Miłość do wnuka czy zemsta?

Grażyna Ostropolska 21 listopada 2014

- Nie możemy dopuścić do tego, by nasza toksyczna matka, która kojarzy się nam z domową przemocą i terrorem, wywalczyła w sądzie prawo do kontaktów z naszymi dziećmi - mówią dorośli synowie państwa Gindalskich.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Dzieciństwo kojarzy się im z wrzaskiem apodyktycznej matki i wiszącym na drzwiach paskiem do bicia. - Nazywała nas debilami i wszystko musiało być tak, jak ona chce. Mam świeżo w pamięci to, co matka z nami wyprawiała, a jeśli nie kochała nas, to dlaczego ma kochać wnuki? - pyta pan Wojtek, który wspiera starszego brata, Jakuba, w sporze z rodzicami.


Gindalscy złożyli w sądzie wniosek o uregulowanie kontaktów ze swoim 2,5-letnim wnukiem Adasiem. - Zażyczyli sobie, by nasze dziecko było z nimi w każdą środę od 16.00 do 19.00 oraz w co drugi weekend od godziny 10.00 w sobotę do 17.00 w niedzielę i aby te spotkania odbywały się bez naszej obecności - informuje pan Jakub, ojciec Adasia i pyta:

- Jakim prawem?


Przecież nie mamy ograniczonej władzy rodzicielskiej! Jesteśmy zgodnym, kochającym się małżeństwem z 10-letnim stażem. Chcemy otoczyć nasze dziecko miłością i zrozumieniem, a nie atmosferą strachu i terroru, jaki panował w domu moich rodziców. A poza tym, weekendy to jedyny wolny czas, który możemy spędzać wspólnie.

Ucieszyła go decyzja sądu pierwszej instancji, który oddalił wniosek dziadków o ustalenie kontaktów z wnukiem (tzw. udzielenie zabezpieczenia) na czas trwania procesu. - Niestety, moi rodzice się odwołali i kolejny sędzia zdecydował, że jednak mogą się spotykać z naszym synkiem w co drugą sobotę; najpierw z udziałem kuratora, a potem bez jego i naszej obecności - relacjonuje strapiony pan Jakub. Zaprotestował i wniósł o zmianę postanowienia, ale prowadząca rozprawę pogroziła mu palcem: - Usłyszałem, że jeśli ja i moja żona nie będziemy się stosować do sądowych postanowień, to kolejną sprawą będzie wniosek o... nadużywanie władzy rodzicielskiej poprzez utrudnianie kontaktów - wspomina pan Jakub. Uważa, że spotkania z dziadkami są szkodliwe dla jego dziecka, bo niweczą to, co on i jego żona, jako rodzice, usiłują mu od małego wpoić. - Odbieramy to sądowe postanowienie jako bezzasadne ograniczenie naszych praw rodzicielskich, które spowoduje, że moja matka zatruje nam życie i zniszczy rodzinne szczęście - dzieli się obawami ojciec Adasia.

Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie reguluje kontaktów dziecka z dziadkami, ale tym, którzy sprawowali nad nim dłuższą opiekę, pozwala zwrócić się do sądu o ustalenie, w jaki sposób i jak często wolno im komunikować się i spotykać z wnukami. Najczęściej takie wnioski dotyczą wnuków z rozbitych małżeństw i sytuacji, gdy rozwiedziony rodzic, sprawujący opiekę nad dziećmi, odsuwa je od dziadków. Sprawa Gindalskich to kuriozum, bo rzadko się zdarza by dziadkowie żądali ustalenia kontaktów z wnukami, wychowywanymi w pełnej, zgodnej rodzinie.

Sądy rodzinne często powołują się na wyrok Sądu Najwyższego (z 1988 r.), który orzekł, że dziadkowie mogą żądać uregulowania osobistych kontaktów z wnukami, jeśli leży to

w interesie dzieci.


SN wywodzi, że rodzice mają obowiązek dbać o rozwój dziecka, więc dla pełnego rozwoju jego osobowości winni „umożliwić dziecku kontaktowanie się z jego krewnymi (dziadkami) przy właściwej ich postawie i korzystnym wpływie na dziecko”. Takie kontakty mają, zdaniem SN, sprzyjać kontynuowaniu więzów wielopokoleniowej rodziny.

