Najważniejsza była opieka nad matką i jej dzieckiem

Katarzyna Bogucka 23 listopada 2014

Rozmowa z doktor EWĄ FOERSTERLING, ginekologiem położnikiem po Akademii Medycznej im. F. Skubiszewskiego w Lublinie, która 60 lat temu została lekarzem, a jako nestor zawodu odebrała w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej statuetkę Eskulapa.

Fot.: Agnieszka Banach, Primum


Dyplom lekarza medycyny odebrała Pani w 1954 r. Pewnie w tamtych latach studiowanie nie było łatwe?
Po wojnie ludzie byli szczęśliwi, że mogą studiować, że zdobędą upragniony zawód, a moja radość była tym większa, że już w wieku 15 lat postanowiłam, że zostanę lekarzem, jak zresztą wielu członków mojej rodziny. Ciężko było, ale głównie z powodów finansowych. Tata już nie żył, mama pracowała i ze swojej lichej pensji wysyłała mi pieniądze. Jednego, czego nie brakowało, to entuzjazmu. Byliśmy pokoleniem nowym, któremu wprawdzie towarzyszyły przerażające wojenne wspomnienia, ale mieliśmy nadzieję na dobrą przyszłość.

Czego doświadczyła Pani „będąc młodą lekarką”?
Ciężkiej pracy w trudnych warunkach. Lekarz był do dyspozycji pacjentów niekiedy 24 godziny na dobę, a pensje dostawał minimalną, choć, co dziwne, można było jakoś przeżyć. Z nakazu pracy skierowano mnie najpierw do poradni ogólnej i do pogotowia, miałam dyżury nocne, wizyty domowe, brakowało prywatnego życia, oddałam się chorym. Przykład szedł jednak z góry, od znakomitych przełożonych, świetnych specjalistów i ludzi o etyce najwyższej próby, którzy zachowanie niegodne lekarza piętnowali z całą surowością. Nie przejmowaliśmy się warunkami pracy. W pogotowiu, w jednym pokoju stało kilka prycz, korzystało z nich dwóch lekarzy, pielęgniarka, położna. Opowiadam to ze szczegółami po to, żeby podkreślić, że człowiek się nie buntował, był szczęśliwy, że ma pracę. Pamiętam moją radość, gdy po kilku miesiącach harówki mogłam sobie kupić... sweter. Później dostałam etat w Wojewódzkim Szpitalu nr 1 (dzisiejszy „Jurasz”), jednocześnie pracowałam jako inspektor w Wojewódzkim Wydziale Zdrowia w Oddziale Matki i Dziecka. Opieka nad matką i dzieckiem, zwłaszcza profilaktyka, była wtedy niesamowicie rozwinięta, dziś chyba nie jesteśmy już sobie w stanie wyobrazić takiej opieki. Gdy jeszcze 3 lata temu pracowałam w Sanitasie, trafiały do mnie Polki z Anglii. Prosiły o diagnostykę, ponieważ w Wielkiej Brytanii oferowano im jedynie USG. Trudno mi to pojąć.

Podobno kobiety zniechęca się też do karmienia piersią.
Jeszcze dziwniejszy pomysł. Ssanie powoduje skurcze macicy, skurcze złuszczają niepotrzebną błonę śluzową. Podczas karmienia pokarm się zmienia, w zależności od potrzeb dziecka na danym etapie. Mleko matki buduje także odporność dziecka. Jeśli się to odrzuca, to tak jakby się odrzuciło swoją naturę.

Wróćmy do Pani historii.
Jako inspektor badałam każdy przypadek śmierci w czasie porodu, uczestniczyłam w sekcjach zwłok, czasami przeprowadzanych w siermiężnych warunkach. Pamiętam, jak w pewnej szopie pracowałam z anatomopatologiem, wstawiono nam grzejnik, miejsca zrobiło się tak mało, że na lekarzu, od grzejnika, zapali się fartuch.

A na co chorowały pacjentki z poradni?
Miały stany zapalne, upławy, guzy, choroby weneryczne, np. rzeżączkę, której efektem mogło być zapalenie jajników, przymacicza. Owszem, obyczajne zachowanie było w tamtych latach ważne, a z drugiej strony... Jeden z kierowców medycznej kolumny transportu skarżył mi się, bardzo zgorszony, że podczas delegacji w Grudziądzu zaraził się bodajże kiłą.

Wspomniała Pani o badaniu przypadków śmierci. Dużo kobiet wtedy umierało?
Może nie aż tak dużo, gorsze było to, że przyczyny śmierci nie zawsze były dla nas jasne. Analizowałam te przypadki. Początkowo najczęstszą przyczyną śmierci były krwotoki przy porodzie. Często zdarzały się stany niekrzepliwości, zaczęłam dociekać, co się dzieje, skąd tyle tych zaburzeń i doszłam do tego; wynikami moich dociekań zainteresowali się specjaliści z tej dziedziny. Winna była krew przetaczana ciężarnym, krew bez osocza. Nie nadawała się dla kobiet po porodzie. Gdy to odkryliśmy, liczba zgonów znacząco się zmniejszyła. Drugą przyczyną śmierci była rzucawka ciążowa, ale ten czynnik udawało się wyeliminować poprzez szczególnie troskliwą opiekę prenatalną. Kolejny problem to sepsa, ale i z nią wygrywaliśmy dzięki antybiotykom, z czasem najtrudniejsze przypadki z regionu zwoziliśmy do naszego szpitala, żeby mieć je pod kontrolą. Zaczął się jednocześnie czas wprowadzania, pod okiem bakteriologów, ostrego reżimu sanitarnego, zakazaliśmy odwiedzin na oddziałach położniczych.

Pani najcięższy poród...
W latach 70. trafiła do nas ciężarna, która wcześniej wiele razy przerywała ciążę (aborcje w tamtych czasach odbywały się w prywatnych gabinetach, zajmowały się tym także w mieście dwie położne; do nas trafiały kobiety z powikłaniami po zabiegu). Po licznych aborcjach w błonie śluzowej macicy, w której zagnieżdża się zarodek, były same blizny, wobec tego zarodek rozrastał się bardzo nisko, obok szyjki macicy, a łożysko wrastało w tkanki sąsiednie, nie mając dla siebie miejsca. Gdy kolega odbierający poród chciał je wydobyć, doszło do masywnego krwotoku. Działaliśmy błyskawicznie, kobieta, jak obliczyłam, straciła aż 3,5 litra krwi, stale zresztą podawaliśmy jej krew z kilku wkłuć. Każdy, kto był wolny, pomagał w wielogodzinnej reanimacji. W końcu zrezygnowaliśmy. Pięciomiesięczne dziecko także nie miało szans. Przeżyliśmy to wszyscy okropnie, to była bardzo młoda kobieta.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 23-11-2014 13:38

    Oceniono 1 raz 1 0

    - politolog : Skubiszewski ten minister spraw zagranicznych /u Mazowieckiego/był ginekologiem ?

    Odpowiedz