się i umarł z objawami podobnymi do tych, które zaobserwowano u umierających kobiet. Stało się jasne, że chodzi o przeniesienie choroby z człowieka na człowieka, czyli o bakterie, za czasów Semmelweisa jeszcze nieznane. Ordynator zażądał, by jego asystenci myli ręce po zbadaniu każdego pacjenta i po sekcji zwłok. Niestety, wyśmiano te pomysły, uznano je za fanaberie.

Lekarz atakowany przez środowisko medyczne postradał zmysły, trafił do zakładu psychiatrycznego, tam zmarł, jak na ironię, z powodu bakterii, czyli zakażenia rany, którego nabawił się podczas ostatniej sekcji zwłok. Jego prace na szczęście przetrwały, Joseph Lister z Londynu, wtedy jeden z najznakomitszych na świecie chirurgów, zrozumiał na szczęście odkrycie Semmelweisa, czym prędzej nakazał swoim asystentom mycie rąk, a także rozpylanie nad polem operacyjnym kwasu karbonowego. Zachowały się ryciny, na których Lister operuje, wprawdzie w cywilnym ubraniu, ale ktoś nad nim rozpyla kwas.

- Od tamtej pory myjemy się przed zabiegiem, a nie tylko po zabiegu, jak to kiedyś bywało - dr Szczęsny objaśnia i pokazuje; szoruje dłoń plastikową szczoteczką, później czyści przedramię, wszystko płucze, ale tak, by woda spływała z dłoni ku przedramieniu (nigdy nie odwrotnie!) i dezynfekuje skórę specjalnym płynem. - Od tej pory niczego nie wolno mi dotykać, gdybym przypadkiem dotknął zlewu, musiałbym zacząć wszystko do nowa - mówi lekarz.

Stoją głowa w głowę


Te same rygory obowiązują na sali operacyjnej. Doktor nie może podrapać się w nos, poprawić okularów, dotknąć fartucha, a jeśliby to się zdarzyło, natychmiast się przebiera, fartuch pomaga zakładać instrumentariuszka. Na sali są dwie takie pielęgniarki. Jedna, sterylna, asystuje przy operacji, druga zajmuje się używanymi narzędziami, odzieżą, kompresami. „Brudy” nie są wynoszone do utylizacji tymi samymi drzwiami, którymi lekarze wchodzą na operację, mają swoje osobne, „brudne” wyjście.

Do wyjścia jeszcze daleka droga. Wokół stołu, przy znieczulonym pacjencie zbierają się lekarze. Bywa ciasno, ważne jest więc przemyślane ustawienie ekipy przeprowadzającej zabieg. Lekarze nie mogą sobie przeszkadzać, trącać się, choćby głowami (patrz fragment o zakazie dotykania czegokolwiek poza narzędziami i pacjentem), stać w niewygodnej pozycji, bo się zmęczą. Nowoczesne stoły operacyjne można podnosić, łamać, pacjenta operuje się czasem w pozycji siedzącej (np. w zabiegach neurochirurgicznych w tylnej jamie czaszki), czasami podnosi się jego nogi, żeby dojrzeć jakiś szczegół, np. za jelitami. Lampa również jest ruchoma, z regulowaną mocą. Zwykle ustawia się ją na „dwójkę”, ale opcji jasności jest aż sześć. Precyzyjniejsze zabiegi, np. ginekologiczne, wymagają mocniejszego światła.

Dr Szczęsny przygotowuje pole operacyjne, czyli dezynfekuje maczakiem mokrym od żółtawego płynu cały brzuch. - Cały, ponieważ w trakcie zabiegu może się okazać, że, oprócz usunięcia wyrostka, trzeba jeszcze wycinać guz z jelita -
- tłumaczy specjalista, a po chwili na posmarowaną skórę nakleja folię. Ma zabezpieczać skórę przed tym, co może wypływać z rany (m.in. krew, ropa) i ranę przed wnikaniem do niej bakterii.

Chusta w brzuchu


Podczas klasycznej operacji czas już na skalpel, w laparoskopii czas na gaz, który nadmie brzuch i ułatwi chirurgowi dotarcie do narządu operowanego także skalpelem, ale umieszczonym na końcu ramion laparoskopu. Ramionami steruje chirurg, potrzeba do tego niezłej wprawy; zdaniem amerykańskich naukowców, palce lekarzy doskonale ćwiczy gra na konsoli.

- Zwróćmy uwagę na to, że podczas operacji krew nie leje się aż pod sufit - porusza kolejny ważny temat dr Szczęsny i wyjaśnia, na czym polega szybkie zamknięcie krwawiącego naczynia. Służy do tego nóż elektryczny.

Ma dwa przyciski: żółty do cięcia i niebieski do ścinania białka z wykorzystaniem wysokiej temperatury zamykającej naczynia (nazywa się ten proces koagulacją). Krwawienie tamuje się także kompresami i chustami z charakterystycznym niebieskim paskiem, znacznikiem radiologicznym. - Gdy po bardzo ciężkiej operacji trudno się doliczyć, bywa, że trzysetnej zakrwawionej chusty, (a proszę mi wierzyć, one przypominają fragmenty ciała), wtedy na salę wjeżdża rentgen i szuka ich w jamie brzusznej - mówi dr Szczęsny. - Media lubią przedstawiać historie zaszytych chust...