- To orzeczenie nie przystaje do naszej sytuacji, bo mojej matce nie zależy na kontynuowaniu więzów. Ona tylko pała żądzą zemsty! - twierdzi pan Jakub.

Powierzyli opiekę nad Adasiem jego matce, bo... - Żonie skończył się urlop macierzyński i wracała do pracy, a jej matka nie mogła się naszym synkiem zająć, bo była po operacji i nie wolno jej było nic dźwigać - tłumaczy Jakub.

- Moja teściowa straciła pracę i miała załamanie nerwowe, więc uznałam, że opieka nad Adasiem pomoże jej wyjść z depresji - dodaje pani Ola, żona pana Jakuba.Oboje twierdzą, że wystarczyło 47 dni, by opiekująca się wnukiem babcia wprowadziła do ich domu złą atmosferę. - Usiłowała skłócić mnie z żoną, nie respektowała zaleceń lekarza dotyczących Adasia, który po urodzeniu przeszedł poważne operacje i wymaga szczególnej opieki - wylicza pan Jakub, a jego żona dodaje: - Teściowa ma bardzo wybuchowy charakter. Potrafi ją wyprowadzić z równowagi zaginiona nakrętka od butelki i wtedy krzyczy, nie zważając na to, że trzyma na rękach dziecko.

Zaniepokoiło ich, że gdy wydawali swemu psu komendę: „Na miejsce!”, Adaś sięgał po laczki babci i bił nimi zwierzę. - Przejął ten zły wzorzec od babci, a jeszcze gorszym jest słownictwo mojej matki - mówi pan Jakub i puszcza nagranie telefonicznej rozmowy, w której krzyk babci miesza się z przekleństwami. Rodzice podziękowali jej za opiekę nad swoim synkiem i wtedy...

- Zaczęła się rodzinna masakra,


bo matka się obraziła i nie przyszła do nas na wigilię, a kiedy się dowiedziała, że opiekę nad Adasiem sprawują moi teściowie, zaczęła ich prześladować. Jeździ autem pod ich blok, wysyła SMS-y z żądaniem przekazania jej wnuka, domaga się oddania pieniędzy, rzekomo wydanych na nasze wesele - opowiada Jakub.

„W trybie natychmiastowym proszę przelać na nasze konto 5 tys. zł. Nadszedł czas, żebyście rozliczyli się z nami za ślub waszej córki. Otaczacie się tak kochającą rodziną, że spokojnie zrzucą się na dług, jaki macie wobec nas” - pan Jakub pokazuje jeden z takich SMS-ów i kolejny: „ Masz wybór: albo odbierzesz telefon, albo złożę Wam osobiście wizytę, a sąsiedzi będą mieli o czym mówić”.

- Groźby już zostały przekute w czyn, bo matka zawiozła suknię ślubną mojej żony i zabawki Adasia do sąsiadów teściów - mówi pan Jakub. - Wysłała też kolejnego SMS-a do mamy Oli z ostrzeżeniem: „Za chwilę zamierzam wywiesić na tablicy ogłoszeń informację, żebyście oddali nam dług, z podaną kwotą i nazwiskiem”.Jakub uważa, że jest to klasyczne nękanie, bo ślub brał 10 lat temu, a dług teściów wobec jego matki jest wymyślony. Chcemy skonfrontować z Jadwigą Gindalską to, co mówią o niej synowie. - To jakiś żart? - pyta kobieta, gdy prosimy o rozmowę. - Nie zamierzam na ten temat rozmawiać! - oświadcza podniesionym głosem.

Podniesiony głos Gindalskiej często słyszą sąsiedzi. - Dawniej wrzeszczała z okna na dzieciaki, bawiące się na placu zabaw, bo jej przeszkadzały, a teraz wydziera się na męża. Słyszy to połowa bloku, bo sąsiadka robi to przy otwartych oknach - mówią.

We wniosku o uregulowanie kontaktów z wnukiem Gindalska napisała, że powodem odsunięcia jej od Adasia była

awantura o psa


rasy golden retriever. „Hałaśliwe, wielokrotnie powtarzające się w ciągu dnia szczekanie zwierzęcia wpływało negatywnie na dziecko (...) Wnioskodawczyni w trosce o dobro wnuka zaproponowała matce dziecka, aby rodzice przywozili je codziennie rano do jej domu” - czytamy w piśmie Gindalskiej do sądu.

Pani Jadwiga twierdzi, że synowa źle zareagowała na tę propozycję i z dnia na dzień zdecydowała, że opiekę nad dzieckiem przejmą jej rodzice. „Wnioskodawcy są bardzo zżyci z wnukiem, kochają go bezgranicznie i fakt, że nie mogą go zobaczyć, jest dla nich bardzo bolesny, zważywszy, że jest on ich jedynym wnukiem” - oświadczyła Gindalska, wnosząc o ustalenie widzeń, by „dziecko nie utraciło emocjonalnego kontaktu z dziadkami” i wskazując, że te dotychczasowe były „nacechowane miłością i troską o rozwój dziecka”.

- To szczyt hipokryzji, bo nasza matka nie kieruje się miłością, tylko zemstą i za wszelką cenę chce własnym dzieciom zniszczyć życie - zgodnie twierdzą jej synowie.Pan Wojciech ma teraz szczególny powód, by trzymać z bratem, bo...
„Dwa miesiące temu urodziła mi się córeczka i chciałbym zastrzec swoje dane adresowe, ponieważ boję się, że mamusia też zrobi mi sprawę o ustalenie kontaktów z wnuczką” - powiedział w sądzie brat pan Jakuba. Występował tam jako świadek. Mówił o swoim traumatycznym dzieciństwie: „To był terror psychiczny i fizyczny”. Wspominał, jak matka wyrzuciła go z domu i omal nie rozbiła jego związku:
- Mieszkaliśmy u moich rodziców z Moniką przez 2 miesiące, ale tam wszystko musiało być pod dyktando matki. Któregoś dnia Monika przyszła do domu lekko wstawiona po imprezie integracyjnej w swojej firmie, a moja matka wyrzuciła ją z domu. Wyszedłem razem z nią, wyprowadziliśmy się do innego miasta, oddzieliliśmy od matki i mamy spokój - mówi pan Wojtek. Pozwala też sobie na taki komentarz: - Zastanawiamy się z bratem, czy my naprawdę jesteśmy jej synami, bo przecież matka nie powinna niszczyć dzieciom życia...

PS Personalia zmieniono.

Opinia


Jolanta Urbańska, psycholog, biegła sądowa z 40-letnim stażem

O opiece nad dzieckiem decydują rodzice, pod warunkiem, że nie są pozbawieni bądź nie mają ograniczonej władzy rodzicielskiej. Oni też decydują o tym, z kim ich dziecko będzie przebywać i jak te kontakty będą wyglądać. To, że dziadkowie życzą sobie kontaktów z wnukami nie wystarczy, by sąd je wyznaczył, bo jeśli rodzice ujawnią swoje zastrzeżenia i sensownie je uzasadnią, to nikt nie ma prawa im niczego nakazać. Jeśli dziadkowie tak bardzo chcą się z wnukiem widywać, to rodzice mogą postawić warunek, żeby ta wizyta - np. raz w tygodniu czy raz w miesiącu - miała miejsce w ich domu i wyłącznie w ich obecności. Jest przekonanie, że dziecko dobrze się rozwija, jeśli ma dobry kontakt nie tylko z rodzicami, ale i z dziadkami. To prawda, ale ci dziadkowie muszą być normalni i zapewnić dziecku to, co trzeba.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 21-03-2016 14:36

    Oceniono 6 razy 4 2

    - nazir: I na tym polega roznica miedzy psychologiem a sadem. Opionia pani jest sprzeczna z prawem. Kodeks rodzinny mowi nie tylko o prawie ale i OBOWIAZKU kontaktow. Dlatego jesli psycholog (notabeme osoba bez prawa wykonywania zawodu) mowi brednie sprzeczmne z prawem to mamy jak mamy.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz